poniedziałek, 24 stycznia 2022

Przemysław Piotrowski, Piętno

 

 


Absurdalne wańki-wstańki


Przemysław Piotrowski, Piętno, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2020, s. 463.


    Wielokrotnie deklarowałem, że lubię sięgać po debiuty prozatorskie (nie tylko kryminalne) czy książki nieznanych mi autorów. Pewnie w dużym stopniu wynika to z faktu, że jestem ciekawski – taka skaza albo zaleta (jak kto woli). Niestety, często za tę ciekawość przychodzi mi słono płacić. Nie będę się bawił w suspensy czy budowanie napięcia, bo niczemu w tym przypadku to nie służy, więc zdradzę na samym początku – lektura debiutanckiej powieści kryminalnej Przemysława Piotrowskiego trochę zdrowia mnie kosztowała.
    Do prozy Piotrowskiego zabierałem się jak do jeża przede wszystkim dlatego, że z opisów kolejnych książek z serii o komisarzu Igorze Brudnym wynikało, że są to opowieści o psychopatycznych mordercach. A takich atrakcji mam od kilku lat serdecznie dosyć. Jednak sporo przeczytałem dobrych opinii na temat kryminałów Piotrowskiego, więc koniec końców przemogłem się i zaryzykowałem lekturę Piętna.
    I fakt, intryga kryminalna w debiucie Piotrowskiego zasadza się na sprawdzonym schemacie „ręka, noga, mózg na ścianie” – a dokładniej są w Piętnie dekapitacje, wycinanie narządów wewnętrznych, rozrzucanych potem po mieście, cięcie piłą mechaniczną i inne podobne atrakcje. Byłem przygotowany na to, co mnie czeka, więc cierpliwie znosiłem kolejne opisy tortur i maskar. Tym bardziej że początek powieści wyglądał naprawdę obiecująco. W tej powieści kryminalnej (z grubsza kryminalnej, bo autor domieszał do niej trochę sensacji i… tak, tak, opery mydlanej) Piotrowski „ustawił” ciekawego, dobrze zgranego z fabułą głównego bohatera. Komisarz Brudny jest warszawskim gliną po przejściach (z dobrze przedstawioną psychologicznie, głęboką traumą), milczkiem niespecjalnie skomunikowanym z własną (a i innych) emocjonalnością, inteligentnym i na swój sposób błyskotliwym. Mówiąc krótko, stylowy policjant. Postaciom drugoplanowym w Piętnie (wspomnę choćby partnerkę z pracy Brudnego, Julkę Zawadzką czy inspektora Romualda Czarneckiego) też nic nie brakuje. Piotrowski porusza w powieści ważny i poważny temat – chodzi o handel dziećmi i pedofilię w Kościele. Akcja osadzona jest w Zielonej Górze i okolicach, czyli miejscach w prozie kryminalnej jeszcze słabo opisanych a przecież atrakcyjnych. Do tego Piotrowski posłużył się bardzo zmyślnym konceptem fabularnym. Główny podejrzany w sprawie serii makabrycznych mordów jest łudząco podobny do Brudnego. Szybko okazuje się, że jest to brat bliźniak komisarza, o którego istnieniu Brudny nie miał wcześniej pojęcia. Zapowiadał się naprawdę solidny, ciekawy kryminał, a jednak im dalej w las…
    Co więc poszło nie tak? Głównie końcówka (chociaż pewnie powinienem napisać „końcówka”). Mniej więcej od strony 300 Piętna zanosi się na ostateczną rozgrywkę z psychopatycznym mordercą, który sprowadza strach na Zieloną Górę. A powieść ma ponad 450 stron. „Ostateczna rozgrywka” rozpisana aż na tyle tekstu? W pierwszej chwili pomyślałem, że to bardzo odważne i zarazem oryginalne rozwiązanie, chociaż ryzykowne. Lubię odważnych i bezkompromisowych pisarzy, więc czytałem kolejne strony z uwagą. I faktycznie, od 330 strony wystartowała „ostateczna rozgrywka” i zaczął się ciąg kolejnych podchodów, starć, ucieczek w malowniczych okolicznościach nadodrzańskich terenów… Czegóż tam nie ma?! Oczywiście kolejna dekapitacja, świnie jedzące zwłoki, mocno pokiereszowani bohaterowie, tortury, bójki i strzelaniny na lądzie i wodzie… Niby w tej „końcówce” się dzieje, ale kolejne strony czytałem z rosnącym znużeniem, choć również pewną (niezdrową) ekscytacją, bo Piotrowski zafundował mi (i wszystkim czytelnikom) istną paradę bzdur. I już nawet mniejsza o to, że to ciągnące się w nieskończoność „zakończenie” ma dynamikę równą jeździe w korku na Zakopiance. 

