Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 czerwca 2024

Paweł Ślusarczyk, Umarli mówią ciszej


 

Nie taka znowu komedia
 

Paweł Ślusarczyk, Umarli mówią ciszej, Wydawnictwo Dlaczemu, Warszawa 2024, s. 384.


    Komedii kryminalnych jest w naszej literaturze naprawdę dużo, a będzie zapewne jeszcze więcej, ponieważ jest to jeden z popularniejszych ostatnio nurtów w prozie kryminalnej. Najczęściej odbijane są one z jednej powieściowej sztancy, ale na szczęście zdarzają się autorzy, którzy próbują trochę „pobawić” się z tą konwencją. Jak na przykład Paweł Ślusarczyk.  

    W powieści Umarli mówią ciszej Ślusarczyk stworzył właściwie autorską wariację na temat komedii kryminalnej. Akcja powieści rozgrywa się na dwóch planach czasowych. W roku 2015 policjanci z Leska zajmują się sprawą śmierci starszej kobiety, która początkowo uznana zostaje za zgon z przyczyn naturalnych, jednak koniec końców okazuje się, że kobieta padła ofiarą zabójstwa. Retrospekcje z roku 2006 ukazują problemy wychowanków zakładu poprawczego w Przemyślu, którzy są ofiarami różnych form przemocy i opresji ze strony jednego z wychowawców. Warstwa komediowa obecna jest w wątku współczesnym, tak w kreacjach bohaterów, jak i w toku wydarzeń śledztwa. Zaś problemy trudnej, acz zagubionej młodzieży, która zmaga się z traumami wywołanymi przez niezrozumiałą dla nich, ciągle eskalującą przemoc, której nie są w stanie się przeciwstawić, przedstawiane są bez rysu komediowego.  

    Autorzy komedii kryminalnych zazwyczaj stawiają na jedność i konsekwencję tonu w swoich powieściach, czyli – inaczej rzecz ujmując – tak konstruują fabułę tekstu, by była lekka i zabawna od początku do końca. Ślusarczyk postawił na przełamanie tonu. Zabawne perypetie osób prowadzących śledztwo, bądź z nimi związanych (na przykład podkomisarza Janusza Konkola, którego dręczą rozmaite natręctwa i który kiepsko radzi sobie z najprostszymi czynnościami życiowymi, ale za to jest skutecznym policjantem), zestawione zostały z poważnymi problemami młodzieży w zakładzie. Przełamanie tonacji w komedii kryminalnej Ślusarczyka jest jak dla mnie największym atut tej powieści. 

    Warto zwrócić uwagę na główne miejsce akcji powieści Umarli mówią ciszej, czyli Bieszczady, które wciąż jeszcze nie tak znowu często pojawiają się nie tylko w polskiej prozie gatunkowej, ale w ogóle w pisanych obecnie powieściach. Ślusarczyk stara się przybliżyć czytelnikowi specyfikę tego miejsca, ukazuje ciekawostki takie jak wypał, czyli miejsce, gdzie wypala się węgiel drzewny, unikając przy tym „przewodnikowej” szczegółowości i dosłowności. 

    Jeśli ktoś szuka w ogromnej masie rodzimych kryminałów nowych nazwisk i nowych pomysłów na kryminalne fabuły, koniecznie powinien sięgnąć po książkę Ślusarczyka. Są w niej i wyraziści bohaterowie, jest intryga przykuwająca uwagę, i ważny temat społeczny na dokładkę. A do tego – oczywiście Bieszczady. Może by tak więc na jakiś czas rzucić wszystko i przenieść się wraz z bohaterami kryminału Ślusarczyka w Bieszczady… Kto tak zrobi, jak sądzę, nie pożałuje.

 

wtorek, 5 grudnia 2023

 


 On, ona czy kokos?


Joanna Jodełka, Zabójstwo w kraju uśmiechu. Thai crime, Wydawnictwo Harde, Warszawa 2023, s. 381.


    Pewnie już o tym wspominałem, ale co mi szkodzi powtórzyć (ludziom w moim wieku nie takie rzeczy się chyba wybacza). Lubię kryminały polskich autorów z akcją w obcych krajach. Prawdopodobnie w pewnym stopniu dlatego, że sam lubię wysyłać bohaterów powieści kryminalnych za granicę. Takiemu Konradowi Rowickiemu zafundowałem wakacje w Grecji (Śmierć last minute), a teraz bohatera serii śląskiej wysyłam do Hiszpanii (o tem potem…). Nic więc dziwnego, że zelektryzowała mnie informacja, że Joanna Jodełka napisała krymi z akcją w Tajlandii. Raz, że to Jodełka, czyli zdobywczyni Nagrody Wielkiego Kalibru, autorka niebanalnych kryminałów i thrillerów. Dwa, że Tajlandia… I nie, nie mam specjalnej jazdy na egzotyczne wypady (okolice Morza Śródziemnego w zupełności mi wystarczają). Moje napięcie nieco spadło, kiedy z opisu książki dowiedziałem się, że intryga wygląda trochę w stylu „zagadki zamkniętego pokoju”. A przesadnym fanem dzieł Agathy Christie nie jestem…
    Czyli jest trup, bo jakże by inaczej być mogło w kryminale. Leciwy Polak, od pewnego czasu podróżujący po Azji, ginie w niejasnych okolicznościach. Jego była żona chce się dowiedzieć, co z nim się zdarzyło. A że jest majętna, organizuje akcję, by na pewnej odludnej wyspie spotkali się ludzie, z którymi jej eks niedawno miał kontakt. Wyspa, Christie, latające węże… I kolejny trup. Później jest tylko ciekawiej.
    Akcja w powieści Jodełki jest szybka, ale nieprzesadnie. Zdarzają się pościgi tuk tukami. W gruncie rzeczy jest to po trosze komedia kryminalna, po trosze powieść podróżnicza. Autorka ma naprawdę dar do oddawania egzotycznych klimatów, co nie dziwi, bo sama często tam bywa. Dodatkowym plusem intrygi jest to, że każdy z podejrzanych jest z innego kraju i innej bajki (bańki z social mediów też). Jodełka sprytnie bawi się stereotypami tyczącymi różnych narodowości, co przydaje powieści swoistego czaru. Do tego naprawdę potrafi w kilku celnych akapitach oddać specyfikę opisywanych miejsc tak, że prawie czuje się ich zapachy, widzi kąt padania słońca i słoną bryzę podczas jazdy szybką łodzią.
    Jest więc w Zabójstwie w kraju uśmiechu zmyślna intryga, jest więc dobrze oddany koloryt lokalny (bonus dla znawców polonistycznego slangu) a i jest nie byle jaka postać drugiego planu. Uwielbiam takich nieoczywistych bohaterów, więc czekałem z utęsknieniem na sceny z grubym Chińczykiem. Bardzo grubym.
    Jodełka napisała kryminał nieoczywisty, ale warty uwagi. Pewnie nie przypadnie on do gustu tym, którzy lubią w powieściach kryminalnych liczne opisy makabry, flaki na wierzchu i psychopatycznych psychopatów. Nikt jednak nie umie opisać kokosa jak Jodełka… Który mimo wszystko nie zabił, ale mógł osłabić. Czytajcie Jodełkę, bo nikt inny was tak nie zaskoczy.
 

piątek, 1 grudnia 2023

Robert Małecki, Zrost

 


 Powrót Grossa


Robert Małecki, Zrost, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023, s. 456.


    Czy istniej pisarz, który potrafi utrzymać czytelników w stanie dużego napięcia, nawet nie wydając książki? Otóż tak – i nazywa się Robert Małecki. Po trzech częściach serii kryminalnej (świetnej i bardzo popularnej) z komisarzem Bernardem Grossem, policjantem z Chełmży, Małecki zajął się innymi projektami pisarskimi, konsekwentnie ignorując pytania o datę wydania kolejnej powieści z Grossem. W ogóle nie mówił nic konkretnego na jej temat, nawet nie zapowiadał, że pojawi się kiedykolwiek. W sumie ani nie potwierdzał, ani nie zaprzeczał. Raczej milczał, uśmiechając się tajemniczo. A fakt, że jednak ta część, zatytułowana Zrost, powstaje, trzymał w tajemnicy do ostatniej chwili. Taki z niego chytrusek!
    Czy tak, czy siak, czekałem na ten kryminał, więc jego premierę przyjąłem z nieukrywaną radością. Akcja powieści zaczyna się od nieoczywistego zdarzenia. W jeziorze niedaleko Chełmży ujawnione zostają zwłoki staruszka. Początkowo wiele wskazuje na to, że samotnie mieszkający senior popełnił samobójstwo. Przed śmiercią był w kiepskim stanie psychicznym, do tego podejmował działania, które mogły wskazywać, że stara się przygotować na odejście z tego świata. Jednak komisarz Gross ma wątpliwości, bo sposób domniemanego samobójstwa był bardzo nietypowy a ślady w domu staruszka mogły sugerować, że tuż przed śmiercią ktoś u niego był. Prawdopodobnie. Tyle tylko że policjant nie znajduje nikogo, kto mógłby mieć ze zmarłym aż tak na pieńku, aby go zabić. Koniec końców Gross zaczyna szukać odpowiedzi na dręczące go pytania w odległej przeszłości i staruszka, i okolicy, w której mieszkał.
    Tak jak w poprzednich częściach tej serii kryminalnej w Zroście akcji toczy się bardzo powoli. Z pewnością nie jest to powieść dla czytelników, którzy lubią w prozie kryminalnej pościgi, bitki i litry rozlewanej krwi. Gross, jak to on, prowadzi śledztwo bardzo powoli, metodycznie i dokładnie, czasami po kilka razy sprawdzając te same fakty i tropy. Czasami można odnieść wrażenie, że jest wręcz safandułowaty, ale dzięki temu jest na tyle skupiony na sprawie i uważny, że nie umykają mu żadne szczegóły czy nawet najdrobniejsze poszlaki. A jak już wpadnie na obiecujący trop, na pewno nie odpuści, nawet jeśli inni policjanci uważają, że zwyczajnie traci czas. Tak jak jest i w Zroście, w którym Gross sprawdza, co działo się dziesięciolecia temu (początkowo bez zbytniego przekonania, raczej z obowiązku).
    Cenię kryminały, w których intryga przywołuje wydarzenia z historii, szczególnie te, o których niewiele się mówi i do pewnego stopnia wciąż stanowią one temat tabu (przynajmniej dla niektórych). Potwierdzają one, że kryminał może, ale nie musi dostarczać tylko i wyłącznie lekturowej rozrywki. Małecki przywołuje (dobrze udokumentowaną i sensownie wplecioną w powieściową fabułę) mroczną historię z końca II wojny światowej – znajdujących się w okolicach Chełmży tymczasowych obozów, w których Żydówki pracowały niewolniczo i były też masowo mordowane. Jest to naprawdę mocny i poruszający wątek Zrostu.
    Ci, którzy znają już poprzednie części serii z komisarzem Grossem, wiedzą, że przewija się przez nie wątek osobistych perypetii policjanta z Chełmży. Lata wcześniej w bardzo niejasnych okolicznościach, podczas napadu na ich dom ciężkich obrażeń doznała żona Grossa. Od dawna pozostaje w śpiączce. Cała ta sytuacja znacząco wpłynęła i na życie zawodowe, i prywatne komisarza. I wciąż wpływa, chociaż w Zroście zdaje się nieco klarować, zmierzając ku lepszemu. Moim zdaniem warto zaznaczyć, że ten wątek stanowi nie tylko rodzaj fastrygi, zszywającej kolejne powieści, ale też dobrze „współbrzmi” z intrygą kryminalną w Zroście.
    Wydaje mi się, że Małeckiemu dobrze zrobił czas „odwyku” od Gross. W Zroście widać zarówno świeżość pomysłu na historię, jak i samej pisarskiej roboty. Zrost jest dobrą powieścią, ale nie pytajcie mnie, czy najlepszą z całej serii.
    W sumie mogę zdradzić, że już po dotarciu do ostatniej kropki nowej powieści z Grossem, zacząłem czekać na piątą część serii. Małeckiego nie pytam, kiedy ona będzie i czy w ogóle. I tak mi, chytrus, nie odpowie
.

 

wtorek, 14 listopada 2023

Agnieszka Graca, Czarny Poniedziałek

 


 

Debiutancki sztos


Agnieszka Graca, Czarny Poniedziałek, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2023, s. 384.


