Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść sensacyjna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść sensacyjna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 stycznia 2023

Maciej Siembieda, Kołysanka

 


 Kopciuszek i Bestia


Maciej Siembieda, Kołysanka, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2022, s. 342.


    Do lektury Kołysanki Macieja Siembiedy przystępowałem z niejakim lękiem. Dobrze, może nieco przesadzam i dramatyzuję… Kilka miesięcy wcześniej pisarz wydał świetną powieść Katharsis – a przecież często bywa tak, że po takim „sztosie” przychodzi obniżka formy. W sumie – normalna sprawa. Jednak wziąłem sobie do serca znaną maksymę: „Nie lękajcie się!” i przeczytałem Kołysankę. Czy żałuję? Absolutnie nie, chociaż wciąż jestem zdania, że Katharsis pozostaje najlepszą powieścią w dorobku Siembiedy.
    Kołysanka jest piątą powieścią sensacyjną z serii o perypetiach prokuratora z IPN-u  Jakuba Kani. Od razu zaznaczę, że tak do końca nie jest to bohater mojej bajki (lekturowej). Może to kwestia takiego a nie innego rysu charakterologicznego Kani, może zwyczajnie jest jak dla mnie za spokojny i za grzeczny. Tak czasami mam z bohaterami prozy kryminalnej/sensacyjnej – i tyle. Co nie zmienia faktu, że dostrzegam i doceniam oryginalność tej postaci. Kania nie jest śledczym z klapkami na oczach, który ślepo wykonuje polecenia przełożonych, mimo iż pracuje w instytucji, działania której bywają – szczególnie w ostatnich latach – by tak rzec: momentami mocno kontrowersyjne. Sam siebie określa mianem „archiwisty” – i coś w tym jest. Kania należy do wytrawnych badaczy dokumentów i rozmaitych źródeł. Z uporem, cierpliwością i swoistym polotem wygrzebuje prawdę spod stert pokrytych kurzem papierów. Jest w tym zwyczajnie dobry.
    Tym razem Kania ma zbadać sprawę znanego rosyjskiego kompozytora muzyki klasycznej Arama Chaczaturiana (tak, tak, tego właśnie!), który tuż po wojnie przebywał na Śląsku Opolskim u boku NKWD. Czy brał udział w zbrodniach na Polakach i Ślązakach? Zdaniem przełożonych z IPN-u, gdyby Kania znalazł na to dowody, mogłyby one posłużyć jako „haki” potrzebne w trudnych kontaktach z Rosją. Prowadząc śledztwo, Kania trafia na ślad tajemniczego zapisu nutowego autorstwa (ponoć) bardzo znanego kompozytora. A to może okazać się większą rewelacją niż tajemnice przeszłości Chaczaturiana.
    Sprawa Chaczaturiana jest głównym wątkiem osnowy intrygi w Kołysance, na którym autor nanizał kolejne motywy i historie, mieszając (jak zwykle) fikcję z faktami. Bo czegóż w tej powieści nie ma? Jest niezwykle ambitna radna, który prowadzi bardzo ryzykowne interesy, jest aferzysta, szykujący przekręt na grube milion, i jest fascynująca historia zrujnowanego pałacu w Kopicach a nawet bogaty arabski szejk na dokładkę. W gmatwaninie spraw i wątków próbuje odnaleźć się Kania, nie bez wyraźnego trudu, tym bardziej że jego przeciwnicy rzucają mu kłody pod nogi. Zbyt wiele grzybów w (fabularnym) barszczu? Wcale nie, bo Siembiedzie udało się wszystkie wątki sensownie i ściśle posplatać. Chociaż co do jednego z nich miałem przez większość powieści spore wątpliwości. Chodzi o relację radnej Iwony Kern z jej mężem, która wydawała mi się nazbyt satyrycznie przerysowana. Jednak zaskakujące i w pewnym stopniu humorystyczne (chociaż humor to mocno czarniawy) zakończenie sprawiło, że owo satyryczne przegięcie nabrało przewrotnego sensu i znaczenia.
    Współczesna intryga w Kołysance ze związanymi z nią jakże realnymi problemami (choćby rodowitych Ślązaków opolskich, którzy niegdyś byli poniewierani przez Niemców, władze PRL-u czy repatriantów ze Wschodu, a i dzisiaj bywają uważani przez niektórych za – zacytuję „klasyka” – „ukrytą opcję niemiecką”) jest ciekawa, ale mnie w powieści absolutnie urzekła historia, którą autor umieścił w retrospekcjach. Pojawia się w niej autentyczna postać Karola Goduli (1781 – 1848), dzisiaj już praktycznie zapomniana. W XIX wieku był jednym z najmajętniejszych górnośląskich przedsiębiorców, właścicielem licznych kopalń, hut i majątków ziemskich. Był też postacią skomplikowaną i tragiczną, którego życie naznaczyła głęboka trauma. W młodości w wyniku brutalnego napadu Godula został poważnie okaleczony i oszpecony. Dzięki uporowi i inteligencji stanął na nogi, zaczął osiągać sukcesy. Na skutek traumy stał się jednak człowiek bardzo twardym, oschłym, stroniącym od ludzi. Nie przez przypadek nazywano go „diabłem z Rudy”. Jednak mimo wszystko zachował w sobie pokłady, rzadko odkrywanej, delikatności i czułości, czego dał dowód, przygarniając na wychowanie kilkuletnią dziewczynkę, Joasię Gryzik. Jest w historii relacji mrocznego, wzbudzającego lęk w ludziach Goduli i dziewczynki, która stała się dziedziczką fortuny przedsiębiorcy, coś z klasycznej opowieści o Kopciuszki, ale również innej – o Pięknej i Bestii. Moim zdaniem retrospekcje z Godulą i jego (bardzo nielicznymi) bliskim są najlepszymi fragmentami Kołysanki. Zwyczajnie widać, że Siembieda zafascynował się postacią Goduli i tę fascynację przełożył na fragmenty wybornej prozy.
    Wedle trywialnego powiedzenia – życie pisze najlepsze historie. Fakt, ale trzeba je jeszcze umieć opowiedzieć, przekładając na język prozy. Siembieda bez wątpienia potrafi to robić. Jak mało kto, co potwierdził w Kołysance.