    Do 330 strony działania bohaterów mieszczą się w zakresie prawdopodobieństwa, jednak później autor pozwala sobie na swobodną jazdę bez trzymanki. Brudny strzela (i trafia) prawie nic nie widząc, Zawadzka z pięć razy powinna zejść z powodu hipotermii, zanim dokonała ostatniego, heroicznego wyczynu, ciężko postrzelony morderca ucieka i broczy krwią, broczy krwią i ucieka, a na koniec stacza pojedynek z Brudnym w zimnej wodzie Odry (to najgłupsza scena walki jaką ostatnio czytałem)… I tak dalej, i tym podobne. Oczywiście, bohaterowie dokonują tego wszystkiego dzięki licznym „wyrzutom adrenaliny”. Naprawdę nie wiedziałem, że organizm ludzki jest w stanie tyle jej wyprodukować. A jak już brakuje adrenaliny, pozostaje jeszcze jedno rozwiązanie, czyli ignorowanie faktów: „Ignorując ból, lodowate zimno i fakt, że jego lewe ramię zostało rozerwane przez kulę, zdołał dopłynąć i w ostatniej chwili złapać się jednego z wystających konarów” (s. 436). Dobre, nie? Pewnie nawet bym się nie czepiał tego, że w powieści Piotrowskiego bohaterowie są niczym absurdalne wańki-wstańki, bo przecież istnieją takie konwencje pisania kryminalnego, które dopuszczają daleko idącą umowność w opisywaniu scen walki (i nie tylko w tychże scenach). Tyle tylko że Piotrowski w słowie od autora pisze wprost: „Przy pisaniu Piętna zależało mi na realizmie, dlatego prawie wszystkie miejsca i instytucje, które pojawiają się w książce, istnieją (…)”. Czyli co? Ma być realistycznie, jeśli chodzi o miejsca i instytucje, a bohaterowie mogą sobie działać niczym drewniane kukiełki w teatrze lalek, które trudno zniszczyć? Moim zdaniem jest to słabe rozwiązanie, co więcej poczułem się jako czytelnik w pewien sposób oszukany przez Piotrowskiego.
    Nie mam pojęcia, jak inni czytelnicy prozy Piotrowskiego, ja jednak postanowiłem sobie od książek tego autora odpocząć. Na dłużej.
    
 

sobota, 6 listopada 2021

Michał Śmielak, Znachor

 


 

 Leczenie nieuleczalnego


Michał Śmielak, Znachor, Wydawnictwo Initium, Kraków 2021, s. 510.