    Właściwie pisząc o kryminale Agnieszki Gracy, trudno żebym nie zaczął od kwestii debiutu. Tak, oczywiście, pisałem już na ten temat, ale z chęcią i pełnym przekonaniem powtórzę jeszcze raz: Czarny Poniedziałek jest debiutem, który wprost wywalił mnie z obuwia. Prawdziwy debiutancki sztos! I tak, przyznam, że nastawiałem się na to, że Graca przyjdzie wreszcie do czytelników z nie lada jakim tekstem – ciekawym i dopracowanym, bo śledziłem jej wcześniejsze pisanie (autorka ma na koncie całkiem sporo opowiadań). Tyle tylko że przyszło mi (nam, czytelnikom) na pierwszą powieść Gracy czekać długie lata. Myślę jednak, że wyszło to tej książce na dobre. Podobnie zresztą jak w przypadku innej autorki, Anny Rozenberg, który całkiem niedawno z przytupem weszła na scenę kryminalnego pisania, chociaż też sporo się naczekała. I tak na marginesie – wydaje mi się, że wielu autorów kryminałów (szczególnie tych młodych) naprawdę powinno się dziesięć razy zastanowić, czy koniecznie muszą i szybko pisać, i szybko debiutować. Czasami efekty takich szybkich debiutów bywają żałosne.
    Prawdę powiedziawszy, kiedy czytałem Czarny Poniedziałek, z każdą stroną coraz szerzej się uśmiechałem. Trudno, żeby powieść Gracy nie przypadła mi do gustu, skoro mamy, jak się okazało, bardzo podobne pomysły i patenty na pisanie prozy kryminalnej. U Gracy intryga budowana jest wokół samobójczej śmierci Ewy Zielińskiej, który wyskoczyła z balkonu swojego mieszkania na ósmym piętrze. W moim pierwszy kryminale, który napisałem samodzielnie, czyli w Zginę bez ciebie, również bardzo istotny jest wątek samobójstw kobiet. U Gracy głównymi bohaterami jest dwójka prywatnych detektywów, którzy mają biuro na krakowskim Kazimierzu. Jeden z moich bohaterów, Konrad Rowicki, też koniec końców zostaje prywatnym łapsem i ma biuro ledwie kilkaset metrów od siedziby Igi Bagińskiej i jej kumpla. Graca ma dryg do konstruowania ciekawych, pogłębionych psychologicznie postaci kobiecych. Moi czytelnicy często mnie chwalę, że umiem powołać do życia bohaterki, które przykuwają uwagę. A wreszcie rzecz dla mnie najistotniejsza… Lata temu opisałem formułę kryminału+ (dla jasności – było to na długo przed tym, jak rządzący z PiS-u dodawali + do czego tylko się dało). Rzecz ujmując w skrócie, opisywałem nią polskie powieści kryminalne, w których równie istotne jak zagadka kryminalna była warstwa obyczajowa, społeczna, polityczna czy psychologiczna. Sam piszę tego rodzaju kryminały i tak samo czyni Graca. Odnoszę wrażenia, że w Czarnym Poniedziałku czyni to z większą pasją i wnikliwością niż ja. Nie ukrywa swoich poglądów i opinii, piętnuje rozmaite bolączki i problemy codzienności, skupiając uwagę przede wszystkim na rozmaitych działaniach opresyjnych wobec kobiet. Nie przez przypadek akcja powieści startuje w 2016 roku tuż po krakowskim Czarny Proteście. I to właśnie współczesne problemy (rozmaitej natury) kobiet znajdują się w centrum uwagi Gracy.
    Warte podkreślenia jest, że Graca problemy kobiet ukazuje w sposób pogłębiony i zniuansowany. Nie ma w tej powieści czarno-białego obrazu, w którym któraś z płci byłaby zdecydowanie dobra lub zdecydowanie zła. Inaczej rzecz ujmując, opowieść Gracy jest bliska życiu. Jest w powieści cała galeria bohaterek pierwszego i drugiego planu. Każda jest jakaś, ma wyrazisty rys charakterologiczny i własne problemy oraz traumy, z którymi musi się mierzyć. Tym bardziej że w wielu przypadkach są one uwikłane w skomplikowane relacje z innymi, mniej lub bardziej bliskimi ludźmi. Bagińska zmaga się z narastającym kryzysem w małżeństwie. Zielińska, jak się okazuje podczas śledztwa, miała kłopoty z budowaniem trwałych związków z innymi oraz ekspresją własnej seksualności. Na pozór szczęśliwe żony i matki też mają swoje słabostki i głęboko skrywane tajemnice. Graca nie podpowiada czytelnikom łatwych rozwiązań i ocen ludzkich relacji, każdy może sobie odczytać historię, z którą przychodzi do niego autorka, jak chce. Dla mnie Czarny Poniedziałek jest między innymi opowieścią o relacjach międzyludzkich jako źródle cierpień (mniejszych lub większych).
    Debiutancki kryminał Gracy jest wielowątkowy i wieloznaczny. Nie zawahałbym się nawet przed stwierdzeniem, że wprost skrzy się od subtelnych znaczeń. A przy tym jest świetnie skonstruowany, co jeśli chodzi o współczesne polskie kryminały (i mam tu na myśli nie tylko debiuty…) nie jest wcale regułą. Każdy wątek czy motyw jest w tej powieści po coś, nie ma w jej fabule „wolnych przebiegów”, stron nabijanych tylko dla objętości książki. Graca zadbała, żeby warstwy fabuły były spójne, do tego nie dość by ze sobą współgrały, ale i wzajemnie się wzmacniały. Podam jeden przykład. Akcja powieści rozgrywa się jesienią w Krakowie. Pogoda jest paskudna, często pada deszcz, miasto zasnute jest albo mgłami, albo smogiem. To właściwie oczywisty patent z kryminałów (także filmowych) noir, ale doskonale komponuje się z mroczną, a momentami melancholijną tonacją fabuły.
    Nie byłbym sobą, gdybym się jednak do czegoś w Czarnym Poniedziałku nie przyczepił. Jak na mój gust w tej otwierającej serię powieści Graca trochę za mało miejsca poświęca współpracownikowi Bagińskiej. Jak na ekspozycję cyklu – powinno być go ciut więcej. Bez wątpienia jednak Graca przedstawi go bliżej w kolejnej powieści z tej serii, na którą już czekam, niecierpliwie obgryzając paznokcie. Mam cichą nadzieję, że długo czekał nie będę…


 

poniedziałek, 8 maja 2023

Robert Ostaszewski, Bartosz Wojsa, Swąd

 A teraz trochę prywaty na tym blogu, generalnie poświęconym książkom innych autorów - 


 

Swąd

Robert Ostaszewski, Bartosz Wojsa

 

Jedna rodzina, jeden straszny pożar, wiele tajemnic…

W Jastrzębiu-Zdroju, niewielkim górniczym mieście na Śląsku, dochodzi do tragedii. W pożarze domu ginie matka i czworo dzieci, przeżywają jedynie ojciec i najstarsza córka. Z pozoru oczywista sprawa trafia w ręce młodego prokuratora Artura Rogalskiego, który wraz z doświadczoną i niepokorną policjantką po przejściach rozpoczyna pogoń za prawdą. Kiedy okazuje się, że do wybuchu ognia doszło w zagadkowych okolicznościach, służbom po piętach zaczynają deptać dziennikarze, gotowi ujawnić makabryczne kulisy śledztwa.

Historia inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, które wstrząsnęły całą Polską.

Powieść jest dostępna w wersji papierowej, a także jako e-book i audiobook.

 

czwartek, 4 maja 2023

Katarzyna Gacek, Pies ogrodnika; Gra pozorów

 



 Kobiety rządzą!


Katarzyna Gacek, Pies ogrodnika, Wydawnictwo Znak, Kraków 2022, s. 446; Gra pozorów, Wydawnictwo Znak, Kraków 2023, s. 412.


    Ani się spostrzegłem a pojawiła się druga powieść Katarzyny Gacek z serii kryminalnej Agencja Detektywistyczna Czajka, więc co było robić, od razu rzuciłem się do lektury. Trudno, żeby było inaczej, skoro kryminały Gacek czytam właściwie od początku przygody autorki z tym gatunkiem, bardzo cenię jej poprzedni cykl z Magdą Borowską (W jak morderstwo, Zemsta ze skutkiem śmiertelnym, Śmierć na Zanzibarze) a pierwsza część nowej serii (Pies ogrodnika) była bardziej niż obiecująca. Nie zamierzam w tym tekście sztucznie budować napięcia, więc zdradzę moją opinię od razu – Grą pozorów Gacek udowodniła, że obecnie jest najlepszą autorką kryminałów obyczajowych w kraju. A jak dla mnie – spokojnie mieści się w dziesiątce najlepszych autorów kryminałów w ogóle.
    Dobrze, uspokoiłem własne emocje, więc mogę na chłodno przeanalizować, na czym zasadza się wartość prozy kryminalnej Gacek. Przyznam szczerze, że początkowo koncept, na którym Gacek zbudował nową serię powieściową, wydawał mi się ryzykowny. Bo jak zaczyna się Pies ogrodnika? Gaja Stawska odkrywa zdradę męża i całe jej życie, z mozołem odbudowane po traumie z przeszłości, rozpada się z hukiem. Chcąc, nie chcąc, bohaterka musi pozbierać się i znaleźć nowe cele. Skądś to znamy? Ależ oczywiście – od czasu sukcesu książek Katarzyny Grocholi schemat kobiety w średnim wieku, której wali się życie, grany był już w prozie tysiące razy. Gacek w dwóch powieściach serii jednak udało się ten zgrany schemat fabularny „przepracować” i odświeżyć, przede wszystkim dlatego że mocno trzyma się rzeczywistości (wrócę jeszcze do tego wątku) i nie tworzy kolejnej bajeczki ku pokrzepieniu strapionych kobiet (z obowiązkowym happy endem i pocałunkiem w deszczu). A jak zaczyna się historia detektywistycznej roboty Gai? Mieszkająca w Milanówku kobieta dosyć przypadkowo zostaje uwikłana w sprawę kryminalną, wpada na pomysł założenia agencji, chociaż nie ma pojęcia o tej robocie. A do tego dobiera sobie jako współpracowniczki dwie nieoczywiste osoby, czyli Klarę i Matyldę. Ta pierwsza jest byłą modelką o urodzie zniewalającej (prawie) wszystkich mężczyzn, młodą kobietą dosyć swobodnie podchodzącą do życia, obowiązków oraz… prawdy. Ta druga zaś pracownicą magistratu, szarą myszką, która spełnia się w opiece nad rodziną, gotowaniu i pomaganiu wszystkim, którzy jej zdaniem pomocy potrzebują. Koniec końców, tworzy się zespół śledczy, który jest nieoczywisty i działa w sposób niestandardowy i nie bez zgrzytów. Ale mimo wszystko skuteczny.
    Bez wątpienia kreacje trzech głównych bohaterek serii Gacek są mocną stroną obu powieści. Są wyraziste i oryginalne, ale przy tym psychologicznie prawdziwe i mocno osadzone w rzeczywistości, naszym „tu i teraz”. Inaczej rzecz ujmując, zmagają się z kłopotami i problemami, które dotykają wielu innych kobiet wokoło nas. Pewnie dlatego Gacek tak łatwo i z finezją rozwinęła wyjściowy schemat całego cyklu. Zresztą podobnie jest w przypadku bohaterów drugiego planu – dla przykładu miejscowego policjanta, antagonisty Gai, czy burmistrza Milanówka, szefa Matyldy. Każdy z nich jest jakiś i jest w fabule po coś.
    Gacek udała się rzecz tyle oczywista, co trudna do zrealizowania – wyciągnęła z podgatunków kryminału takich jak cosy crime, kryminał obyczajowy, komedia kryminalna i kryminał miejski wszystko co najlepsze i połączyła w spójną zarazem narracyjnie, jak i fabularnie całość. Jest więc w obu kryminałach Gacek dobrze oddana atmosfera małego miasta z całą jego specyfiką kulturowo-społeczną, jest rozbudowana warstwa obyczajowo-społeczne, ściśle spleciona z intrygą kryminalną. Jest w końcu spora dawka wysmakowanego i dobrze dawkowanego humoru. Gacek nie heheszkuje, jak niektórzy autorzy komedii kryminalnych, w co drugim akapicie, ale umie rozbawić czytelnika. I do tego bardzo umiejętnie stosuje humor sytuacyjny, który w naszych kryminałach nie pojawia się zbyt często.
    Jeśli chodzi o konstrukcję fabuł i intryg kryminalnych w powieściach Gacek, też trudno się do czegokolwiek przyczepić. Co akurat nie jest dziwne, ponieważ Gacek przeszła twardą i wymagającą szkołę pisania scenariuszy filmów i seriali. Mówiąc potocznie: w tych fabułach wszystko styka. Gacek tworzy intrygi trzymającej w napięciu a przy tym takie, które nie są wydumane. I potwierdza kolejnymi powieściami, że naprawdę można stworzyć świetny kryminał bez epatowania krwawymi zbrodniami i wciskania do niego kolejnego, odbitego z jednej, nudnej sztancy psychopatycznego mordercy. A wszystko to w dużej mierze dlatego, że – będę powtarzał do znudzenia – Gacek trzyma się rzeczywistości. A jak dla mnie – jest to najlepsze źródło inspiracji dla prozy kryminalnej.
    Jestem przekonany, że o prawdziwej wartości i potencjale serii kryminalnej decyduje druga jej część. Moim zdaniem Gra pozorów jest lepsza od Psa ogrodnika – bardziej zwarta fabularnie i z ciekawszą intrygą. Chociaż nie wykluczam, że drugą część bardziej mi „podeszła”, bo ważne miejsce zajmują w niej pewna pisarka i w ogóle nasz rynek książki. Ot, tak słabostka. A jeśli druga część cykle jest lepsza, jeśli widać wyraźny progres… Aż boję się pomyśleć, co Gacek wykombinuje w części trzeciej. Czekam w napięciu, obgryzając paznokcie do krwi.
 