    
 

środa, 9 czerwca 2021

Lee Child, Andrew Child, Strażnik

 

Reacher reformowany


Lee Child, Andrew Child, Strażnik, przeł. Jan Kraśko, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2021, s. 416.


    Cykl z Reacherem uwielbiam bezmiernie i – dotąd – zawsze czekałem w napięciu na kolejną jego część. Jednak kiedy usłyszałem, że Strażnika, nową odsłonę przygód byłego żandarma wojskowego, Lee Child napisał z bratem (Andrew również jest pisarzem), poczułem niepokój. Każdy kto kiedykolwiek pisał powieść w duecie (mnie się zdarzało), zdaje sobie sprawę, że jest to bardzo trudne, a efekty czasami bywają co najmniej wątpliwe. Wprawdzie bracia w wywiadzie dołączonym do polskiego wydania powieści zapewniali, że w duecie pisało im się świetnie, że wzajemnie się inspirowali a i efekt współpracy ich zadowala, ale właściwie… co innego mogli powiedzieć. Cóż, trzeba było zastosować sprawdzian w rodzaju – po owocach ich poznacie. I owoce okazały się niezbyt smaczne.
    Początek Strażnika to stary, dobry Reacher w solidnym wydaniu. Bohater trafia do Nashville i pomaga muzykom oszukanym przez właściciela knajpy, w której zagrali koncert. Jak to on – bezinteresownie, w imię ochrony słabszych i pokrzywdzonych. Ale dalej… Dalej jest już gorzej. Reacher trafia do prowincjonalnej mieściny, której nazwy nie warto zapamiętywać. Jest świadkiem próby porwania mężczyzny i oczywiście interweniuje (skutecznie). Niedoszłym porwanym okazuje się informatyk, Rusty Rutherford,  który do niedawna pracował dla władz miasta. Miejskie systemy informatyczne zostały zhakowane, nic w mieście nie działa, a kozłem ofiarnym został  Rusty, który w miasteczku traktowany jest niczym wróg publiczny numer jeden. A do tego dybią na niego mroczne, świetnie wyszkolone typy. Reacher postanawia chronić informatyka (choć oczywiście nie musi) a przy okazji chce się dowiedzieć, w jaką aferę Rusty się wpakował i dlaczego.
    Niby fabuła w powieści Childów nie odbiega zbytnio od innych z cyklu z Reacherem, niby to jest wciąż ten sam bohater, którego lubię, ale tym razem powieść Childa (i jego brata) czytało mi się dosyć ciężko, bez lekkości szybko przewracanych stron, napędzanej ciekawością co dalej, jak to było w przypadku innych książek z cyklu. Po tym jak dotarłem do ostatniej kropki, zacząłem się zastanawiać, co tym razem poszło nie tak.
    Powiada się, że co dwie głowy, to nie jedna. W przypadku Strażnika ta maksyma się nie sprawdziła, bo bracia Child nie wykazali się przesadną oryginalnością i kreatywnością. W powieści ważną rolę odgrywają wątki walki wywiadów i neonazistowskich grup z amerykańskiego zadupia. To już było i to po wielokroć. Mimo iż idea całego cyklu z Reacherem zasadza się na replikowanym książka po książce schemacie, ten przyrządzony przez braci Child, wielokroć odgrzewany kotlet (ileż można pisać o rosyjskich szpionach w Stanach!) jest średnio strawny i niezbyt smaczny. Nawet byłem jednak gotowy go przełknąć. Są jednak w Strażniku motywy i rozwiązania, które mi nie pasują i które – moim skromnym zdaniem – zdecydowanie psują tę część serii.