    Nie tak dawno na spotkaniu autorski Robert Małecki spytał mnie, po jaką książkę sięgnę, jeśli będę miał wybór między powieścią debiutanta a uznanego autora kryminałów. Odpowiedziałem z pełnym przekonaniem, że wybiorę książkę debiutanta. Z bardzo prostej przyczyny – jestem człowiekiem z gruntu ciekawskim, który lubi nowości i niespodzianki. Ale bywa, że „ciekawość to pierwszy stopień do piekła”. Debiut kryminalny Michała Śmielaka może nie zaprowadził mnie wprost do piekła (czytelniczego), jednak pozostawił mnie z mocno mieszanymi uczuciami.
    Sam pomysł na główny temat Znachora jest świetny. Intryga kryminalna rozwija się wokół historii związanych z wszelkiej maści samozwańczymi uzdrowicielami czy znachorami, którzy zwyczajnie oszukują zrozpaczonych ludzi, żerując na ich nieszczęściu i strachu przed śmiercią (czasami kończy się to – niestety – śmiercią ich „pacjentów”). Temat jest szczególnie istotny w czasach, kiedy spora część naszego społeczeństwa odwraca się od nauki czy wręcz neguje jej ustalenia, zwracając się ku opatrznie odbieranej wierze czy wszelakim mistycyzmom. Ciekawie „ustawiony” jest również główny bohater powieści, Krzysiek. Ten beztroski student historii nagle dowiaduje się, że ma nieoperacyjnego guza mózgu i maksymalnie pół roku życia przed sobą. Chociaż nie wierzy w uzdrowicieli, dosyć (jak sądzi) przypadkowo trafia do jednego z nich. Jedzie do niego, do małej wioski w Podgórzu Dynowskim, choć nie robi sobie wielkich nadziei. Sprawa „leczenia” komplikuje, kiedy w okolicy zaczynają ginąć ludzie, a Krzysiek raz po raz natyka się na zwłoki.
    Nawet niespecjalnie w przypadku debiut Śmielaka przeszkadzało mi, że między innymi jest to kolejna historia o seryjnym mordercy – i to nie byle jakim, bo mściciel, chcąc chronić ludzi przez fałszywymi uzdrowicielami, wymyślnie morduje trzydzieści siedem osób. Wymyślnie – ponieważ wykorzystuje sposoby na uśmiercanie ludzi wykorzystywane na przestrzeni dziejów przez katów (sam siebie uważa za współczesnego mistrza w katowskim fachu). Jest w opisach morderstw u Śmielaka coś z teatrzyku makabry, który dla mnie jest mocno umowny, więc trudno mi było się nim przejąć.
    Gorsze jest to, że Znachor jest powieścią przegadaną i – by tak rzec – przefajnowaną. Jeszcze rozmaite wtręty historyczne dotyczące uzdrowicieli, prześladowań tzw. czarownic i rzemiosła katowskiego mają uzasadnienie fabularne, bo dostarczają niezbędnego tła intrydze kryminalnej. Śmielak ma też jednak niepohamowaną skłonność do mnożenia komentarzy na temat życia społecznego czy politycznego w naszym kraju. Czasami są one zabawne, czasami boleśnie oczywiste, nieodmiennie jednak za długie i jest ich zdecydowanie za wiele. A przez to całkiem nieźle zaplanowana akcja raz po raz grzęźnie na fabularnych mieliznach. Do tego prawie wszyscy głównie bohaterowie są (mają być?) niezwykle dowcipni, w rozmowach nieustannie przerzucają się żarciki czy bon motami. Raz, że takie nagromadzenie w jednym miejscu oraz czasie ludzi obdarzonych niezwykłym poczuciem humoru (i nieustannie żartujących) zwyczajnie nie występuje w przyrodzie, dwa, że to ciągłe śmieszkowanie bohaterów na dłuższą metę zwyczajnie mnie nużyło.
    Do tego dochodzą zaiste przedziwne relacje Krzyśka z kobietami. Bohater flirtuje z każdą napotkaną kobietą i z miejsca fantazjuje na temat seksu a nawet związków z nimi. To jeszcze nic, bo niemal każdej kobiecie na widok Krzyśka miękną kolana i zaczynają one marzyć o dzikich łóżkowych harcach, małych śpioszkach i rodzinnych wakacjach (dobra, może trochę przesadzam!). I natury tych relacji damsko-męskich nie tłumaczy fakt, że Krzysiek ma mało życia przed sobą i chce z tej resztki czasu korzystać. Zastanawiałem się, o co w tym chodzi? Zagadka rozwiązuje się w słowie Od autora. Śmielak zdradza w nim ni mniej, ni więcej: „Książka pierwotnie nakreślona została jako romans (…)”. Czyli w kryminale pozostały odpryski romansu, dosyć – jak dla mnie – dziwacznego. Odpryski, które sprawiają, że w warstwie psychologicznej relacje głównego bohatera stają się mocno wydumane.
    Bez wątpienia Znachor potwierdza, że Śmielak ma potencjał. Nieźle pisze, umie wymyślić ciekawą, niebanalną historię. Jednak w debiucie tego autora jest wiele błędnych, typowo debiutanckich rozwiązań. Pewnie zabrakło Śmielakowi redaktora, który porządnie „odchudziłby” tę powieść, tłumacząc, że czasami mniej znaczy lepiej. namówił do zrezygnowania z wątpliwych czy wręcz słabych rozwiązań fabularnych. Niestety, jak w przypadku wielu debiutów (i nie tylko) tekst Znachora nie został solidnie zredagowany.
    Moja matka, rzuciwszy okiem na okładkę książki Śmielaka, skomentowała, że to chyba nie TEN Znachor. Otóż, jak najbardziej nie TEN. O ile książka Tadeusza Dołęgi-Mostowicza (z roku 1937) stała się prawdziwym klasykiem rodzimej literatury popularnej, o tyle powieść Śmielaka nie ma na to szans. Najmniejszych. Mimo to ciekaw jestem kolejnej powieści tego autora.
 

wtorek, 2 listopada 2021

Robert Harris, V2

 


 

 Marzenia, nauka i zbrodnia


Robert Harris, V2, przeł. Janusz Ochab, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2021, s. 352.