wtorek, 31 stycznia 2023

Cyryl Sone, Krzycz, jeśli żyjesz

 


 Melanże w cieniu śmierci


Cyryl Sone, Krzycz, jeśli żyjesz, Wydawnictwo Znak, Kraków 2022, s. 535.


    Cyryl Sone to żaden Cyryl Sone a jedynie pseudonim, pod którym, jak się okazuje, ukrywa się czynny zawodowo prokurator, debiutujący literacko książką Krzycz, jeśli żyjesz. Od razu pomyślałem, że to ciekawe a i zarazem obiecujące dla powieści. O ile pośród rodzimych autorów kryminałów czy thrillerów jest całkiem sporo rozmaitej maści prawników, o tyle o prokuratorze piszącym prozę spod znaku zbrodni dotąd nie słyszałem (fakt, mogło coś umknąć mojej uwadze, bo wciąż pojawia rokrocznie ponad 400 tego rodzaju powieści w Polsce i trudno ogarnąć cały ten wielki stos). Poza tym postaci prokuratorów, jak mi się wydaje, są w naszych kryminałach traktowane po macoszemu (wiem, w moich powieściach kryminalnych wygląda to podobnie), a pisarze zdecydowanie wolą skupiać uwagę na postaciach policjantów, prywatnych detektywów czy też dziennikarzy. Kto więc, jeśli nie prokurator, nadaje się najlepiej, aby te lekkie zaniedbanie nadrobić?
    I fakt, w tej kwestii powieść Krzycz, jeśli żyjesz absolutnie mnie nie zawiodła. Współczesne realia pracy w Prokuraturze Rejonowej Gdańsk-Wrzeszcz oddane zostały przez Sone’a rzetelnie a przy tym ciekawie. Stosy zalegających spraw, praca pod ciśnieniem statystyk, które trzeba nakręcać, spanikowani przełożeni, różne gry i gierki personalne, rozmaitość problemów związanych ze współpracą z policją, jak i innymi służbami oraz specjalistami zaangażowanymi w dochodzenia. Po tym świecie oprowadzał mnie prokurator Konrad Kroon (inicjały KK, nawet zabawne…). Główny bohater powieści i całej planowanej serii jest intrygujący i obiecujący. Mężczyzna w średnim wieku, naznaczony traumą z przeszłości (na razie za wiele się o niej nie dowiedziałem, ale to w końcu pierwsza część serii). Przez kolegów uważany jest za wybitnego w fachu prokuratorskim, chociaż jego obecne motto mogłoby brzmieć: „tak mi się nie chce, tak bardzo nie chce”. Niegdyś sparzył się na trudnej sprawie i teraz nie zamierza robić kariery, nie zależy mu na awansie. Chce robić – rzetelnie – tyle, ile musi. I szlus. Kroon obdarzony jest niesamowitą intuicją śledczą, chociaż historia z Krzycz, jeśli żyjesz raczej tego nie potwierdza (może później prokurator się rozkręci). Na niwie prywatnej intrygujący jest związek Konrada z Zuzą, wziętą fotograficzką. Partnerka traktuje ich związek jako otwarty, co Konrad nie do końca akceptuje. Trwa w tej parze emocjonalno-psychologiczne przeciąganie liny, co przydaje postaciom dynamiczności. Najprościej rzecz ujmując, zwyczajnie byłem ciekawy ich kolejnych perypetii, wzlotów i upadków.
    Na zdecydowany plus zapisałbym temu debiutowi sposób ukazania miejsca akcji, czyli Gdańska. Sone doskonale zna to miasto, nie ma problemu z oddaniem w prozie jego klimatu, rytmu życia w nim. Autor uczynił z miasta niemal bohatera powieści – a to naprawdę sztuka.
    Wstępnie reasumując, czyli Krzycz, jeśli żyjesz jest dobrym debiutem powieściowym? Otóż jednak niekoniecznie. Bo jeśli chodzi o fabułę i intrygę kryminalną, zaczynają się schody (strome i poszczerbione). Punktem wyjścia intrygi jest ujawnienie w jednej z gdańskich rzeczek zwłok młodej kobiety, Weroniki. Wszystko wskazuje na to, że było to samobójstwo kobiety, która miała problem z depresją i narkotykami. I chociaż Kroon bada sprawę na prawo i lewo – wciąż wychodzi mu to samo: brak udziału osób trzecich. Tyle tylko że praktykujący w prokuraturze student prawa, Gustaw, odkrywa, że Weronika miała na ramieniu taki sam tatuaż jak on z napisem: Krzycz, jeśli żyjesz. Właśnie…
    W retrospekcjach pojawia się historia szalonego a i niebezpiecznego lata, jakie przeżył Gustaw. Ten przykładny student prawa, nieco spięty i bez właściwości spiknął się z paczką dwudziestolatków, bardzo różnych od niego statusem majątkowym, temperamentem czy pomysłem na życie. Sone w retrospekcjach dał długie ciągi opisów melanżów „na stoczni”, czyli w letnim imprezowym centrum Gdańska przy ulicy Elektryków. Alkohol, taniec, narkotyki, tani podryw (a wszystkiego naprawdę dużo). Jak dla mnie było tych imprezowych klimatów w powieści zwyczajnie za wiele. Bardzo nużyły mnie podczas lektury. Chociaż może zwyczajnie nie poczułem magii tego miejsca (byłem na Elektryków, ale miejsce nie zrobiło na mnie przesadnego wrażenia). W końcu, co tu kryć – to raczej rozrywki już dawno spoza mojej kategorii wiekowej.
    Oczywiście, wątek imprezowy ma w fabule znaczenie, bo służy wprowadzeniu postaci Julii, kluczowej dla całej intrygi. Ta bohaterka jest jak dla mnie najbardziej problematyczna w całej powieści. Młoda kobieta posiada niemal magiczną moc oddziaływania na innych, w tym na Gustawa, który zakochuje się w niej bez pamięci (nie on jeden). Jest opętana potrzebą wszelakich transgresji i bez trudu namawia znajomych na coraz bardziej dzikie i niebezpieczne akcje. Problem w tym, że autor nie za bardzo uzasadnia, skąd owa moc się bierze. Julia jest bardzo ładna, rzadko się odzywa, ma gdzieś wszelkie normy społeczne i lubi ryzyko. Czy to wystarcza? Moim zdaniem nie i absolutnie nie kupuję tej bohaterki.
    Moim zdaniem wątpliwa konstrukcja postaci Julii ma wpływ na całą intrygę. Jak najbardziej negatywny. Gustaw jest przekonany, że Julia przyczyniła się do śmierci Weroniki, opowiada o tym każdemu, kto tylko chce słuchać. Tyle tylko że w żaden sposób nie potrafi tego udowodnić. I powoli pozwala zagarnąć się obsesji związanej z tą kobietą. Co więcej – Julia nie tylko ma moc (trudno rzec skąd i naprawdę jakiego rodzaju), ale do tego jest enigmą. Kiedy Julia znika z radarów imprezowego towarzystwa, okazuje się, że nikt nie ma pojęcia, jakie ma nazwisko, gdzie mieszka, co robi. Nie ma też z nią kontaktu, bo porozumiewała się z wszystkimi poprzez konto na Instagramie, które skasowała. I przez to akcja powieści przez kilkaset stron koszmarnie się wlecze. Gustaw rozpaczliwie i bezskutecznie szuka Julii, Konrad czeka aż powróci do niego słynna intuicja… A napięcie nieustannie spada. Rozwiązanie całej sprawy okazuje się raczej trochę przypadkowe, trochę w typie deus ex machina
    Cyryl Sone, jak na moje oko, powinien bardziej popracować nad konstrukcją powieściowych fabuł. Albo bardziej słuchać się redaktorów, bo może akurat w przypadku Krzycz, jeśli żyjesz za bardzo się nie słuchał. Nie mam pojęcia, czy tak było. Jednak pewnie dam autorowi jeszcze szansę i sięgnę po drugą część serii. Dlaczego? A choćby przez to że zaintrygował mnie sam Konrad Kroon a poza tym jak na debiut jest to powieść całkiem sprawnie napisana pod względem językowo-stylistycznym. Na razie musi mi to wystarczyć…
 

poniedziałek, 24 października 2022

Robert Małecki, Wiatrołomy

 


 Siedemnaście odcieni szarości


Robert Małecki, Wiatrołomy, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2022, s. 533.


