Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 listopada 2022

Magda Stachula, Nieobliczalna

 


Kobiety w opresji


Magda Stachula, Nieobliczalna, Wydawnictwo Luna, Warszawa 2022, s. 359.


    Magda Stachula pisze thrillery różnych pododmian, alby chyba najbardziej znana i ceniona jest jako autorka domestic noir. Dla przypomnienia (w dużym skrócie) – jest to odmiana thrillera psychologicznego, w której głównymi bohaterkami są zazwyczaj kobiety, zmagające się z rozmaitymi formami przemocy oraz opresji ze strony (i znowu zazwyczaj) osób im najbliższych. Przyznam od razu, że domestic noir to nie do końca moja bajka, ale czasami sięgam po tego rodzaju powieści. Tym bardziej jeśli są pisane przez autorki, które cenię za umiejętności i pomysły. A do takich należy Stachula.
    W Nieobliczalnej pojawiają się trzy kobiety w opresji. Martyna i Alicja, kobiety w średnim wieku, są przyjaciółkami od dawna. Martyna ma przemocowego męża, który bije ją, gwałci i kontroluje każdy jej krok. Alicja samotnie wychowała syna, a jej miłość do niego bliska jest obsesji. Młodsza od nich o ponad dwie dekady Adelina zmaga się z problemami swojej matki, która po tym jak została brutalnie odtrącona przez jej ojca, pogrążyła się w bardzo głębokiej depresji. I jest jeszcze Daniel, dwudziestodwuletni syn Alicji, dosyć specyficzny młody mężczyzna. Właśnie on staje się czymś w rodzaju katalizatora mniej lub bardziej dramatycznych zdarzeń, jednocześnie nawiązując romanse i ze starszą od siebie o osiemnaście Martyną, i z Adeliną.
    Początkowo dosyć trudno było mi „się wkręcić” w historię opowiadaną przez Stachulę w Nieobliczalnej. Jak na mój gust za dużo było w pierwszy partiach powieści domestic a za mało noir. Za dużo zwykłych, obyczajowych opowieści z życia bohaterów, mieszkających w Zamościu, a za mało emocjonującej akcji. Jednak jak wspominałem – nie do końca należę do grupy docelowej tego rodzaju prozy. Dalej z fabułą Nieobliczalnej było już zdecydowanie lepiej, znalazłem w niej więcej emocji, napięcia i dynamiki. A już bardzo przewrotna końcówka zrekompensowała mi niemrawy (moi zdaniem) początek. Naprawdę duże brawa dla autorki za zakończenie!
    Stachula postawiła w nowej powieści na nietypowy, ale trafnie w tym przypadku dobrany zabieg formalny, prowadząc narrację z punktu widzeniu czwórki bohaterów – Adeliny, Alicji, Daniela i Martyny. Dzięki temu autorka mogła i pełniej ukazać psychikę poszczególnych bohaterów, i przedstawiać czytelnikowi wydarzenia z odmiennych, czasami wykluczających się perspektyw. Zmieniające się punkty widzenia nie tylko zdynamizowały akcję powieści, ale też zapewniły historii niezbędną głębię psychologiczną.
    Jak to często bywa w powieściach z nurtu domestic noir, Stachula sporo miejsca poświęciła kwestii przemocy w rodzinie. Piszę o tym, bo moim zdaniem nigdy dość poruszania tego tematu. Jednak, trochę przekornie, zaproponowałbym nieco inne odczytanie Nieobliczalnej, bo dla mniej jest to przede wszystkim powieść o kłamstwach i przemilczeniach, które niszczą relacje bliskich sobie ludzi. W tej powieści kłamią niemal wszyscy – i jak łatwo się domyślić, kończy się to fatalnie.
    I jeszcze jeden wątek powieści, który wart jest uwagi, czyli związek dużo starszej kobiety z młodszym mężczyzną. Takie asymetryczne wiekowo związki wciąż u nas postrzegane jako rodzaj obyczajowego występku (wiem, może trochę przesadzam…). Sam to odczułem, kiedy w kryminale Śmierć last minute opisałem romans czterdziestoletniego Konrada Rowickiego z dwa razy młodszą kobietą. Część moich czytelników była tym wątkiem zniesmaczona. Moim zdaniem to bzdura, bo w związkach kluczowy są nie metryki, ale to, czy dwoje ludzi jest w stanie zbudować trwałą relację opartą na miłości i szacunku… Mniejsza. Tak czy siak, Stachula wykazała się pisarską odwagą, wprowadzając do powieści tak kontrowersyjny wątek.
    Rzecz ujmując w największych skrócie, Nieobliczalna Magdy Stachuli jest solidnym i intrygującym thrillerem. Więc chyba nie dziwi, że go polecam.
 

piątek, 4 listopada 2022

Anna Rozenberg, Zawsze będziesz winna

 


 Wszystkie emocje ofiary


Anna Rozenberg, Zawsze będziesz winna, Harde Wydawnictwo, Warszawa 2022, s. 300.