    II wojna światowa, zabójcze rakiety, nauka na usługach wojny (a i zbrodni), dwoje pogubionych ludzi po dwóch stronach frontu – to w telegraficznym skrócie opis najnowszej powieści brytyjskiego pisarza Roberta Harrisa o wszystko mówiącym tytule V2. Jednak telegraficzne skróty nie są domeną mojego pisania o książkach, więc będzie i rozwinięcie.
    Harris jak mało który ze współczesnych pisarzy radzi sobie z materią historii. Dba o poznawczą – by tak rzec - pełnię ukazania interesującego go wycinka historii, a także o wierność faktom historycznym, a jednak umie tak wbudować je w ciekawe i barwne fabuły, że czytelnik nie grzęźnie w detalach i szczególikach, w tej całej mnogości faktów, które Harris przybliża w swoich powieściach historycznych. Sposób Harris jest właściwe prosty, czyli ścisłe zespolenie efektów bardzo solidnej (zazwyczaj) kwerendy historycznej z fikcyjnym story, w który sporo jest sensacyjnej akcji i historii miłości (oraz innych ludzkich namiętności). Niby patent prosty, ale przekuć go na powieściową fabułę, która wbije czytelnika w fotel (czy gdzie tam akurat lubi czytać) na długie godziny, wcale nie jest łatwo. Harris od lat robi to świetnie, co potwierdził choćby powieścią Oficer i szpieg, którą najbardziej cenię w jego dorobku.
    Ale do rzeczy, czyli do V2. Dla tych, którzy nie interesują się historią II wojny, krótkie wyjaśnienie: V2 to pociski balistyczne, które stworzyli niemieccy naukowcy, i których pod koniec wojny naziści używali między innymi do bezlitosnego ostrzeliwania Londynu (ten epizod wojny jest najbardziej znany), podczas którego zginęły tysiące cywili. Akurat swego czasu interesowałem się dosyć mocno historią wojen w XX wieku, więc wybór tematu przez Harrisa trochę mnie zdziwił. Ale że V2? Przecież wszystko na ten temat wiadomo. Poza tym wydawało mi się, że to raczej kiepski materiał na solidny thriller. Powiem od razu, że się myliłem. Harris przybliża okoliczności powstania w nazistowskich Niemczech broni rakietowej, szczegółowo opisuje ją samą a potem przedstawia, jak była wykorzystywana w warunkach bojowych. Do tego autor ma zdolność bardzo plastycznego ukazywania faktów historycznych. Umie suche dane zamienić w opis, który nie nuży w lekturze. Oczywiście autor V2 nie skupia się na samej broni, bardzo interesująco ukazuje tło wydarzeń związanych z tym epizodem historii. Niby mimochodem, jednak Harris podrzucił czytelnikowi bardzo wiele interesujących informacji na temat życia codziennego w Anglii i Belgii u schyłku roku 1944. Tak żołnierzy czy ludzi służących w jednostkach pomocniczych, jak i zwykłych ludzi.
    Jak już wspomniałem, Harris nanizuje fakty historyczne na fikcyjną, główną nić fabuły, stawiając u boku historycznych postaci (takich chociażby jak Wernher von Braun, konstruktor rakiet, w tym współkonstruktor pocisków V2) bohaterów fikcyjnych. Są to Kay Caton-Walch, analityczka z służb pomocniczych angielskiego lotnictwa, oraz Rudi Graf, niemiecki inżynier, który uczestniczył w projektowaniu V2 a później nadzorował od strony technicznej ich wystrzeliwanie na Londyn. Obie postaci są ciekawie „ustawione” przez autora, chociaż ciekawsza (a i bardziej tragiczna) jest postać Grafa. Był młodym, ambitnym naukowcem, miał marzenia. A jak to się skończyło? Graf stwierdza z goryczą i rozpaczą: „Chciałem zbudować statek kosmiczny, a nie narzędzie zbrodni”. Marzyły mu się loty człowieka na księżyc, a skończył, obserwując starty V2 odpalanych w kierunku stolicy Anglii. Harris między innymi opowiada w nowej powieści o ponurym, chociaż powtarzalnym jak historia długa, losie naukowców, odkrywców czy wynalazców, którzy chcą zmieniać świat na lepsze, a koniec końców dostarczają lepszej, bardziej niszczycielskiej broni możnym tego świata.
    V2 moim zdaniem nie jest najlepszą z powieści Harrisa, ale wciąż to proza bardzo solidna i  zwyczajnie ciekawa. Spokojnie mogą po nią sięgnąć nie tylko czytelnicy zainteresowani historią II wojny światowej.

    
 

czwartek, 21 października 2021

Robert Małecki, Najsłabsze ogniwo

 

 

 


Przeklęte tajemnice


Robert Małecki, Najsłabsze ogniwo, Wydawnictwo Czwarta Strona, Poznań 2021, s. 384.