    Przyznam szczerze, że jestem jedną z sierot po komisarzu Bernardzie Grossie. I pewnie nie ja jeden. Oczywiście, Robert Małecki po wydaniu w roku 2020 Zadry wcale nie obwieścił światu i okolicom, że definitywnie kończy ze swoim bohaterem z Chełmży, jednak zajął się czymś innym, czyli pisaniem thrillerów. Rozumiem taki wybór Małeckiego – po seriach z dziennikarzem Markiem Benerem i policjantem Grosem, autor chciał spróbować sił w innym gatunku albo zwyczajnie miał pojedyncze historie, innych bohaterów, którymi chciał się podzielić z czytelnikami. Jasne i proste. Brak mi było Grossa, ale czytałem kolejne powieści Małeckiego, bo zwyczajnie cenię i lubię prozę tego autora. Tyle że satysfakcja była rozmaita. Raz było lepiej jak w Najsłabszym ogniwie, raz gorzej jak w Żałobnicy. Czekałem więc na Grossa a doczekałem się na coś zupełnie innego, czyli nową serię kryminalną Małeckiego.
    W Wiatrołomach jest trochę starego, jednak dużo więcej nowego. Po raz kolejny Małecki wprowadził do fabuły wątek zaginięcia, który bardzo często pojawia się w jego powieściach i właściwie stał się swoistym znakiem rozpoznawczym pisarstwa Małeckiego. Skupię się jednak na tym co nowe, bo jest to zwyczajnie ciekawsze.
    W Wiatrołomach pojawia się dwójka nowo wykreowanych przez Małeckiego bohaterów. To oczywiście także novum u Małeckiego, bo do tej pory w kryminałach pojawiali się pojedynczy główni bohaterowie. Może nie do końca samotnicy, ale jednak tacy, którzy sprawy kryminalne woleli prowadzić po swojemu i na własnych warunkach. Maria Herman i Olgierd Borewicz (nic dziwnego, że z takim nazwiskiem ma ksywę Zero siedem) są śledczymi z policyjnego Archiwum X z jednostki w Bydgoszczy. Zajmują się sprawą zaginięcia w Grudziądzu na początku lat 90. XX wieku dwumiesięcznego chłopca. Jadą do miasta, by porozmawiać z ojcem dziecka, ale kiedy docierają na miejsce, okazuje się, że mężczyzna zaginął (a jakże!). Szybko okazuje się, że został zamordowany. Sprawa się komplikuje nie tylko dlatego, że sama w sobie jest trudna i mocno zamierzchła, ale również dlatego że policjanci mają własne problemy.
    Herman i Borewicza łączy jedno – oboje są uzależnieni, ona od hazardu (przyznam, że nie pamiętam, by w polskich kryminałach ktoś tak obszernie jak Małecki pisał o tym rodzaju uzależnia, więc to też kolejna nowinka), on od seksu. Poza tym są bardzo różni. Znajdują się w innych momentach życia, różni ich sposób funkcjonowania w rzeczywistości, temperament i podejście do policyjnej służby. Ich relacja jest skomplikowana, momentami trudna i pełna napięć. Koniec końców jednak się dogadują, bo właściwie nie mają innego wyjścia, skoro zbliżają ich tajemnice, których muszą wzajemnie strzec. W Wiatrołomach relacja między głównymi bohaterami jest dynamiczna, a przez to ciekawa. Poza tym Małecki zadbał o wiarygodne, psychologicznie pogłębione sylwetki bohaterów. Oczywiście, Herman i Borewicz wywodzą się ze wzorca gliniarza po przejściach, ale Małecki postarał się, żeby bohaterów mocno zniuansować psychologicznie – nie są czarno-biali tylko sytuują się w przestrzeni rozmaitych odcieni szarości. Moim zdaniem duet bohaterów, wykreowanych przez Małeckiego, naprawdę ma duży potencjał, żeby „pociągnąć” naprawdę świetną serię kryminalną.
    Nowe jest w Wiatrołomach miejsce akcji, czyli Grudziądz i okolice, lokalizacja jeszcze niewyzyskana w prozie kryminalnej. Małecki od zawsze bardzo dbał o solidne zobrazowanie tła akcji, więc nie inaczej jest w nowym kryminale. Widać, że Małecki świetnie zna Grudziądz i potrafi wyzyskać wszelkie walory tej przestrzeni miejskiej w stworzonej przez siebie fabule. Na szczególną uwagę zasługują tytułowe wiatrołomy. Od opisu powalonego przez trąbę powietrzną lasu zaczyna się pierwszy rozdział powieści, ale Małeckiemu nie chodzi tylko i wyłącznie o ukazanie grozy (do pewnego stopnia fascynującej) takiego miejsca, które objawia siłę żywiołu. Wiatrołomy w okolicy Grudziądza odgrywają ważną rolę w intrydze kryminalnej, a poza tym w pewien metaforyczny sposób obrazują i nastrój całej powieści, i stan ducha niektórych jej bohaterów. Naprawdę jest to świetny przykład przemyślanego i intrygującego wyzyskania przestrzeni w fabule kryminalnej.
    Wiatrołomy są najobszerniejszą powieścią w dorobku Małeckiego, ale paradoksalnie najbardziej zwartą. Nie dostrzegłem w tej książce zbędnych wątków czy scen, akcja została odpowiednio podopinana. Nie znam szczegółów procesu twórczego pisarza, ale wydaje mi się, że zwyczajnie miał w przypadku Wiatrołomów bardziej dopracowany plan powieści i zwyczajnie więcej czasu na pisanie.
    Ale żeby nie było za słodko – nie do końca przekonała mnie motywacja zabójstwa ojca zaginionego niemowlaka a szczególnie nie mogłem dociec, dlaczego dokonało się w tym a nie innym momencie. Poza tym jeszcze coś, o czym pewnie wspominałem przy okazji recenzowania wcześniejszych powieści Małeckiego, a co powoli staje się chyba autorską manierą, czyli drobiazgowość opisów codziennych czynności bohaterów. Wiem, że części czytelników to odpowiada, ale mnie absolutnie nie interesuje, w którą stronę bohater miesza herbatę, albo gdzie odstawia kubek. Tak po prostu mam.
    Nowa seria, nowy Małecki? Do pewnego stopnia tak. I nowa pisarska przyszłość Małeckiego, która – moim zdaniem – rysuje się w jasnych barwach. Małecki wciąż ma świeże pomysły i duet bohaterów z naprawdę dużym potencjałem. I tylko nieszczęsnego Grossa trochę mi żal…

PS. A dlaczego w tytule recenzji jest liczba siedemnaście? Odpowiem wyczerpująco: bo tak…
 

środa, 5 października 2022

Andrzej Dziurawiec, Płonące ambony

 


 Smutno, smutno i jeszcze raz smutno

Andrzej Dziurawiec, Płonące ambony, Wydawnictwo Lira, Warszawa 2022, s. 427.


    Tak przed lekturą nowego kryminału Andrzeja Dziurawca Płonące ambony, jak i po niej, cisnęło mi się na usta wciąż jedno i to samo słowo – smutek. Skąd brały mi się te smutki mniejsze i większe?
Dziurawiec już wcześniej zapowiedział, że powieść zamknie historię Szuberta (tak o nim piszę, bo bohater nie znosi swojego imienia i praktycznie nim się nie posługuje), świetnego policjanta z Warszawy. I jak się okazało, jest to zakończenie z rodzaju definitywnych. Chyba że Dziurawiec dokona jakiejś spektakularnej wolty – jednak nie sądzę, by tak się stało.
    Smutno mi też było na początku dlatego, że trylogia z Szubertem właściwie nie doczekała się należnej uwagi i nie została w pełni doceniona. Przyczyny były zapewne złożone. Kolejne części trylogii ukazywały się nieregularnie – przypomnę, Bastard w 2013 roku, zaś Festiwal w 2017 a jej domknięcie dopiero po następnych pięciu latach. A życie książek na współczesnym, przeładowanym rynku jest bardzo krótkie, podobnie jak pamięć czytelników o nich. Cóż, wynikało to po części z takiego a nie innego rytmu pracy Dziurawca, ale też z kłopotami z wydawcami. A szkoda, bo to jedna z oryginalniejszych i lepiej napisanych trylogii kryminalnych ostatniej dekady. Inna sprawa – tak na marginesie – że obecnie akurat oryginalność i dobry styl nie są w naszej prozie gatunkowej przesadnie w cenie.
    Podczas czytania Płonących ambon też robiło mi się coraz smutniej, chociaż Dziurawiec zadbał o to, by było ciekawie i zupełnie inaczej niż w poprzednich częściach trylogii. Szubert jest już policyjnym emerytem i przenosi się do podlubelskiej wioski. Stara się wyremontować chałupę po dziadkach (z mizernym skutkiem), dużo czasu spędza z rozdokazywaną dożycą Welą, którą traktuje niemal jak dziecko, i próbuje jako tak poukładać swoje potrzaskane życie. Poznaje okolicę i miejscowych (nie nazbyt nachalnie). Do tego spotyka starego kumpla ze szkoły policyjnej, który mieszka niedaleko. I pewnie z wolna udałoby się Szubertowi dojść do ładu ze sobą i światem, ale koło niego rozpętuje się ciąg afer. Ekolodzy, którzy sprzeciwiają się stworzeniu zalewu, wchodzą w konflikt z miejscowymi. Zaczynają płonąć jedna po drugiej myśliwskie ambony. A do tego ktoś morduje ludzi związanych z wymiarem sprawiedliwości. Szubert nie z własnej woli zostaje wplątany w sprawę i w końcu – jak mawiał klasyk – nie chce, ale musi. Ponieważ historia, z którą Dziurawiec przyszedł do czytelników, jest smutna, więc łatwo się domyślić, że sprawa dla Szuberta nie skończy się dobrze.
    Aż mi szkoda, że piszę o kryminale i nie mogę zdradzić zbyt wiele, żeby nie spojlerować. Spróbuję jakoś wybrnąć z tej sytuacji… Dziurawiec porusza w Płonących ambonach istotne kwestie psychologiczne. Postać Szuberta jest wprawdzie zbudowana na typowym schemacie gliniarza, twardziela po przejściach, jednak została przez Dziurawca przełamana – by nie rzec połamana. Szubert świetnie radzi sobie w pracy, ale już w życiu prywatny zupełnie nie. Ten twardziel szczególnie niepewny i w gruncie rzeczy kruchy jest w relacja z bliskimi mu ludźmi. Ta jego właściwość mocno przeszkadza mu w odnalezieniu się na emeryturze, co wpędza go w samotność. Niby ją akceptuje, ale – jak się okaże – chętnie z niej zrezygnuje przy pierwszej okazji. A wtedy będzie bardzo podatny na zranienie. W szerszym aspekcie psychologicznym Dziurawiec zdaje w powieści pytania, ile ciosów jest stanie człowiek znieść. I czy idea budowania życia od nowa, tzw. nowego początku przypadkiem nie jest li tylko mrzonką, którą uspokajają nas psychoterapeuci, bo nie da się tak do końca odkreślić przeszłości grubą kreską. W powieściowym świecie Dziurawca sprawy częściej kończą źle niż dobrze. Jak mi się zdaje, jest to bliskie rzeczywistości – przynajmniej w moim jej rozumieniu.
    Dziurawiec w nowej powieści rozbudował tło obyczajowo-społeczne. I znowu, jak w przypadku kreacji głównego bohatera, wyszedł od powszechnego w kryminałach schematu, by go potem zmodyfikować. Jest więc w Płonących ambonach mała, lokalna społeczność, w której wszyscy się znają i są w jakiś sposób powiązani, ale jednak mają swoje tajemnice, do których nie chcą wracać a już na pewno nie chcą opowiadać o nich obcym. I są lokalne układy i układziki oraz miejscowi kacykowie, którym wydaje się, że mogą wszystko, bo i tak ujdzie im to na sucho. Dziurawiec wprowadza do tego schematu nowy wątek, wciąż jeszcze mało wykorzystywany w naszej prozie, jakim jest kwestia osiedlenia się ludzi z wielkiego miasta na wsi. A to przecież zjawisko w Polsce coraz częstsze. W tle historii kryminalnej Dziurawiec opowiada o kłopotach z adaptacją w lokalnej społeczności. Jest to zazwyczaj proces długotrwały, wymagający odrobiny otwartości z obu stron – otwartości, o którą czasami wcale nie jest łatwo – szczególnie w obecnych czasach. I także o tym jak mylne może się okazać tzw. pierwsze wrażenie.
    A na koniec rzecz absolutnie warta podkreślenia („wężykiem, wężykiem!”) – kryminały Dziurawca są świetnie napisane. Dziurawiec posługuje się klarowną literacką polszczyzną, pozbawioną zbędnych ozdobników. Poszczególne sceny i motywy są precyzyjnie skonstruowane i mają jasny cel, co akurat nie dziwi, bo Dziurawiec jest także scenarzystą. To szczególnie istotne obecnie, kiedy wielu autorów kryminałów czy thrillerów ględzi bez opamiętania, aby tylko nabijać kolejne dziesiątki stron pisanych na kolanie powieści. I do tego dochodzą jeszcze wręcz pyszne dialogi. Widać, że Dziurawiec lubi rozmawiać z ludźmi i ma słuch do języka mówionego. A chyba każdy z piszących wie, że napisać dobry dialog wcale nie jest łatwo.
    Smutno mi więc, smutno, po trzykroć smutno. Może jednak kolejna książka Dziurawca przywróci uśmiech na mojej twarzy.
 

poniedziałek, 5 września 2022

Grzegorz Skorupski, Mistrz marionetek

 


Tajemnice pokoju nauczycielskiego

Grzegorz Skorupski, Mistrz marionetek, Wydawnictwo Harde, Warszawa 2022, s. 366.