    Wydaje mi się, że słaba dynamika akcji Strażnika w dużym stopniu wynika z faktu, że jej bardzo istotnym elementem są wątki informatyczne: cyberterroryzm, pojedynki hakerów działających na usługach rządowych agencji… Tłumaczenie tych wątków, szczególnie w powieściowym uniwersum Reachera, który jest mocno na bakier z nowoczesnymi technologiami, wymaga sporo miejsca, co w dużym stopniu spowalnia akcję. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że zwyczajnie nie przepadam za powieściami sensacyjnymi, w których mocno zostaje wyeksponowany temat wszelakiej cyberprzestępczości, więc mogę być zwyczajnie uprzedzony. Jest jednak poważniejsza kwestia, ponieważ autorzy Strażnika postanowili pomajstrować przy schemacie głównego bohatera. Reacher, do tej pory zdecydowany przeciwnik wszelkich technologicznych nowinek, który – dla przykładu – z map uznawał tylko papierowe i nie uważał za niezbędne posiadanie telefonu komórkowego, w Strażniku posługuje się komórką (chociaż nie swoją). Ale to nie jedyna zmiana, bo bohater, który wcześniej wolał problemy swoje oraz osób, którym niósł pomoc, rozwiązywać samemu, w nowej powieści coraz bardziej otwiera się na współpracę z innymi. Niby nie są to wielkie zmiany, niby Reacher wciąż jest tym samym samotnym wilkiem, który bez celu włóczy się po Stanach ze szczoteczką do zębów i paroma dolarami w kieszeni, ale widać już w jego kreacji pewne przesunięcia, które – jak mi się zdaje – niespecjalnie w Strażniku się sprawdziły. Oczywiście, ktoś mi może zarzucić, że jestem nazbyt zachowawczym fanem serii Childa, że wolę przewidywalny schemat od nowinek. Otóż jak najbardziej wolę, bo uważam, że w dużym stopniu czar serii z Reacherem polega na tym – mówię o własnych odczuciach – że w kolejnych książkach dostawałem dokładnie to, czego się spodziewałem. A w Strażniku zaczęło się kombinowanie, które nie przyniosło nic dobrego. Wręcz przeciwnie.
    Nie mam pojęcia (i nie zamierzam dociekać), czy zmiany na gorsze w Strażniku spowodowane zostały tym, że Lee Child dobrał sobie współautora. Jakoś zwyczajnie po ludzku rozumiem angielskiego pisarza. Miał prawo zmęczyć się i serią, i bohaterem, pewnie potrzebował nowych bodźców, nowego podejścia do pisania tego cyklu. Nie będę ukrywał, że po Strażniku czuję spory zawód, jednak nie jest tak, że z miejsca rzucę całą serię w cholerę. Będę czekał na kolejną książkę z opowieścią o Reacherze, choć być może nie tak niecierpliwie, jak to było wcześniej.