    Dla Roberta Małeckiego jednym z najważniejszych, najbardziej inspirujących pisarzy jest Amerykanin Harlan Coben. Autor z Torunia nieodmiennie wspomina o tym od lat. Nic więc dziwnego, że koniec końców postanowił złożyć swoisty, pisarski hołd Cobenowi. I tak powstał thriller Najsłabsze ogniowo. Odniesienia do amerykańskiego pisarza są w tej powieści oczywiste i – by tak rzec – na wierzchu. Podkreślę dla jasności – to celowy zabieg. Małecki sięgnął po temat zaginięć, który jest bardzo istotny dla Cobena. Zresztą, opisywanie historii zaginięć stało się już swoistym znakiem rozpoznawczym prozy autora Najsłabszego ogniwa. I śmiem twierdzić, że nikt nie umie tak głęboko wejść w ten temat, tak intrygująco go przedstawić, jak to robi Małecki. Akcja najnowszej powieści autora Wady rozgrywa się głównie w ni miejskich, ni wiejskich terenach podmiejskich (okolice Torunia). Tu też widać podobieństwa do prozy Cobena, który lubi w swoich powieściach portretować prowincjonalną Amerykę.
    Jak już wspomniałem, akcja Najsłabszego ogniwa rozwija się wokół tematu zaginięcia, a właściwie – zaginięć. Piotr Warot, autor bestsellerowych powieści obyczajowych, prowadzi spokojne, szczęśliwe życie. Ma kochającą żonę i dwójkę udanych dzieci. Jego życie staje na głowie, kiedy znika jego ukochany młodszy brat i jego narzeczona. Do tego przepada gdzieś nastoletni syn sąsiada-policjanta. Warot za wszelką cenę chce się dowiedzieć, co stało się z bratem. Musi się nieźle nagimnastykować, tym bardziej że policja zaczyna go traktować jako podejrzanego. Więcej zdradzić nie mogę…
    Ujęło mnie, że Małecki głównym bohaterem powieści uczynił pisarza. Nie zdarza to się zbyt często w naszej prozie spod znaku zbrodni, bo też – co tu kryć – dosyć monotonne, by nie rzec: nudne, życie pisarza zdaje się kiepskim materiałem na kryminalną opowieść. Autor Najsłabszego ogniwa wybrnął z problemu całkiem zgrabnie. Piotr jest pełnokrwistą postacią. Ma swoje grzeszki i słabości, ale jest porządnym, empatycznym mężczyzną, który zrobi wszystko, aby ochronić swoich bliskich (nie tylko ich). Nie jest to dla mnie najważniejsze w thrillerze, ale Warot należy do tych postaci, które szybko się akceptuje i którym chce się kibicować w toku akcji.
    W Najsłabszym ogniwie akcja nie jest przesadnie dynamiczna i składa się głównie z ciągu scen rozmów, spotkań, podczas których główny bohater mozolnie odsiewa kłamstwa od prawdy. Nie ma w tej powieści brawurowych pościgów czy scen walki (no dobrze, Piotr raz dostaje gonga). A mimo to emocje i napięcie w fabule wciąż narastają. Z każdą stroną. I tak jest aż do finału. Nie jest łatwo uzyskać taki efekt w thrillerze, a jednak Małeckiemu ta sztuka się udała.
    Być może najważniejszym dla mnie atutem Najsłabszego ogniwa jest to, że wpisana w powieść intryga nie jest wydumana. Naprawdę coś podobnego mogło się zdarzyć każdemu z nas. Ktoś zostaje wplątany w nieprzyjemną, kryminalną aferę, ktoś inny próbuje mu na własną rękę pomóc. I oczywiście sprawa szybko zaczyna się komplikować a misterny, na pozór sensowny i skuteczny plan, okazuje się jedną, wielką porażką. Naszą prozę kryminalną zalewają powieści rozwijające schematyczne, krwawe historie bardzo słabo osadzone w realiach. Ich autorzy prezentują w nich taką wiedzę o naszej rzeczywistości, jaką ma – dla przykładu – premier Morawiecki o cenie chleba. Historia, z którą Małecki przychodzi do nas, jest mocno wpisana w nasze „tu i teraz”, co tylko podbija, wzmacnia i ubarwia przedstawianą przez autora historię.
    Wreszcie – nowa powieść autora z Torunia jest nie tylko historią zaginięć, ale również opowieścią o mechanizmach kłamstwa. Wszyscy (prawie wszyscy) bohaterowie Najsłabszego ogniwa kłamią, zatajają prawdę albo milczą wtedy, kiedy należałoby mówić. Podobnie jak my wszyscy (tak sądzę, choć mogę się mylić). Robią tak z różnych powodów, często niby szlachetnych (Szlachetne kłamstwo? Oki, może trochę przeginam.) Małecki między innymi opowiada w nowej powieści o tym, że jedno kłamstwo zazwyczaj pociąga za sobą kolejne, a kumulacji kłamstw nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. Że niby najstraszniejsza prawda lepsza jest od najlepszego kłamstwa? Tak, wydaje się to trywialnym twierdzeniem, jednak warto o nim przypominać. Szczególnie w naszych, ponurych czasach, w których mamy coraz większe problemy z odróżnieniem prawdy od kłamstwa.
    W recenzjach naszych kryminałów czy thrillerów często natykam się na frazę – „Polski… (tu pojawia się nazwisko jakiegoś głośnego pisarza z zagranicy)”. Nie przepadam za takimi porównaniami. Jednak Małecki, składając swój pisarski hołd Cobenowi, niejako zachęcił do tego rodzaju porównań i zestawień. Chce? To proszę – myślę, że Harlan Coben spokojnie mógłby się pod Najsłabszym ogniwem podpisać.
    
 

wtorek, 14 września 2021

Stuart Turton, Demon i mroczna toń

 


Przekombinowane igraszki na morzu


Stuart Turton, Demon i mroczna toń, przeł. Jacek Żuławnik, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2021, s. 510.