    Rynek książki do pewnego stopnia wymusza na autorach prozy gatunkowej pewną elastyczność, więc większość z nich dosyć swobodnie przerzuca się od jednej odmiany tejże prozy do drugiej. Jednak są – na przykład – autorzy kryminałów retro, którzy nie za bardzo radzą sobie z kryminałem współczesnym. Byłem ciekaw, jak to będzie w przypadku Grzegorza Skorupskiego, który do tej pory dał się poznać jako autor interesującej serii kryminałów retro z prokuratorem Adamem Karskim (Smak błękitu, Dłonie śmierci, Dom Pod Czerwonym Dębem), a teraz napisał jak najbardziej współczesną powieść kryminalną – Mistrza marionetek.
    Akcja powieści rozgrywa się w niewymienionym z nazwy mieście, jednak realia wskazują, że jest to wielkopolski Gostyń, w którym Skorupski mieszka. Zostaje zamordowana nauczycielka historii miejscowego liceum, a okoliczności wskazują, że był to mord rytualny. A to nie koniec morderstw… Przyjaciółka historyczki, polonistka Olga Stapikowska zaczyna interesować się sprawą, podpadając miejscowej policji i pewnemu, dosyć atrakcyjnemu, prokuratorowi.
    Duży plus dla Skorupskiego za osadzenie akcji w środowisku nauczycieli, co jest rzadkością w rodzimych kryminałach. Skorupski sam był nauczycielem, więc zna ten światek od podszewki i potrafi ciekawie go przedstawić. Może tylko na początku powieści jest za dużo scen pogaduszek w pokoju nauczycielskim, ale to prawdopodobnie tylko moje wrażenia. Znam środowisko nauczycielskie, więc to dla mnie oczywiste, co się dzieje w pokojach nauczycielskich – dla kogoś innego może być zupełną nowością.
    Czepiam się pogaduszek, ale są one w Mistrzu marionetek po coś – to nie jest tylko czcze ględzenie dla nabijania stron. Skorupski jest jednym z tych autorów kryminałów, którym nie chodzi tylko o konstruowanie zagadek kryminalnych i mnożenie makabry. Wszystkie jego kryminały są o czymś, traktują o rozmaitych problemach. W Mistrzu marionetek Skorupski przedstawia różne odcienie współczesnej duchowości, rozważa kwestię stosunku do religii i Boga, a też ukazuje religijne poszukiwania, które mogą wyprowadzić ludzi na manowce. I dotyka delikatnej sprawy nadwrażliwców, którzy nie radzą sobie ze światem i szukają życiowych przewodników. A ci czasami okazują się cynicznymi manipulatorami, którzy bez skrupułów wykorzystują słabości innych.
    Bardzo przypadła mi do gustu postać głównej bohaterki, Olgi – i to nie tylko dlatego że sam lubię kreować postaci kobiece w pisanych przeze mnie kryminałach. Olga jest w średnim wieku, po rozwodzie. Samotnie wychowuje nastoletnią córkę a sama wciąż jeszcze układa sobie życie. Skorupski stworzył postać kobiety dobrze osadzoną we współczesnych realiach, zwyczajnie prawdziwą i ciekawą do tego stopnia, że chce się śledzić jej losy (mam cichą nadzieję na kontynuację…). Olga jest inteligenta, ciekawa świata, z poczuciem humoru, ale ma też w sobie rys pewnej dziewczęcej naiwności, dodający jej uroku.
    Intryga w Mistrzu marionetek jest precyzyjnie poprowadzona, ale akcja nie pędzi do przodu. Skorupski daje sobie tekstową przestrzeń na dokładne oddanie współczesnych realiów i rozważania na tematy, o których wspominałem wyżej. A ja zwyczajnie tego rodzaju kryminały, z wyraźnym rysem obyczajowo-społecznym, bardzo cenię.
 

poniedziałek, 24 stycznia 2022

Przemysław Piotrowski, Piętno

 

 


Absurdalne wańki-wstańki


Przemysław Piotrowski, Piętno, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2020, s. 463.


    Wielokrotnie deklarowałem, że lubię sięgać po debiuty prozatorskie (nie tylko kryminalne) czy książki nieznanych mi autorów. Pewnie w dużym stopniu wynika to z faktu, że jestem ciekawski – taka skaza albo zaleta (jak kto woli). Niestety, często za tę ciekawość przychodzi mi słono płacić. Nie będę się bawił w suspensy czy budowanie napięcia, bo niczemu w tym przypadku to nie służy, więc zdradzę na samym początku – lektura debiutanckiej powieści kryminalnej Przemysława Piotrowskiego trochę zdrowia mnie kosztowała.
    Do prozy Piotrowskiego zabierałem się jak do jeża przede wszystkim dlatego, że z opisów kolejnych książek z serii o komisarzu Igorze Brudnym wynikało, że są to opowieści o psychopatycznych mordercach. A takich atrakcji mam od kilku lat serdecznie dosyć. Jednak sporo przeczytałem dobrych opinii na temat kryminałów Piotrowskiego, więc koniec końców przemogłem się i zaryzykowałem lekturę Piętna.
    I fakt, intryga kryminalna w debiucie Piotrowskiego zasadza się na sprawdzonym schemacie „ręka, noga, mózg na ścianie” – a dokładniej są w Piętnie dekapitacje, wycinanie narządów wewnętrznych, rozrzucanych potem po mieście, cięcie piłą mechaniczną i inne podobne atrakcje. Byłem przygotowany na to, co mnie czeka, więc cierpliwie znosiłem kolejne opisy tortur i maskar. Tym bardziej że początek powieści wyglądał naprawdę obiecująco. W tej powieści kryminalnej (z grubsza kryminalnej, bo autor domieszał do niej trochę sensacji i… tak, tak, opery mydlanej) Piotrowski „ustawił” ciekawego, dobrze zgranego z fabułą głównego bohatera. Komisarz Brudny jest warszawskim gliną po przejściach (z dobrze przedstawioną psychologicznie, głęboką traumą), milczkiem niespecjalnie skomunikowanym z własną (a i innych) emocjonalnością, inteligentnym i na swój sposób błyskotliwym. Mówiąc krótko, stylowy policjant. Postaciom drugoplanowym w Piętnie (wspomnę choćby partnerkę z pracy Brudnego, Julkę Zawadzką czy inspektora Romualda Czarneckiego) też nic nie brakuje. Piotrowski porusza w powieści ważny i poważny temat – chodzi o handel dziećmi i pedofilię w Kościele. Akcja osadzona jest w Zielonej Górze i okolicach, czyli miejscach w prozie kryminalnej jeszcze słabo opisanych a przecież atrakcyjnych. Do tego Piotrowski posłużył się bardzo zmyślnym konceptem fabularnym. Główny podejrzany w sprawie serii makabrycznych mordów jest łudząco podobny do Brudnego. Szybko okazuje się, że jest to brat bliźniak komisarza, o którego istnieniu Brudny nie miał wcześniej pojęcia. Zapowiadał się naprawdę solidny, ciekawy kryminał, a jednak im dalej w las…
    Co więc poszło nie tak? Głównie końcówka (chociaż pewnie powinienem napisać „końcówka”). Mniej więcej od strony 300 Piętna zanosi się na ostateczną rozgrywkę z psychopatycznym mordercą, który sprowadza strach na Zieloną Górę. A powieść ma ponad 450 stron. „Ostateczna rozgrywka” rozpisana aż na tyle tekstu? W pierwszej chwili pomyślałem, że to bardzo odważne i zarazem oryginalne rozwiązanie, chociaż ryzykowne. Lubię odważnych i bezkompromisowych pisarzy, więc czytałem kolejne strony z uwagą. I faktycznie, od 330 strony wystartowała „ostateczna rozgrywka” i zaczął się ciąg kolejnych podchodów, starć, ucieczek w malowniczych okolicznościach nadodrzańskich terenów… Czegóż tam nie ma?! Oczywiście kolejna dekapitacja, świnie jedzące zwłoki, mocno pokiereszowani bohaterowie, tortury, bójki i strzelaniny na lądzie i wodzie… Niby w tej „końcówce” się dzieje, ale kolejne strony czytałem z rosnącym znużeniem, choć również pewną (niezdrową) ekscytacją, bo Piotrowski zafundował mi (i wszystkim czytelnikom) istną paradę bzdur. I już nawet mniejsza o to, że to ciągnące się w nieskończoność „zakończenie” ma dynamikę równą jeździe w korku na Zakopiance. 

    Do 330 strony działania bohaterów mieszczą się w zakresie prawdopodobieństwa, jednak później autor pozwala sobie na swobodną jazdę bez trzymanki. Brudny strzela (i trafia) prawie nic nie widząc, Zawadzka z pięć razy powinna zejść z powodu hipotermii, zanim dokonała ostatniego, heroicznego wyczynu, ciężko postrzelony morderca ucieka i broczy krwią, broczy krwią i ucieka, a na koniec stacza pojedynek z Brudnym w zimnej wodzie Odry (to najgłupsza scena walki jaką ostatnio czytałem)… I tak dalej, i tym podobne. Oczywiście, bohaterowie dokonują tego wszystkiego dzięki licznym „wyrzutom adrenaliny”. Naprawdę nie wiedziałem, że organizm ludzki jest w stanie tyle jej wyprodukować. A jak już brakuje adrenaliny, pozostaje jeszcze jedno rozwiązanie, czyli ignorowanie faktów: „Ignorując ból, lodowate zimno i fakt, że jego lewe ramię zostało rozerwane przez kulę, zdołał dopłynąć i w ostatniej chwili złapać się jednego z wystających konarów” (s. 436). Dobre, nie? Pewnie nawet bym się nie czepiał tego, że w powieści Piotrowskiego bohaterowie są niczym absurdalne wańki-wstańki, bo przecież istnieją takie konwencje pisania kryminalnego, które dopuszczają daleko idącą umowność w opisywaniu scen walki (i nie tylko w tychże scenach). Tyle tylko że Piotrowski w słowie od autora pisze wprost: „Przy pisaniu Piętna zależało mi na realizmie, dlatego prawie wszystkie miejsca i instytucje, które pojawiają się w książce, istnieją (…)”. Czyli co? Ma być realistycznie, jeśli chodzi o miejsca i instytucje, a bohaterowie mogą sobie działać niczym drewniane kukiełki w teatrze lalek, które trudno zniszczyć? Moim zdaniem jest to słabe rozwiązanie, co więcej poczułem się jako czytelnik w pewien sposób oszukany przez Piotrowskiego.
    Nie mam pojęcia, jak inni czytelnicy prozy Piotrowskiego, ja jednak postanowiłem sobie od książek tego autora odpocząć. Na dłużej.
    
 

sobota, 6 listopada 2021

Michał Śmielak, Znachor

 


 

 Leczenie nieuleczalnego


Michał Śmielak, Znachor, Wydawnictwo Initium, Kraków 2021, s. 510.