poniedziałek, 11 stycznia 2021

Wojciech Chmielarz, Prosta sprawa

 


 

Ratunek dla Prostego


Wojciech Chmielarz, Prosta sprawa, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020, s. 383.


    Prosta sprawa, prosta sensacja, ale smacznie przyrządzona z – a jakże – prostych, ale sprawdzonych składników. Czegóż potrzeba więcej, aby upichcić sycącą opowieść?! Taka jest nowa powieść Wojciecha Chmielarza.
    Często autorzy powieści sensacyjnych silą się na Bóg wie jakie fabuły, często napędzane bzdurnymi teoriami spiskowymi czy wałkowanymi do znudzenia opowieściami o wielkich zagrożeniach współczesnego świata. A przecież w powieści sensacyjnej głównie chodzi – po prostu – o wartką akcję, pościgi, bijatyki i jako takie osadzenie w rzeczywistości. Chmielarz, jako się rzekło, postawił na prostotę. Zaczyna się wedle dobrze znanego schematu. Do Jeleniej Góry przyjeżdża główny bohater a zarazem narrator powieści (za wiele o nim nie wiemy i do końca za wiele się nie dowiadujemy – poza tym że  zajmuje się rozwiązywaniem problemów). Chce oddać przyjacielowi, Prostemu, stary dług, tyle że zastaje jego mieszkanie zdemolowane a zaraz zjawiają się tam zbóje. Co oczywiście źle kończy się dla zbójów. Okazuje się, że Prosty, który samotnie wychowuje chorą córeczkę, podpadł miejscowym gangsterom, zwiał i gdzieś się zaszył. Bohater postanawia mu pomóc, choć właściwie wcale nie musi. A dalej? Mniej więcej wiadomo, ale wcale nie przeszkadza to w lekturze.
    Akcja powieści Chmielarza toczy się szybko, jest w niej akurat tyle przemocy i scen walk, ile zwykle w tym gatunku mi wystarcza. Do tego cała fabuła trzyma się w granicach prawdopodobieństwa, nie ma w niej jakiś niezwykłych zbiegów okoliczności czy bohaterów, którzy kulom się nie kłaniają albo potrafią się samemu zoperować za pomocą zaostrzonego patyka. W Prostej historii jest sporo nawiązań do innych książek, na przykład opisy scen walki wzorowane są na kultowych (tak, czasami używam tego słowa) scenach z powieści Lee Childa. I tak dalej, i tym podobne. Chmielarz w tej powieści zaskoczył mnie (na plus) dowcipem, delikatnym mruganiem oka do czytelnika, bo wcześnie nie kojarzyłem pisarstwa tego autora z gejzerami humoru.
    Chmielarz Prostą historią zafundował mi jeden wieczór lekkiej, ale solidnej rozrywki. Niczego więcej od powieści sensacyjnej nie wymagam. Proste, nie?
 

wtorek, 8 września 2020

Zygmunt Miłoszewski, Kwestia ceny

 

 

 Pisarzu, na morze!