    Debiut brytyjskiego pisarza Stuarta Turtona, powieść Siedem śmierci Evelyn Hardcastle, wywołał u mnie (nie przesadzam!) szczery zachwyt. Jest to niezwykle oryginalne połączenie kryminału zamkniętego pokoju z fantastyką, do tego doprawione odrobiną cozzy. Turton stworzył fabułę bardzo inteligentnie skrojoną, zaskakującą, konstrukcyjnie nieoczywistą - rzekłbym (tak, to chyba jednak dobre słowo, choć za nim nie przepadam) uroczą w stylu starych, dobrych angielskich kryminałów. Nic więc dziwnego, że czekałem na kolejną książkę tego autora, chociaż po przeczytaniu jej zapowiedzi obawiałem się, że to powieść nie dla mnie. Dlaczego? W powieści Demon i mroczna toń Turton akcja rozgrywa się przede wszystkim na morzu, a ja jestem absolutnie odporny na uroki prozy marynistycznej; nie kręcą mnie malownicze, groźne burze, szum żagli, niezbyt interesują historie trudnej i żmudnej doli marynarski. Po prostu nie zachwycają mnie tego rodzaju opowieści i klimaty. I książka Turtona tego stanu rzeczy nie zmieniła.
    Akcja Demona… rozgrywa się w roku 1634. Z holenderskiej kolonii Batawii wypływa flotylla statków handlowych, która ma dotrzeć do Amsterdamu. Na jednym z nich podróżuje wraz z rodziną gubernator kolonii, który w kraju ma dołączyć do władz niezwykle bogatej i wpływowej Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Gubernator wiezie ze sobą wielki skarb i tajemniczy Kaprys, o którym mało kto wie, czym jest. Wiezie też wielki bagaż swoich grzechów. Tuż przed wypłynięciem statków z Batawii trędowaty rzuca klątwę na statek, którym podróżuje gubernator, a na żaglu statku pojawia się znak demona. Gubernator miał już z tym demonem do czynienia i zdaje sobie sprawę, że rejs nie obejdzie się bez komplikacji. Jednak skala przemocy i zbrodni na statku zaskakuje nawet jego. Czy demon zapanuje nad statkiem? Czego właściwie chce? I wreszcie – czy mroczny demon w ogóle istnieje?
    Podobnie jak w debiutanckiej powieści, tak i w Demonie… Turton tworzy fikuśną wariację na temat kryminału zamkniętego pokoju. I znowu tworzy bardzo skomplikowaną, powikłaną intrygę. Tyle tylko że brytyjski pisarz w nowej powieści przekombinował. Intryga zbudowana wokół motywu zemsty (nie, nie zdradzam zbyt wiele) jest bardzo wymyśla, pełna niesamowitych pomysłów, forteli i pułapek. Jasne, lubię tego rodzaju intrygi, ale tutaj szwankuje trochę ekonomia konstrukcji fabuły. Zemsta mogła się dokonać w dużo prostszy (a przy tym bardziej prawdopodobny) sposób i – jak na mój gust – takie uproszczenie nie odebrałoby fabule atrakcyjności. Poza tym część rozmaitych, bardzo skomplikowanych działań mścicieli wydaje mi się zwyczajnie niemożliwa do przeprowadzenia, szczególnie na statku, który przez dwa tygodnie miotany jest groźną burzą tropikalną.
    Do tego dochodzi – pozornie – niejasna sprawa demon. Czy demon faktycznie istnieje i z tajemniczych powodów masakruje ludzi na statku? Zabobonni marynarze wierzą w demona, oficerowie już niekoniecznie. Napisałem, że jest to tylko pozornie niejasna historia, bo jednak Turton od początku podrzuca czytelnikowi tyle podpowiedzi i sugestii, że nie są to już tylko drobne okruszki prowadzące do rozstrzygnięcia tej kwestii, lecz niemal droga pokryta okruchami niczym kwieciem na procesji Bożego Ciała.
    Chyba najciekawsze w nowej powieści Turtona są kreacje niektórych postaci. Żona gubernatora, która rozpaczliwie próbuje się wyrwać spod nieograniczonej władzy brutalnego męża, najemnik, który porzucił wygodne życie w bogatej rodzinnie, by szukać własnej ścieżki losu, piekielnie inteligentny „problemariusz”, czyli ktoś w rodzaju detektywa rozwiązującego kryminalne zagadki Holandii i Batawii. Każde z nich ma swoje mroczne tajemnice, zmaga się ze złem i pokusami, które są wokół nich i w nich samych, i rozpaczliwie dąży ku osobistej wolności, która w XVII wieku jest darem rzadkim a przez to niezwykle cennym.
    Moim zdaniem druga powieść Turtona jest zdecydowanie słabsza od debiutu, bo przekombinowana, z intrygą już nie tak precyzyjnie uszytą. A do tego – jak już pisałem – jej akcja rozgrywa się na morzu. Nie spodziewałem się, że brytyjski pisarz przekona mnie do „morskich opowieści”. I fakt, nie przekonał.
 

poniedziałek, 6 września 2021

Ben Creed, Miasto duchów

 


 Skrzypek bez palców


Ben Creed, Miasto duchów, przeł. Radosław Kot, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2021, s. 360.