    Nie tak dawno na spotkaniu autorski Robert Małecki spytał mnie, po jaką książkę sięgnę, jeśli będę miał wybór między powieścią debiutanta a uznanego autora kryminałów. Odpowiedziałem z pełnym przekonaniem, że wybiorę książkę debiutanta. Z bardzo prostej przyczyny – jestem człowiekiem z gruntu ciekawskim, który lubi nowości i niespodzianki. Ale bywa, że „ciekawość to pierwszy stopień do piekła”. Debiut kryminalny Michała Śmielaka może nie zaprowadził mnie wprost do piekła (czytelniczego), jednak pozostawił mnie z mocno mieszanymi uczuciami.
    Sam pomysł na główny temat Znachora jest świetny. Intryga kryminalna rozwija się wokół historii związanych z wszelkiej maści samozwańczymi uzdrowicielami czy znachorami, którzy zwyczajnie oszukują zrozpaczonych ludzi, żerując na ich nieszczęściu i strachu przed śmiercią (czasami kończy się to – niestety – śmiercią ich „pacjentów”). Temat jest szczególnie istotny w czasach, kiedy spora część naszego społeczeństwa odwraca się od nauki czy wręcz neguje jej ustalenia, zwracając się ku opatrznie odbieranej wierze czy wszelakim mistycyzmom. Ciekawie „ustawiony” jest również główny bohater powieści, Krzysiek. Ten beztroski student historii nagle dowiaduje się, że ma nieoperacyjnego guza mózgu i maksymalnie pół roku życia przed sobą. Chociaż nie wierzy w uzdrowicieli, dosyć (jak sądzi) przypadkowo trafia do jednego z nich. Jedzie do niego, do małej wioski w Podgórzu Dynowskim, choć nie robi sobie wielkich nadziei. Sprawa „leczenia” komplikuje, kiedy w okolicy zaczynają ginąć ludzie, a Krzysiek raz po raz natyka się na zwłoki.
    Nawet niespecjalnie w przypadku debiut Śmielaka przeszkadzało mi, że między innymi jest to kolejna historia o seryjnym mordercy – i to nie byle jakim, bo mściciel, chcąc chronić ludzi przez fałszywymi uzdrowicielami, wymyślnie morduje trzydzieści siedem osób. Wymyślnie – ponieważ wykorzystuje sposoby na uśmiercanie ludzi wykorzystywane na przestrzeni dziejów przez katów (sam siebie uważa za współczesnego mistrza w katowskim fachu). Jest w opisach morderstw u Śmielaka coś z teatrzyku makabry, który dla mnie jest mocno umowny, więc trudno mi było się nim przejąć.
    Gorsze jest to, że Znachor jest powieścią przegadaną i – by tak rzec – przefajnowaną. Jeszcze rozmaite wtręty historyczne dotyczące uzdrowicieli, prześladowań tzw. czarownic i rzemiosła katowskiego mają uzasadnienie fabularne, bo dostarczają niezbędnego tła intrydze kryminalnej. Śmielak ma też jednak niepohamowaną skłonność do mnożenia komentarzy na temat życia społecznego czy politycznego w naszym kraju. Czasami są one zabawne, czasami boleśnie oczywiste, nieodmiennie jednak za długie i jest ich zdecydowanie za wiele. A przez to całkiem nieźle zaplanowana akcja raz po raz grzęźnie na fabularnych mieliznach. Do tego prawie wszyscy głównie bohaterowie są (mają być?) niezwykle dowcipni, w rozmowach nieustannie przerzucają się żarciki czy bon motami. Raz, że takie nagromadzenie w jednym miejscu oraz czasie ludzi obdarzonych niezwykłym poczuciem humoru (i nieustannie żartujących) zwyczajnie nie występuje w przyrodzie, dwa, że to ciągłe śmieszkowanie bohaterów na dłuższą metę zwyczajnie mnie nużyło.
    Do tego dochodzą zaiste przedziwne relacje Krzyśka z kobietami. Bohater flirtuje z każdą napotkaną kobietą i z miejsca fantazjuje na temat seksu a nawet związków z nimi. To jeszcze nic, bo niemal każdej kobiecie na widok Krzyśka miękną kolana i zaczynają one marzyć o dzikich łóżkowych harcach, małych śpioszkach i rodzinnych wakacjach (dobra, może trochę przesadzam!). I natury tych relacji damsko-męskich nie tłumaczy fakt, że Krzysiek ma mało życia przed sobą i chce z tej resztki czasu korzystać. Zastanawiałem się, o co w tym chodzi? Zagadka rozwiązuje się w słowie Od autora. Śmielak zdradza w nim ni mniej, ni więcej: „Książka pierwotnie nakreślona została jako romans (…)”. Czyli w kryminale pozostały odpryski romansu, dosyć – jak dla mnie – dziwacznego. Odpryski, które sprawiają, że w warstwie psychologicznej relacje głównego bohatera stają się mocno wydumane.
    Bez wątpienia Znachor potwierdza, że Śmielak ma potencjał. Nieźle pisze, umie wymyślić ciekawą, niebanalną historię. Jednak w debiucie tego autora jest wiele błędnych, typowo debiutanckich rozwiązań. Pewnie zabrakło Śmielakowi redaktora, który porządnie „odchudziłby” tę powieść, tłumacząc, że czasami mniej znaczy lepiej. namówił do zrezygnowania z wątpliwych czy wręcz słabych rozwiązań fabularnych. Niestety, jak w przypadku wielu debiutów (i nie tylko) tekst Znachora nie został solidnie zredagowany.
    Moja matka, rzuciwszy okiem na okładkę książki Śmielaka, skomentowała, że to chyba nie TEN Znachor. Otóż, jak najbardziej nie TEN. O ile książka Tadeusza Dołęgi-Mostowicza (z roku 1937) stała się prawdziwym klasykiem rodzimej literatury popularnej, o tyle powieść Śmielaka nie ma na to szans. Najmniejszych. Mimo to ciekaw jestem kolejnej powieści tego autora.
 

wtorek, 14 września 2021

Stuart Turton, Demon i mroczna toń

 


Przekombinowane igraszki na morzu


Stuart Turton, Demon i mroczna toń, przeł. Jacek Żuławnik, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2021, s. 510.


    Debiut brytyjskiego pisarza Stuarta Turtona, powieść Siedem śmierci Evelyn Hardcastle, wywołał u mnie (nie przesadzam!) szczery zachwyt. Jest to niezwykle oryginalne połączenie kryminału zamkniętego pokoju z fantastyką, do tego doprawione odrobiną cozzy. Turton stworzył fabułę bardzo inteligentnie skrojoną, zaskakującą, konstrukcyjnie nieoczywistą - rzekłbym (tak, to chyba jednak dobre słowo, choć za nim nie przepadam) uroczą w stylu starych, dobrych angielskich kryminałów. Nic więc dziwnego, że czekałem na kolejną książkę tego autora, chociaż po przeczytaniu jej zapowiedzi obawiałem się, że to powieść nie dla mnie. Dlaczego? W powieści Demon i mroczna toń Turton akcja rozgrywa się przede wszystkim na morzu, a ja jestem absolutnie odporny na uroki prozy marynistycznej; nie kręcą mnie malownicze, groźne burze, szum żagli, niezbyt interesują historie trudnej i żmudnej doli marynarski. Po prostu nie zachwycają mnie tego rodzaju opowieści i klimaty. I książka Turtona tego stanu rzeczy nie zmieniła.
    Akcja Demona… rozgrywa się w roku 1634. Z holenderskiej kolonii Batawii wypływa flotylla statków handlowych, która ma dotrzeć do Amsterdamu. Na jednym z nich podróżuje wraz z rodziną gubernator kolonii, który w kraju ma dołączyć do władz niezwykle bogatej i wpływowej Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Gubernator wiezie ze sobą wielki skarb i tajemniczy Kaprys, o którym mało kto wie, czym jest. Wiezie też wielki bagaż swoich grzechów. Tuż przed wypłynięciem statków z Batawii trędowaty rzuca klątwę na statek, którym podróżuje gubernator, a na żaglu statku pojawia się znak demona. Gubernator miał już z tym demonem do czynienia i zdaje sobie sprawę, że rejs nie obejdzie się bez komplikacji. Jednak skala przemocy i zbrodni na statku zaskakuje nawet jego. Czy demon zapanuje nad statkiem? Czego właściwie chce? I wreszcie – czy mroczny demon w ogóle istnieje?
    Podobnie jak w debiutanckiej powieści, tak i w Demonie… Turton tworzy fikuśną wariację na temat kryminału zamkniętego pokoju. I znowu tworzy bardzo skomplikowaną, powikłaną intrygę. Tyle tylko że brytyjski pisarz w nowej powieści przekombinował. Intryga zbudowana wokół motywu zemsty (nie, nie zdradzam zbyt wiele) jest bardzo wymyśla, pełna niesamowitych pomysłów, forteli i pułapek. Jasne, lubię tego rodzaju intrygi, ale tutaj szwankuje trochę ekonomia konstrukcji fabuły. Zemsta mogła się dokonać w dużo prostszy (a przy tym bardziej prawdopodobny) sposób i – jak na mój gust – takie uproszczenie nie odebrałoby fabule atrakcyjności. Poza tym część rozmaitych, bardzo skomplikowanych działań mścicieli wydaje mi się zwyczajnie niemożliwa do przeprowadzenia, szczególnie na statku, który przez dwa tygodnie miotany jest groźną burzą tropikalną.
    Do tego dochodzi – pozornie – niejasna sprawa demon. Czy demon faktycznie istnieje i z tajemniczych powodów masakruje ludzi na statku? Zabobonni marynarze wierzą w demona, oficerowie już niekoniecznie. Napisałem, że jest to tylko pozornie niejasna historia, bo jednak Turton od początku podrzuca czytelnikowi tyle podpowiedzi i sugestii, że nie są to już tylko drobne okruszki prowadzące do rozstrzygnięcia tej kwestii, lecz niemal droga pokryta okruchami niczym kwieciem na procesji Bożego Ciała.
    Chyba najciekawsze w nowej powieści Turtona są kreacje niektórych postaci. Żona gubernatora, która rozpaczliwie próbuje się wyrwać spod nieograniczonej władzy brutalnego męża, najemnik, który porzucił wygodne życie w bogatej rodzinnie, by szukać własnej ścieżki losu, piekielnie inteligentny „problemariusz”, czyli ktoś w rodzaju detektywa rozwiązującego kryminalne zagadki Holandii i Batawii. Każde z nich ma swoje mroczne tajemnice, zmaga się ze złem i pokusami, które są wokół nich i w nich samych, i rozpaczliwie dąży ku osobistej wolności, która w XVII wieku jest darem rzadkim a przez to niezwykle cennym.
    Moim zdaniem druga powieść Turtona jest zdecydowanie słabsza od debiutu, bo przekombinowana, z intrygą już nie tak precyzyjnie uszytą. A do tego – jak już pisałem – jej akcja rozgrywa się na morzu. Nie spodziewałem się, że brytyjski pisarz przekona mnie do „morskich opowieści”. I fakt, nie przekonał.
 

poniedziałek, 6 września 2021

Ben Creed, Miasto duchów

 


 Skrzypek bez palców


Ben Creed, Miasto duchów, przeł. Radosław Kot, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2021, s. 360.


    Po tym jak przeczytałem na czwartej stronie okładki opis powieści Bena Creeda, spodziewałem się malowniczej katastrofy. Angielski pisarz, który umieszcza akcję kryminału w realiach stalinowskiej Rosji? Zapowiadała się rzecz w najlepszym wypadku bardzo powierzchowna. Poszukałem więcej informacji na temat Miasta duchów i okazało się, że żadnego Bena Creeda nie ma, bo to pseudonim, pod którym ukrywa się dwóch autorów: Chris Rickaby i Barney Thompson. Ten drugi jest wykształconym klasycznie muzykiem, który studiował także w Petersburgu, więc stało się jasne, skąd pisarzom wzięły się Sowiety i Leningrad. A potem zacząłem czytać Miasto duchów i… wsiąkłem na dobre.
    Intryga kryminalna w tej powieści to nic szczególnego, bo to kolejna wariacja na temat mordów dokonywanych przez psycho- i socjopatę. Akcja zaczyna się w październiku 1951 roku od znalezienia na torach, biegnących w odludnym miejscu niedaleko Jeziora Ładoga, pięciu zmasakrowanych, specyficznie upozowanych trupów. Oczywiście milicjanci niespecjalnie radzą sobie ze sprawą, tym bardziej że równocześnie muszą bardzo się nagimnastykować, aby nie wpaść w ręce siepaczy Berii. Pomysł na intrygę jest więc ograny, ale przyznam, że poprowadzona została ona bez większych kiksów, mimo iż dosyć łatwo można odkryć, kto w tej opowieści jest seryjnym mordercą.
    Mocnym elementem Miasta duchów jest główny bohater, Rewol Rossel, porucznik leningradzkiej milicji. To postać niejednoznaczna, psychologicznie powikłana. Rossel był niegdyś świetnie zapowiadającym się skrzypkiem, ale na skutek donosu został aresztowany a nadgorliwi czekiści podczas przesłuchań zmasakrowali mu dłonie. Musiał więc zapomnieć o karierze muzyka. Rewol przegrał swoje życie – ma tego świadomość – ale nie został do końca złamany. Próbuje utrzymać na powierzchni, robiąc co do niego należy, jednak ma świadomość kruchości układu, w którym tkwi. Jest w bohaterze sporo rezygnacji podszytej melancholią – rezygnacji naznaczonej tak typowym dla Rosjan fatalizmem. Inaczej rzecz ujmując, Rossel jest człowiekiem głęboko poraniony, podobnie jak jego miasto, Leningrad, które jeszcze nie zdążyło się podnieść po tragedii naznaczonego głodem wojennego oblężenia a już zostało znowu poranione na skutek stalinowskiego terroru.
    Autorom powieści udało się dosyć dobrze oddać duszną atmosferę czasów stalinowskiej opresji. Pokazują ludzi gnieżdżących się w komunałkach, czyli mieszkaniach (zwykle w kamienicach), w których umieszczono kilka rodzin, gdzie wszyscy są fizycznie bardzo blisko siebie, jednak oddzieleni niewidzialną i szczelną  barierą strachu. Ludzi, którzy muszą uważać na każde wypowiadane słowo, każdy gest, bo jeden donos może sprawić, że człowiek „zniknie”. I nie powinni się wychylać, wychodzić przed szereg, bo to może zarówno ich samych, jak i ich bliskich kosztować bardzo wiele. Autorzy Miasta duchów ukazują rozmaite formy zniewolenia i upodlenia, które władza sowiecka „funduje” swoim obywatelem – w tym chyba tego najgorszego, bo najmocniej, najdotkliwiej niszczącego ludzi, czyli mentalnego. Najmocniej mentalne zniewolenia ukazane zostało w ostatnich scenach książki, naprawdę bardzo przejmujących.
    Bardzo ciekawym zabiegiem jest wprowadzenia do Miasta duchów rozbudowanych wątków dotyczących muzyki. To w sumie rzadkość w powieściach kryminalnych. Autorzy książki nie tylko pokazują specyficzny, dosyć hermetyczny światek muzyków klasycznych, z buzującymi w nim emocjami, intensywnymi, ale niekoniecznie zdrowymi. Muzyka ma istotne znaczenie tak w konstrukcji intrygi kryminalnej, jak i całej powieści, co potwierdza choćby spis treści. F, A, Es-dur, B-dur, G, Koda – tak nazywają się kolejne części powieści.
    Miasto duchów jest nieoczywistym, miejscami zaskakującym i zwyczajnie ciekawym kryminałem – wartym polecenia.
    