Zygmunt Miłoszewski, Kwestia ceny, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2020, s. 527.


    Odnoszę wrażenie, że Zygmunt Miłoszewski wciąż jeszcze nie do końca rozstrzygnął, jak będzie wyglądało jego pisarskie życie po Szackim. Po Gniewie (2014), ostatniej (jak na razie) powieści z serii o krnąbrnym prokuratorze, najpierw wydał powieść Jak zawsze (2017), w sumie całkiem ciekawy "obyczaj" wpleciony w historię alternatywną Polski. A niedawno pojawiła się powieść przygodowa czy sensacyjna (mniejsza o subtelne rozstrzygnięcia genologiczne) Kwestia ceny, w której autor powrócił do bohaterów i schematów wykreowanych wcześniej w Bezcennym (2013). Nie w tym nic złego, w końcu ta ostatnia książka stała się bestsellerem, czemu więc Miłoszewski nie miałby ponownie wykorzystać sprawdzonych rozwiązań.
    W Kwestii ceny, podobnie jak w Bezcennym, w centrum opowieści znajduje się historyczka sztuki Zofia Lorentz, która tym razem ma – do spółki ze swoimi bliskimi i kompanami – ni mniej, ni więcej tylko uratować ludzkość. Akcja powieści rozgrywa się w szerokim świecie, od Paryża po Sachalin, pojawia się w niej zła, chciwa korporacja farmaceutyczna, która chce stać się najpotężniejszą firmą globu, oraz grupa naukowców-idealistów, którzy są tak zafiksowani na idei uratowania ludzkości, że bez mrugnięcia okiem poświęcają życie poszczególnych ludzi, stających na drodze do realizacji ich celu. A bezwzględna gra toczy się o artefakt, który należał niegdyś do zamieszkującego Sachalin ludu Ajnów, przedmiot nie byle jaki, bo dzięki niemu ludzka cywilizacja może odmienić swój los (dodam: ponury).
    Historia jak historia, Miłoszewski utkał ją z dobrze znanych wątków, w czym nie widzę niczego złego, bo to w końcu proza gatunkowa. Byłem nawet skłonny przymknąć oko na to, że mniej więcej do dwieście pięćdziesiątej strony tej powieści emocje i napięcie są równie wielkie jak na grzybobraniu (a i potem też nie obgryzałem paznokci w trakcie lektury…), co w powieści przygodowej może być już pewnym problemem. Wystarczyło mi, że Miłoszewski – podobnie jak i we wcześniejszych książkach – posługuje się eleganckim stylem i składnią, która nie ogranicza się do zdań pojedynczych. Że wykreował kilka dobrze pomyślanych, na swój sposób sympatycznych postaci, jak choćby holenderskiego pirata, który poprzestaje na małym, czy najemnika, który przeżywa kryzys wiary. Albo że wciąż potrafi skreślić sceny nienachalnie komiczne, jak te z „atakiem” niedźwiedzia na Sachalinie czy z wełnianymi skarpetkami, który mogą zatrzymać każdy poryw namiętności. Ale jedna rzecz odstręczyła mnie od tej powieści na dobre.
    W słowie Od autora Miłoszewski zwierzył się, że jest „żeglarzem neofitą”, zakręconym na punkcie nowej pasji. Jakoś po ludzku rozumiem, że autor chciał się nową fascynacją podzielić z czytelnikami, co sprawiło, że spora część akcji powieści rozgrywa się na morzach, na różnych jednostkach pływających. A nawet sama główna bohaterka, Lorentz, unosi się ponad dobę na falach oceanu w piankowym kombinezonie. Mnie niestety marynistyczne klimaty w prozie zupełnie nie kręcą, nie podniecają mnie wcale a wcale dokładne opisy statków czy wykonywanych przez nie manewrów, zwyczajnie nudzą mnie wszelkie morskie przygody. I nie jestem fanem powieści Clive’a Cusslera, którego powieściami zaczytuje się jeden z bohaterów Kwestii ceny, i ukłon w stronę którego zrobił Miłoszewski w swojej powieści. Nic więc dziwnego, że nie tyle dokończyłem lekturę powieści warszawskiego autora, co raczej ją zmęczyłem.
    Cóż, mam nadzieję, że zanim weźmie się z pisanie kolejnej powieści, Miłoszewski znajdzie sobie nowe, lepsze hobby. Czego i autorowi, i sobie życzę.
 