    Po tym jak przeczytałem na czwartej stronie okładki opis powieści Bena Creeda, spodziewałem się malowniczej katastrofy. Angielski pisarz, który umieszcza akcję kryminału w realiach stalinowskiej Rosji? Zapowiadała się rzecz w najlepszym wypadku bardzo powierzchowna. Poszukałem więcej informacji na temat Miasta duchów i okazało się, że żadnego Bena Creeda nie ma, bo to pseudonim, pod którym ukrywa się dwóch autorów: Chris Rickaby i Barney Thompson. Ten drugi jest wykształconym klasycznie muzykiem, który studiował także w Petersburgu, więc stało się jasne, skąd pisarzom wzięły się Sowiety i Leningrad. A potem zacząłem czytać Miasto duchów i… wsiąkłem na dobre.
    Intryga kryminalna w tej powieści to nic szczególnego, bo to kolejna wariacja na temat mordów dokonywanych przez psycho- i socjopatę. Akcja zaczyna się w październiku 1951 roku od znalezienia na torach, biegnących w odludnym miejscu niedaleko Jeziora Ładoga, pięciu zmasakrowanych, specyficznie upozowanych trupów. Oczywiście milicjanci niespecjalnie radzą sobie ze sprawą, tym bardziej że równocześnie muszą bardzo się nagimnastykować, aby nie wpaść w ręce siepaczy Berii. Pomysł na intrygę jest więc ograny, ale przyznam, że poprowadzona została ona bez większych kiksów, mimo iż dosyć łatwo można odkryć, kto w tej opowieści jest seryjnym mordercą.
    Mocnym elementem Miasta duchów jest główny bohater, Rewol Rossel, porucznik leningradzkiej milicji. To postać niejednoznaczna, psychologicznie powikłana. Rossel był niegdyś świetnie zapowiadającym się skrzypkiem, ale na skutek donosu został aresztowany a nadgorliwi czekiści podczas przesłuchań zmasakrowali mu dłonie. Musiał więc zapomnieć o karierze muzyka. Rewol przegrał swoje życie – ma tego świadomość – ale nie został do końca złamany. Próbuje utrzymać na powierzchni, robiąc co do niego należy, jednak ma świadomość kruchości układu, w którym tkwi. Jest w bohaterze sporo rezygnacji podszytej melancholią – rezygnacji naznaczonej tak typowym dla Rosjan fatalizmem. Inaczej rzecz ujmując, Rossel jest człowiekiem głęboko poraniony, podobnie jak jego miasto, Leningrad, które jeszcze nie zdążyło się podnieść po tragedii naznaczonego głodem wojennego oblężenia a już zostało znowu poranione na skutek stalinowskiego terroru.
    Autorom powieści udało się dosyć dobrze oddać duszną atmosferę czasów stalinowskiej opresji. Pokazują ludzi gnieżdżących się w komunałkach, czyli mieszkaniach (zwykle w kamienicach), w których umieszczono kilka rodzin, gdzie wszyscy są fizycznie bardzo blisko siebie, jednak oddzieleni niewidzialną i szczelną  barierą strachu. Ludzi, którzy muszą uważać na każde wypowiadane słowo, każdy gest, bo jeden donos może sprawić, że człowiek „zniknie”. I nie powinni się wychylać, wychodzić przed szereg, bo to może zarówno ich samych, jak i ich bliskich kosztować bardzo wiele. Autorzy Miasta duchów ukazują rozmaite formy zniewolenia i upodlenia, które władza sowiecka „funduje” swoim obywatelem – w tym chyba tego najgorszego, bo najmocniej, najdotkliwiej niszczącego ludzi, czyli mentalnego. Najmocniej mentalne zniewolenia ukazane zostało w ostatnich scenach książki, naprawdę bardzo przejmujących.
    Bardzo ciekawym zabiegiem jest wprowadzenia do Miasta duchów rozbudowanych wątków dotyczących muzyki. To w sumie rzadkość w powieściach kryminalnych. Autorzy książki nie tylko pokazują specyficzny, dosyć hermetyczny światek muzyków klasycznych, z buzującymi w nim emocjami, intensywnymi, ale niekoniecznie zdrowymi. Muzyka ma istotne znaczenie tak w konstrukcji intrygi kryminalnej, jak i całej powieści, co potwierdza choćby spis treści. F, A, Es-dur, B-dur, G, Koda – tak nazywają się kolejne części powieści.
    Miasto duchów jest nieoczywistym, miejscami zaskakującym i zwyczajnie ciekawym kryminałem – wartym polecenia.
    
 

piątek, 23 lipca 2021

Anna Kańtoch, Lato utraconych

 


 Kiedy on już powróci…


Anna Kańtoch, Lato utraconych, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2021, s. 388.