 

piątek, 23 lipca 2021

Anna Kańtoch, Lato utraconych

 


 Kiedy on już powróci…


Anna Kańtoch, Lato utraconych, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2021, s. 388.


    Temat zaginięć jest jednym z najczęściej pojawiających się w rodzimych (zresztą nie tylko) kryminałach czy thrillerach. Giną kobiety i mężczyźni, giną dzieci. Bliscy, policjanci czy dziennikarze, wszyscy szukają zaginionych, najczęściej z mizernym skutkiem. Powieści o zaginięciach naprawdę jest masa. Przykłady pierwsze z brzegu? Motyw zaginięcia jest jednym z kluczowych choćby w pisarstwie Roberta Małeckiego czy Przemysława Żarskiego. Po temat zaginięcia sięgnęła również Anna Kańtoch w nowej trylogii zapoczątkowanej powieścią (nomen omen) Wiosna zaginionych. Dlaczego autorzy tak chętnie biorą się za ten temat? Zaginięcia to w gruncie rzeczy fabularny samograj. I nie, nie chcę czynić w tym miejscu wyrzutów różnym autorom, bo przy odrobinie oryginalności i finezji nawet z tak zgranego motywu da się wycisnąć coś intrygującego.
    Osią fabularną nowej trylogii Kańtoch są usiłowania głównej bohaterki, Krystyny Lesińskiej, by odkryć co przed dziesięcioleciami stało się z jej ukochanym bratem, który wyszedł ze znajomymi w góry i zniknął. Jednak w drugiej części serii, Lecie utraconych, pojawia się jeszcze inne zaginięcie. Kilkuletni Kuba znika bez śladu (także w górach). To już było grane wiele razy? Oczywiście, ale Kańtoch należy do tych autorek, które lubią rozwiązania, rozwinięcia nieoczywiste i zaskakujące. Otóż Kuba, już jako nastolatek, w dramatycznych okolicznościach powraca. I tu dopiero zaczyna robić się bardzo ciekawie. Jak już wspominałem, w powieściach kryminalnych czy thrillerach zaginieni bohaterowie zwykle albo nie odnajdują się wcale, albo odnajdywane są ich zwłoki czy szczątki. U Kańtoch jest inaczej, co przekierowuje opowieść o zaginięciu na inne tory. Dawny świat małego Kuby się rozpadł, jego rodzice się rozwiedli. Ojciec ma nową rodzinę, w tym dwie urocze córeczki. I nagle Kuba, który przez lata żył w izolacji, trafia do tej rodzinny. Straumatyzowany, wrzucony w świat, którego nie zna i chyba nie do końca rozumie. Jest to sytuacja równie trudna dla Kuby, jak i dla jego ojca oraz macochy. Na tym poziomie powieść Kańtoch jest historią oswajania obcości, której do końca nie da się znieść, zniwelować bliskością. Bo czy same więzy krwi są na tyle mocnym spoiwem, by w rzeczywisty i trwały sposób połączyć ludzi, których dzielą jakże odmienne a na dodatek trudne doświadczenia? To jedno z pytań, które stawia autorka z Katowic, pytań, na które każdy z czytelników musi odpowiedzieć sobie sam.
    Jak to zwykle u Kańtoch bywa, fabuła w Lecie zaginionych jest wielowątkowa. Osią intrygi kryminalnej jest inna sprawa niż zaginięcie. Jest rok 1999, a komisarz Lesińska pracuje jeszcze w policji. W leśniczówce dochodzi do makabrycznej zbrodni: zostaje brutalnie zamordowana cała rodzina, w tym dwie kilkuletnie dziewczynki. Odludne miejsce, brak świadków i wyraźnych tropów. Z tym musi zmagać się komisarz i jej ludzie. Śledztwo idzie jak po grudzie także dlatego, że Lesińska zmaga się z żałobą po nagłej śmierci męża. Kto zamordował całą familię? Rozwiązanie bardzo mnie zaskoczyło. (Warto w tym miejscu zaznaczyć, że mimo brutalności zbrodni autorka nie epatuje makabrą.)
    Niezwykle cenię Wiosnę zaginionych – moim zdaniem ta powieść absolutnie zasłużenie wyróżniona została Nagrodą Wielkiego Kalibru. Przede wszystkim przykuła moją uwagę kreacja Lesińskiej jako bohaterki senioralnej. To rodzaj kreacji wciąż bardzo rzadkiej w naszej prozie (nie tylko kryminalnej). W Lecie utraconych bohaterka jest sporo młodsza, wciąż pracuje w policji. Dzięki temu możemy ją poznać z innej strony, odkryć inne aspekty jej osobowości. Taka swoista retrospekcja w rozpisanej na trzy tomy historii ma swoje plusy. Przyznam jednak, że trochę mi tęskno do Lesińskiej emerytki. Logika rozsnuwanej przez Kańtoch fabuły sugeruje, że w części trzeciej znowu pojawi się bohaterka w wieku emerytalnym. Co bardzo mnie cieszy.
    Po lekturze Lata utraconych zastanawiałem się, która z części tej trylogii jest lepsza. Nie umiem tego rozstrzygnąć, bo te powieści są zwyczajnie inne, chociaż wpisane w to samo fabularne uniwersum. Każda z nich w inny sposób wzbogaca rozwijaną przez autorkę historię. I niech tak zostanie.
 

poniedziałek, 19 lipca 2021

Przemysław Żarski, Cierń

 


 Blizny, które pozostają


Przemysław Żarski, Cierń, Czwarta Strona, Poznań 2021, s. 463.


    W pandemicznym roku 2020 mało czytałem (z różnych względów) polskich premier kryminalnych, dopiero niedawno zacząłem nadrabiać zaległości i trafiłem na prawdziwą perełkę, czyli trylogię sosnowiecką Przemysława Żarskiego, na którą składają się powieści Ślad, Blizna oraz (niedawno wydana) Cierń. Jak dla mnie jest to jedna z lepszych, mocniejszych trylogii kryminalnych ostatnich lat. Dlaczego?
    Żarski wybrał nieoczywiste, mało wyeksploatowane w prozie kryminalnej miejsce akcji, czyli Sosnowiec w Zagłębiu. Jest to miasto z niewątpliwym potencjałem, w którym można znaleźć naprawdę świetne lokalizacje kryminalne (kto był tam, ten wie). W wielu kryminałach przestrzeń miejska traktowana jest przez autorów jedynie jako niezbędne tło, służące temu, aby bohater mógł skręcić z jednej ulicy w drugą, przejechać przez konkretne skrzyżowanie albo zauważyć charakterystyczny dla danego miasta budynek. W trylogii Żarskiego przestrzeń Sosnowca (te wszystkie stawy i laski, kwartały gęstej zabudowy i znajdujące się w obrębie granic miasta pustkowia) została integralnie zespolona z kryminalnymi intrygami. Innymi słowy – Sosnowiec jest ni mniej, ni więcej jednym z bohaterów tych powieści.
    Głównym bohaterem w kryminałach Żarskiego zdaje się być komisarz Robert Kreft z sosnowieckiej komendy, ale w gruncie rzeczy mamy tu do czynienia z bohaterem zbiorowym, ponieważ autor wiele miejsca poświęca także innym policjantom – Błażejowi Urydze czy Marcie Rybickiej. Każdy z tej trójki ma rozpisaną w szczegółach historię, każda z tych postaci ukazywana jest w pogłębiony psychologicznie sposób. Są po prostu jacyś. Mają swoje traumy i problemy, ale ukazywane przez autora tak, że nie miałem wrażenia, że mam do czynienia z kolejnymi inkarnacjami „policjanta po przejściach”. Bohaterów zbiorowych w naszej prozie kryminalnej nie ma zbyt wielu, pewnie dlatego że jest to trudniejsze do rozwinięcia i sensownego poprowadzenia rozwiązanie niż prowadzenie w narracji pojedynczego bohatera. Żarskiemu w kolejnych powieściach udało się bohaterów bardzo zgrabnie osadzić w fabule.
    A wreszcie – w kryminałach Żarskiego nie chodzi jedynie o kryminalne zagadki i opisy zbrodni. Mówiąc najprościej, są o czymś. Oczywiście na plan pierwszy w całej trylogii wysuwa się kwestia samobójstw. Matka Krefta popełniła samobójstwo, kiedy ten był kilkuletnim chłopcem, widział to i wciąż zmaga się z traumą i nieprzepracowanym do końca poczuciem dojmującej straty. Również niektóre ze spraw, które prowadzą Kreft i spółka dotyczą samobójstw. Jest to temat trudny, bolesny a zarazem delikatny i mało który prozaik potrafi go udźwignąć. Sam o tym wiem, bo zmagałem się z nim w kryminale Zginę bez ciebie. Żarski moim zdaniem dobrze sobie z nim poradził, wyszedł poza komunały rodem z soft psychologii, skupiając uwagę przed wszystkim na ukazywaniu blizn u osób, których bliscy popełnili samobójstwo, blizn, których nie da się w żaden sposób usunąć. Bo są widoczne i drażniące, niczym tkwiący w skórze cierń.
    W Cierniu historia zaczyna się od znalezienia na budowie szczątków ludzkich oraz znowu od sprawy samobójstwa kobiety. Jak to jest zawsze w przypadku zamknięcia trylogii, Żarski splata i domyka rozpoczęte wcześniej wątki. Robi to nieśpiesznie, akcja wcale nie pędzi jak szalona (to lubię!), ale prowadzi całą historię ku zakończeniu w sposób konsekwentny i z dbałością o detale, z każdą stroną budując coraz większe napięcie (za wiele nie mogę zdradzić). Aż do finału, który jest smutny. Oczywiście, jak to jest w kryminałach, zło zostaje ukarane, jednak cena, którą przyjdzie za to zapłacić, jest naprawdę wysoka.
    Wspomniałem o smutku, bo właśnie to uczucie towarzyszyło mi podczas niemal całej lektury tej powieści. Smutku dojmującym. Ostatnie zdanie powieści brzmi: „Zrozumiał, że czas wyrwać tkwiący w sercu cierń i zacząć żyć” (chodzi o Krefta). Komisarz przez dziesięciolecia zmagał się z żalem i rozpaczą po samobójczej śmierci matki. Nic dziwnego, ponieważ samobójstwa boleśnie ranią tych, którzy pozostają żywi i próbują – zazwyczaj bezskutecznie – zrozumieć, dlaczego ktoś bliski zdecydował się na tragiczny, ostateczny krok, dlaczego ich opuścił, porzucił. Kreft koniec końców odkrywa zagadkę śmierci matki i ma nadzieję, że wreszcie  przyniesie mu to emocjonalne ukojenie i pozwoli na nowo ułożyć sobie życie – już bez rozterek i wyrzutów sumienia. Chce właśnie „wyrwać tkwiący w sercu cierń”. Tyle tylko że to zakończenie nie jest tak jednoznaczne i oczywiste jak się na pozór wydaje, podobnie jak skomplikowana i niejednoznaczna w warstwie psychologicznej jest cała proza kryminalna Żarskiego. Czasami bywa tak, że kiedy wyjmuje się cierń, jakiś niewielki jego kawałek pozostaje pod skórą, z czasem otorbia się, nie boli, ale jednak jest. Czasami przesuwa się po nim palcem i wtedy wszystko na sekundy wraca. Jak potoczą się dalej losy Krefta? To już czytelnik musi sobie dopowiedzieć sam.
    Ostatnio naprawdę bardzo rzadko zdarza się, że porzucam jakiś cykl kryminalny z żalem. W przypadku trylogii Żarskiego było mi szkoda, że to już koniec, ale z drugiej strony koniec zwykle bywa początkiem czegoś nowego. Co teraz wymyśli Żarski? Czekam w napięciu na odpowiedź.