piątek, 14 sierpnia 2020

Tomasz Duszyński, Toksyczni

 

 

 Gliniarz, który zapomina


Tomasz Duszyński, Toksyczni, Wydawnictwo SQN, Kraków 2019, s. 383.


    Pisarstwo Tomasza Duszyńskiego było dla mnie – bez wątpienia – jednym z objawień zeszłego roku. Szczególnie przypadła mi do gustu proza retro tego autora, cykl zapoczątkowany powieścią Glatz (2019). W prywatnym rankingu zdecydowanie niżej oceniłem współczesną powieść sensacyjną Duszyńskiego zatytułowaną Toksyczni. Dlaczego? Bo jednak swoją sensację autor uszył z czytelnych – by nie powiedzieć: zgranych – schematów. Są więc w Toksycznych mafie i mafijki, prokurator, który kolekcjonuje haki na ważne persony, brudni gliniarze, psychol zza wschodnie granicy, który jest maszyną do zabijania. Jest oczywiście zagrożenie życia osoby bliskiej głównym bohaterom. I tak dalej, i w ten deseń. Oczywiście, Toksyczni są świetnie napisani, co mnie nie dziwi. Moim zdaniem – i chyba nie popadam w zbytnią przesadę – Duszyński spokojnie mieści się w trójce – obok Marcina Wrońskiego i Zygmunta Miłoszewskiego – najsprawniejszych pod względem językowo-stylistycznym autorów rodzimej prozy gatunkowej.
    Tak więc specjalnie nie spieszyło mi się do pisania o Toksycznych. Ale w końcu zebrałem się – a to z powodu Nowickiego, jednego z dwóch, obok Ultrasa, głównych bohaterów powieści. Nowicki jest sześćdziesięcioletnim, emerytowanym policjantem. Swego czasu bardzo cenionym i skutecznym. Kimś w rodzaju lokalnej policyjnej legendy. Poznajemy go w momencie, kiedy ma początki Alzheimera, nie domknął żałoby po śmierci żony, niespecjalnie dogaduje się z córką-jedynaczką. Nowicki nie tyle żyje, co dryfuje przez życie, coraz bardziej zagubiony, pogrążony w smutku i marazmie. Kiedy jednak nadchodzi czas próby, oczywiście Nowicki daje radę. Nie w tym jednak rzecz… W powieściach kryminalnych czy sensacyjnych dosyć rzadko pojawiają się główni bohaterowie w wieku senioralnym. Już za samo to należą się Duszyńskiemu wyrazy uznania. Poza tym udało się autorowi ukazać postać Nowickiego w powieści w sposób pogłębiony psychologicznie, pełen niuansów, bez zbędnych uproszczeń czy przegięć. A to w powieściach sensacyjnych wcale nie jest częste.
    Naprawdę, dla samego Nowickiego warto przeczytać Toksycznych  Duszyńskiego.
 

poniedziałek, 16 marca 2020



Pogromca chaosu


Lee Child, Zgodnie z planem, przeł. Jak Kraśko, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2020, s. 414.