    Temat zaginięć jest jednym z najczęściej pojawiających się w rodzimych (zresztą nie tylko) kryminałach czy thrillerach. Giną kobiety i mężczyźni, giną dzieci. Bliscy, policjanci czy dziennikarze, wszyscy szukają zaginionych, najczęściej z mizernym skutkiem. Powieści o zaginięciach naprawdę jest masa. Przykłady pierwsze z brzegu? Motyw zaginięcia jest jednym z kluczowych choćby w pisarstwie Roberta Małeckiego czy Przemysława Żarskiego. Po temat zaginięcia sięgnęła również Anna Kańtoch w nowej trylogii zapoczątkowanej powieścią (nomen omen) Wiosna zaginionych. Dlaczego autorzy tak chętnie biorą się za ten temat? Zaginięcia to w gruncie rzeczy fabularny samograj. I nie, nie chcę czynić w tym miejscu wyrzutów różnym autorom, bo przy odrobinie oryginalności i finezji nawet z tak zgranego motywu da się wycisnąć coś intrygującego.
    Osią fabularną nowej trylogii Kańtoch są usiłowania głównej bohaterki, Krystyny Lesińskiej, by odkryć co przed dziesięcioleciami stało się z jej ukochanym bratem, który wyszedł ze znajomymi w góry i zniknął. Jednak w drugiej części serii, Lecie utraconych, pojawia się jeszcze inne zaginięcie. Kilkuletni Kuba znika bez śladu (także w górach). To już było grane wiele razy? Oczywiście, ale Kańtoch należy do tych autorek, które lubią rozwiązania, rozwinięcia nieoczywiste i zaskakujące. Otóż Kuba, już jako nastolatek, w dramatycznych okolicznościach powraca. I tu dopiero zaczyna robić się bardzo ciekawie. Jak już wspominałem, w powieściach kryminalnych czy thrillerach zaginieni bohaterowie zwykle albo nie odnajdują się wcale, albo odnajdywane są ich zwłoki czy szczątki. U Kańtoch jest inaczej, co przekierowuje opowieść o zaginięciu na inne tory. Dawny świat małego Kuby się rozpadł, jego rodzice się rozwiedli. Ojciec ma nową rodzinę, w tym dwie urocze córeczki. I nagle Kuba, który przez lata żył w izolacji, trafia do tej rodzinny. Straumatyzowany, wrzucony w świat, którego nie zna i chyba nie do końca rozumie. Jest to sytuacja równie trudna dla Kuby, jak i dla jego ojca oraz macochy. Na tym poziomie powieść Kańtoch jest historią oswajania obcości, której do końca nie da się znieść, zniwelować bliskością. Bo czy same więzy krwi są na tyle mocnym spoiwem, by w rzeczywisty i trwały sposób połączyć ludzi, których dzielą jakże odmienne a na dodatek trudne doświadczenia? To jedno z pytań, które stawia autorka z Katowic, pytań, na które każdy z czytelników musi odpowiedzieć sobie sam.
    Jak to zwykle u Kańtoch bywa, fabuła w Lecie zaginionych jest wielowątkowa. Osią intrygi kryminalnej jest inna sprawa niż zaginięcie. Jest rok 1999, a komisarz Lesińska pracuje jeszcze w policji. W leśniczówce dochodzi do makabrycznej zbrodni: zostaje brutalnie zamordowana cała rodzina, w tym dwie kilkuletnie dziewczynki. Odludne miejsce, brak świadków i wyraźnych tropów. Z tym musi zmagać się komisarz i jej ludzie. Śledztwo idzie jak po grudzie także dlatego, że Lesińska zmaga się z żałobą po nagłej śmierci męża. Kto zamordował całą familię? Rozwiązanie bardzo mnie zaskoczyło. (Warto w tym miejscu zaznaczyć, że mimo brutalności zbrodni autorka nie epatuje makabrą.)
    Niezwykle cenię Wiosnę zaginionych – moim zdaniem ta powieść absolutnie zasłużenie wyróżniona została Nagrodą Wielkiego Kalibru. Przede wszystkim przykuła moją uwagę kreacja Lesińskiej jako bohaterki senioralnej. To rodzaj kreacji wciąż bardzo rzadkiej w naszej prozie (nie tylko kryminalnej). W Lecie utraconych bohaterka jest sporo młodsza, wciąż pracuje w policji. Dzięki temu możemy ją poznać z innej strony, odkryć inne aspekty jej osobowości. Taka swoista retrospekcja w rozpisanej na trzy tomy historii ma swoje plusy. Przyznam jednak, że trochę mi tęskno do Lesińskiej emerytki. Logika rozsnuwanej przez Kańtoch fabuły sugeruje, że w części trzeciej znowu pojawi się bohaterka w wieku emerytalnym. Co bardzo mnie cieszy.
    Po lekturze Lata utraconych zastanawiałem się, która z części tej trylogii jest lepsza. Nie umiem tego rozstrzygnąć, bo te powieści są zwyczajnie inne, chociaż wpisane w to samo fabularne uniwersum. Każda z nich w inny sposób wzbogaca rozwijaną przez autorkę historię. I niech tak zostanie.