 

niedziela, 21 marca 2021

Anna Rozenberg, Maski pośmiertne

 


 Spokojnie, bez napinki


Anna Rozenberg, Maski pośmiertne, Wydawnictwo Czwarta Strona, Poznań 2021, s. 379.


    Tak, oczywiście, ten tekst będzie o Maskach pośmiertnych, jednak nie mogę sobie odmówić, by nie zacząć od kilku uwag na temat książek debiutanckich w ogóle, ponieważ w przypadku powieści Anny Rozenberg jest to kwestia i ciekawa, i ważka. Często zdarza się, że długie oczekiwanie na debiut nie wychodzi autorom na dobre, ponieważ w efekcie powstają teksty „przenoszone”. Autorzy mają zbyt wiele pomysłów, powstaje zbyt wiele wersji tekstu, za wiele jest poprawek, a koniec końców tworzą tekst albo przekombinowany, albo naznaczony debiutancką niepewnością. W przypadku debiutów kryminalnych wielu autorów chce zacząć z przytupem, za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę czytelników (o co w czasach nadprodukcji prozy kryminalnej jest coraz trudniej), więc stawia na pomysł: Im więcej, mocniej, tym lepiej. Zwykle prowadzi to do mnożenia rozmaitych (niekoniecznie zgranych ze sobą) tematów i wątków zestawianych na zasadzie: A może coś chwyci. Albo do mnożenia makabry i zachlapywania kolejnych stron krwią. Łatwo przewidzieć, jaka jest wartość takiego debiutu.
    Maski pośmiertne są debiutem Rozenberg, na który autorka (a i ja też) czekała długo (bardzo). I jest to oczywiście powieść kryminalna. Rozenberg udało się brawurowo ominąć wszelkie pułapki, dzięki czemu jest to jeden z najciekawszych debiutów kryminalnych ostatnich lat. A w dodatku jeden z najlepiej zbalansowanych kryminałów, jakie ostatnio czytałem (i nie chodzi mi wyłączenie o debiuty). Napisanym na spokoju i bez zbędnej debiutanckiej napinki. Po swojemu.
    Ale do rzeczy, czyli do powieści. Akcja rozgrywa się w Anglii w roku 2013 w niezbyt dużym mieście Woking koło Londynu. Zostaje zamordowana Polka, która niedawno przyjechała tam wraz z mężem, którego policja nie może namierzyć. Śledztwo prowadzi inspektor David Redfern, nowy w tym mieście, który zmaga się nie tylko z kolegami policjantami, którzy niezbyt mu ufają, ale również ze sprawą swojego dawnego przyjaciela i partnera, którego w dramatycznych okolicznościach zastrzelił. Sprawą, która okazuje się bardziej złożona, niż to się wcześniej inspektorowi wydawało.
    Przyznam szczerze, że znudziło mnie już ogrywanie przez naszych autorów kryminałów wciąż tych samych miejsc. Ciągle ta Warszawa (zwykle ukazywana jako pępek świata), na zmianę z Krakowem, Trójmiastem czy Wrocławiem. Albo jakieś polskie prowincjonalne miasteczka odbijane z jednej sztancy. Dlatego duży plus dla Rozenberg za realia angielskie. Widać, że autorka świetnie je znam, umie oddać ich specyfikę i klimat. Dobrze wpasowuje intrygę kryminalną w przestrzeń Woking a do tego nie zarzuca czytelnika nadmiarem informacji na temat miasta, w którym rozgrywa się akcja, czy Anglii w ogóle. Wymaga to fabularnego wyczucia, którego często brakuje innym naszym autorom kryminałów, umieszczającym powieściową akcję za granicą. Przykładem jest choćby Bardzo zimna wiosna Katarzyny Tubylewicz, w której to powieści (akcja rozgrywa się w Szwecji) niemal z każdej strony bije po oczach przesłanie: Zobaczcie, ludkowie, ile ja o tej Szwecji wiem.
    Gdybym miał wskazać najmocniejszą stronę Masek pośmiertnych, bez wątpienia postawiłbym na kreacje bohaterów. Na plan pierwszy oczywiście wysuwa się Redfern, policjant o ciekawych, splątanych jamajsko-polskich korzeniach. Wpisuje się on w powszechny (a i zgrany) schemat policjanta po przejściach: rozwiedzionego, samotnego, naznaczonego niedawną traumą i przewlekłą chorobą… Rozenberg zrobiła jednak wiele, żeby nadać Redfernowi oryginalny rys, na przykład obdarzając go niemal chorobliwą nieśmiałością i bezradnością wobec kobiet  (więcej nie chcę zdradzać, żeby nie psuć innym lekturowej frajdy). Ale nie tylko Redfern przykuwał w Maskach pośmiertnych moją uwagę. Bardzo intrygująca jest postać Marty, córki zamordowanej kobiety. A nawet postaci zupełnie epizodyczne, jak choćby starzec opiekujący się cmentarzem, skreślone są z – tak bym to ujął – autorską czułością i dbałością. Inaczej rzecz ujmując, nie są one jedynie niezbędnymi „elementami” akcji – są jakieś.
    Jak już wspomniałem, intryga kryminalna w powieści Rozenberg składa się z dwóch wątków – śledztwa w sprawie zabójstwa Polki oraz historii zabitego przyjaciela Redferna, który nawet po śmierci ściąga na inspektora problemy. Akcja toczy się niezbyt szybko, co akurat mi nie przeszkadza, chociaż końcówka mogłaby mieć nieco więcej dynamiki. Świetnym posunięciem było wplecenia w intrygę wątku losów Polaków w Anglii w czasie II wojny światowej i po niej, losów czasami tragicznych, bo – nie ma co kryć – po zakończeniu wojny Anglicy potraktowali niedawnych sojuszników podle. Wiem, że niektórym czytelnikom takie wtręty historyczne wydają się zbędne, jedna ja je cenię, bo – będę to powtarzał do znudzenia – kryminały mogą mieć walor nie tylko rozrywkowy, ale i poznawczy.
    Rozenberg zadebiutowała powieścią kryminalną, która wcale nie wygląda na debiut. I nie chodzi mi tylko o łatwy paradoks, który ma okrasić końcówkę mojego tekstu. Autorka wszystkie fabularne puzzle ułożyła z taką precyzją, że nie ma między nimi żadnych szczelin. Jest w Maskach pośmiertnych tyle zbrodni, obyczaju, historii i realiów, ile trzeba. I są ciekawi bohaterowie, których dalsze losy chcę dalej poznać. Na debiut Rozenberg czekałem dekadę. Mam nadzieję (cichą), że druga część serii z Redfernem pojawi się nieco szybciej. 

PS. I wreszcie, Rozenberg posługuje się polszczyzną, która nie rani mojego polonistycznego serca, więcej - sprawia, że bije ono jakby żwawiej.
     

środa, 17 lutego 2021

Grzegorz Skorupski, Dom pod czerwonym dębem

 


 

Ta straszna polityka


Grzegorz Skorupski, Dom pod czerwonym dębem, Wydawnictwo Oficynka, Gdańsk 2021, s. 369.

    
    Przyznam szczerze, że po przeczytaniu kilkudziesięciu stron nowego kryminału Grzegorza Skorupskiego miałem ochotę odłożyć tę książkę i raczej do niej nie wracać. A nawet cisnąć nią o ścianę. Kołatało mi się po głowie pytanie – ale że autor chce pisać o polityce, ale że teraz, po co? Jakby w ostatnich latach mało było wokoło nas brudnej polityki i beznadziejnych polityków. Po co jeszcze dokładać do pieca i pisać kryminał o brudnej polityce i beznadziejnych politykach? Jednak wytrwałem, bo zwyczajnie lubię i cenię serię kryminałów z prokuratorem z Gostynia, Adamem Karski. I absolutnie nie żałuję!
    Akcja Domu pod czerwonym dębem – trzeciej części cyklu z Karskim – rozgrywa się w roku 1930. Sytuacja w kraju staje się bardzo napięta, prezydent Ignacy Mościcki rozwiązuje parlament a sanacja coraz bezwzględniej poczyna sobie z opozycją. Czy ma to wpływa na życie prowincjonalnego, wielkopolskiego Gostynia? Jak najbardziej. Tym bardziej że w bardzo niejasnych okolicznościach zamordowany zostaje miejscowy działacz sanacyjnego BBWR, Zygmunt Korniłowski. Przełożeni Karskiego wyraźnie sugerują, że jest to zbrodnia polityczna, więcej nawet – oni już to wiedzą. Prokurator ma wątpliwości a do tego obawia się, że „sprawa gostyńska” zostanie wykorzystana przez władzę do jeszcze mocniejszego przykręcenia śruby opozycji. Zrobi więc wszystko, żeby wyjaśnić, co naprawdę stało się w tytułowym domu. Nawet gdyby miał stracić posadę. Dlaczego? Polecę klasykiem: „w imię zasad”.
    Jeśli chodzi o warstwę kryminalną Skorupski wykorzystuje w powieści znany schemat intrygi zamkniętego pokoju. Korniłowski zostaje zamordowany podczas kolacji w jego domu, na którą zaproszeni zostali oprócz rodziny także inni miejscowi politycy oraz ksiądz – bo jakże to księdza nie zaprosić… W trakcie dochodzenia Karski dowiaduje się, że nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał, ale również odkrywa, że każdy miał motyw, by zabić Korniłowskiego (człowieka złego i bezwzględnego), choć nie każdy miał sposobność. Skorupski poprowadził intrygę bardzo sprawnie, z odpowiednią ilością mylnych tropów. Niemal do samego końca nie byłem pewien, kto zabił. Smaczku intrydze dodaje tekst w tekście (lubię taki chwyt w kryminałach, więc tym bardziej doceniam), czyli – tak to nazwę – pamiętnik zwyrodnialca. Czy to on zabija? Tego oczywiście nie zdradzę.
    Jak już wspomniałem na początku, w Domu pod czerwonym dębem bardzo ważny i rozbudowany jest wątek polityczny. Skorupski wnikliwie ukazuje mechanizmy lokalnej polityki, rozmaite brudne gierki władzy i o władzę, które zresztą są takie same jak na szczeblu krajowym. Bez trudu da się w tej powieści zauważyć – autor o to zadbał – jak bardzo rzeczywistość polityczna IV RP jest podobna do tej w II RP. Pewnie niektórych czytelników ta kwestia „podnieci” – mnie intrygowała nieco mniej, bo wprowadza ona w sferę oczywistych truizmów w rodzaju, że historia się powtarza oraz że nikt nigdy z historii się niczego nie nauczył. Zwróciłem za to uwagę na drobiazgi, przynależące do sfery odczuć i emocji związanych z polityką czy konsekwencjami zmian politycznych. Z rozmów Karskiego ze współpracownikami czy choćby żydowskim sklepikarzem wyłania się atmosfera wszechogarniającej, narastającej niepewności czy nawet strachu o los własny oraz bliskich. Do tego jeszcze dochodzi poczucie zagubienia i bezradności wobec politycznego walca, który niszczy wszystko, co napotyka na drodze. Skorupski tę sferę emocjonalną oddał z dużym wyczuciem i wyraźną empatią.
    Dom pod czerwonym dębem czytałem jeszcze w zeszłym roku i wtedy stwierdziłem, że jest to najlepszy kryminał retro, jaki przeczytałem w ostatnich miesiącach. Teraz – w lutym 2021 roku – podtrzymuję swoją opinię. W całym cyklu gostyńskim jest wyrazisty, ciekawie prowadzony główny bohater (plus kilka wartych uwagi postaci drugiego planu), jest sugestywny wizerunek prowincjonalnego miasta, są też niebanalne intrygi kryminalne. A do tego Skorupski z książki na książkę  pisze coraz sprawniej, lepiej panuje nad kryminalną materią, choć wydaje mi się, że jeszcze nie do końca wykorzystał swój pisarski potencjał. Jak sądzę, nie jest to koniec przygód prokuratora Karskiego, więc z chęcią przekonam się, czy czwarta część będzie jeszcze lepsza. Oby.