    Nie było żadnego zaskoczenia w Zgodnie z planem, bo Jack Reacher kolejny raz wysiadł z autobusu, choć wcale nie musiał, i z miejsca zaczęła się krwawa jatka „w imię zasad”. Wysiadł w amerykańskim półmilionowym prowincjonalnym mieście, którego nazwa nie pada, w jakimś bliżej nieokreślonym stanie, by pomóc starszemu, doświadczonemu przez los i ludzi człowiekowi. I wplątał się przez przypadek w brutalną wojnę gangów. Jak łatwo przewidzieć, skończyło się to źle. Dla gangów.
     Seria Childa z Reacherem jest dla mnie prawdziwym fenomenem. Dobrze ponad dwadzieścia powieści w cyklu, schemat wciąż ten sam, jasny i przejrzysty. Czytając kolejną książkę o perypetiach byłego oficera żandarmerii wojskowej, doskonale wiedziałem, jak będzie przebiegała akcja, co się za chwilę stanie a nawet jaki będzie finał. To jeszcze nic – miałem świadomość, w którym momencie i jaki padnie żart, jak będą wyglądały opis (specyficzne) walk czy jak ułożą się relację Reachera z innymi bohaterami. A jednak Zgodnie z planem wciągnęło mnie równie mocno, jak poprzednie powieści z tej serii. Sposób, w jaki Child panuje nad czytelnikiem, prowadzi go naprawdę ma w sobie coś z magii. Oczywiście, magia – by tak rzec – ufundowana została na doprowadzonym do perfekcji rzemiośle pisarskim brytyjskiego autora, w którego tekstach nie ma zbędnych elementów. Ujmę to inaczej: Child dostarcza nam sterylnie czystą sensację najwyższej próby.
    Ale jednak – będę się przy tym upierał – jest w powieściach z Reacherem element magii. Od lat próbuję go uchwycić, z dosyć miernym skutkiem. Może magiczna moc przyciągania w tych powieściach zasadza się na tym, że ich główny bohater jest pogromcą chaosu? Żyjemy w czasach coraz większej niepewności, narastającego chaosu, tym groźniejszego że pełzającego, trudno uchwytnego, ale wpływającego na nasze życie. Choć właściwie teraz, w czasach pandemii koronawirusa, chaos wokoło jest aż nazbyt widoczny i dotkliwy. Child opowiada – swoją drogą, doskonale przecież znaną od wieków – bajkę o samotnym mścicielu i obrońcy słabych oraz pokrzywdzonych, który pojawia się znikąd, karze złych, opanowuje chaos i przywraca aksjologiczny porządek, czyli zgodnie z planem (własny) zaprowadza porządek. Oczywiście, jedynie na chwilę i bardzo lokalnie. I ja, jako czytelnik, przez chwilę po lekturze powieści Childa odczuwam coś w rodzaju katartycznego oczyszczenia. Może to właśnie o to chodzi. Choć nie musi. Może wystarczy powiedzieć, że Child jest autorem świetnych powieści sensacyjnych i nie dorabiać do tego prostego stwierdzenia jakiejkolwiek ideologii.

wtorek, 16 lipca 2019


 

Rozjazd


Marta Guzowska, Raj, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019, s. 391.

    Marta Guzowska napisała pierwszą powieść bez wątków archeologicznych – i jest to faktycznie novum w pisarstwie tej autorki. Raj jest powieścią sensacyjną, co już nowością nie jest, ponieważ seria z archeolożką i zarazem złodziejką Simoną Brenner jest z gruntu sensacyjna. Co z tego pomieszania nowego i starego wynikło?
    Akcja nowej powieści Guzowskiej rozgrywa się w galerii handlowej o nazwie – jakżeby inaczej – Raj, w ciągu jednego dnia, a głównie nocy. Pomysł to dający sporo możliwości rozwijania akcji (zamknięta przestrzeń, w której jednak jest sporo kryjówek), choć nie nowy, bo bywały już nie tyle książki, co liczne filmy o galeriach handlowych, na które napadają złoczyńcy. U Guzowskiej w zamkniętej na amen galerii zmagają się bardzo różni bohaterowie: złodziejaszek, który okradanie salonów telefonii komórkowej traktuje jako swoiste ćwiczenie przed poważniejszymi zadaniami w złodziejskim fachu, psycholożka, która nie radzi sobie z własnymi emocjami oraz emocjami innych, w tym swojej krnąbrnej nastoletniej córki, też zamkniętej w galerii, koleżanka owej córki, której marzeniem jest zostanie gwiazdą mediów społecznych, dwóch dilerów, którzy nastolatkom chcą odebrać telefony, którymi nagrały scenę sprzedaży narkotyków oraz pracownik korporacji nadzorującej powstanie i funkcjonowanie galerii. Na dokładkę są niezbyt rozgarnięci ochroniarze, którzy występują w charakterze chłopców do bicia. Bohaterowie ścigają albo są ścigani, zwrotów akcji jest sporo a koniec końców – jak łatwo się domyślić, więc nie jest to spojler – finał będzie fatalny tak dla większości bohaterów, jak i tytułowego Raju.
    W Raju jest jako tako wciągająca akcja, pełna pościgów i ucieczek, i trochę trupów na dokładkę. Guzowska – jak zwykle – opisała historię sprawnie, choć bez językowych fajerwerków, którymi urzekała mnie w początkowych tomach serii kryminałów archeologicznych (widać, że pisarka z książki na książkę upraszcza swój styl – cóż, jej wybór…). Jednak mam z tą powieścią problem, bo ewidentnie „rozjeżdża się” ona na poziomie intencji autorskich. O co chodzi? Przyjrzę się kreacjom bohaterów Raju. W przypadku niektórych postaci widać próby nakreślenia pogłębionego rysu psychologicznego. Tak jest z psycholożką – samotną matką, która nie radzi sobie z wychowaniem córki, do tego zmaga się z paradoksem psychologa, który pomaga innym zapanować na emocjami, a zupełnie nie panuje nad własnymi. Natomiast inni bohaterowie są jak wycięci tępymi nożyczkami z taniego komiksu. Istnym kuriozum jest jeden z dilerów, Rosjanin, który nieustannie pije, myśli tylko o seksie i wszystkich chciałby bić, bo oczywiście jest psychopatą. Naprawdę – stereotypy do entej potęgi, Guzowska mogła już zrobić z niego choćby Czecha czy Serba, a nie zaraz Rosjanina. Do tego dochodzi dosztukowany – jak sądzę – na siłę wątek antykonsumpcyjny, pokazujący - rzecz ujmuję w skrócie - że centrum handlowe, czyli raj tanich, natychmiastowych spełnień konsumpcyjnych jest tak naprawdę jednym z kręgów piekła konsumeryzmu. Po co to było w sensacyjnej opowieści? Nie jest dla mnie jasne, czy Guzowska chciała napisać zwykłą powieść sensacyjną, czy jednak sensację z ambicjami do jakichś (mętnych) diagnoz społecznych; czy chciała jedynie bawić czytelnika wydumaną, acz pędzącą akcją czy zmuszać go do refleksji. I tak Raj stał się powieścią bez wyraźnego adresu czytelniczego, w której intencje autorskie znoszą się już na wejściu – a przez to powieścią, nie będę krył, słabą.
    Widzę, że od pewnego czasu Guzowska szuka nowej formuły dla swojego pisania. I chwała pisarce za to, bo takie poszukiwania ostatnimi czasy nie są wcale częste. Inaczej rzecz ujmując, autorka Ofiary Polikseny szuka nowej drogi. Jak dla mnie, Rajem zabrnęła w ślepą uliczkę. Mam nadzieję, że z niej zawróci.