    Po świetnie przyjętej, nagradzanej trylogii kryminalnej z inspektorem Davidem Redfernem Anna Rozenberg postanowiła spróbować sił w innym gatunku i napisała thriller psychologiczny. A żeby jeszcze podnieść sobie poprzeczkę, tematem Zawsze będziesz winna uczyniła przemoc w rodzinie.
    Z pisaniem o przemocy wobec dzieci i kobiet jest taki problem, że łatwo autorowi ulec pokusie nazbyt dosłownego opisywania przemocy w rodzinie. Tak, to oczywiście piekło, ale nie zawsze szczegółowe opisywanie go, mnożenie scen przemocy jest właściwą drogą. Wielu pisarzy lubuje się w dosłowności a w tym przypadku – moim zdaniem – nie zawsze stanowi to najlepsze rozwiązanie. Na szczęście Rozenberg miała inny pomysł na przedstawienie tego trudnego tematu. Moim zdaniem skuteczniejszy i wywierający mocniejsze wrażenie na odbiorcy. Przynajmniej na mnie, ale pewnie i na innych.
    Główną bohaterką Zawsze będziesz winna jest czterdziestoletnia Helen, która, odwiedzając w ramach pracy laboratorium na walijskiej prowincji, natyka się na zwłoki w zaspie. Przynajmniej tak się jej wydaje, bo zwłoki znikają, a miejscowa policja nie traktuje jej nazbyt poważnie. Do tego z domu spokojnej starości znika jej ojciec. Helen ma niejasne wrażenie, że ktoś rozpoczął z nią pokrętną, niebezpieczną grę, której zasad ani celu bohaterka nie pojmuje…
    W powieści Rozenberg dotknęła chyba wszystkich odcieni przemocy w rodzinie – pedofilia, kazirodztwo, przemoc fizyczna, psychiczna, seksualna, ekonomiczna. Z retrospekcji stopniowo wyłania się naprawdę straszne życie Helen. I tak, jest w powieści kilka naprawdę wstrząsających scen przemocowych – jak choćby scena gwałtu. Jednak Rozenberg miała trochę innym pomysł na pisanie o przemocy, skupiając się przede wszystkim na emocjach ofiary, czyli Helen. Bohaterka jest jak gdyby przewodniczką po strasznym, brutalnym świecie przemocy, w który nas stopniowo wprowadza, odkrywając kolejne kręgi prywatnego piekła. Rozenberg opisała spiralę, w którą wpadają ofiary (dobrze opisaną w literaturze przedmiotu), która sprawia, że dzieci z przemocowych rodzin w dorosłym życiu często wchodzą w związki również przemocowe. I dotknęła jeszcze jednego problemu. Otóż, z ofiarami przemocy jest trochę tak jak z osobami uzależnionymi (wiem, to może trochę ryzykowne stwierdzenie) – ofiara do końca życia zmaga się z psychiczną i emocjonalną rysą ofiary w sobie tak, jak alkoholik czy narkoman zmaga się do końca życia z nałogiem. Rozenberg bardzo celnie zobrazowała ten aspekt w przemyśleniach Helen czy niektórych jej działaniach.
    Poza wszystkim Zawsze będziesz winna jest thrillerem skonstruowanym i napisanym bez zarzutu. Z opowieścią o Helen doskonale skorelowana jest sceneria zimowej, mroźnej i śnieżnej Walii. Akcja poprowadzona jest pewną ręką, zwarta a zakończenie powieście takie, które cenię najbardziej, zaskakujące i niejednoznaczne. Poza tym bogata polszczyzna Rozenberg doskonale pozwala oddać głębię i rozmaite niuanse warstwy psychologicznej powieści. Właśnie – psychologia. Na rynku książki jest mnóstwo książek określanych mianem thrillera psychologicznego. Jednak w dużej części z nich psychologia zaczyna się i kończy na stwierdzeniu, że psychopata/socjopata morduje dlatego że jest psychopatą/socjopatą. Rozenberg unaocznia czytelnikowi jak wygląda prawdziwy thriller psychologiczny.
    Jak się okazuje, Rozenberg jest pisarką odważną. Dobrym i zapewne bezpieczniejszym rozwiązaniem dla niej byłoby pisanie kolejnych kryminałów, skoro udowodniła, że świetnie potrafi to robić. Zapewne wielu czytelników na nie wciąż czeka. Rozenberg wybrała inne rozwiązanie, mniej oczywistą ścieżkę. Zaryzykowała i wygrała.
 

wtorek, 2 listopada 2021

Robert Harris, V2

 


 

 Marzenia, nauka i zbrodnia


Robert Harris, V2, przeł. Janusz Ochab, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2021, s. 352.


    II wojna światowa, zabójcze rakiety, nauka na usługach wojny (a i zbrodni), dwoje pogubionych ludzi po dwóch stronach frontu – to w telegraficznym skrócie opis najnowszej powieści brytyjskiego pisarza Roberta Harrisa o wszystko mówiącym tytule V2. Jednak telegraficzne skróty nie są domeną mojego pisania o książkach, więc będzie i rozwinięcie.
    Harris jak mało który ze współczesnych pisarzy radzi sobie z materią historii. Dba o poznawczą – by tak rzec - pełnię ukazania interesującego go wycinka historii, a także o wierność faktom historycznym, a jednak umie tak wbudować je w ciekawe i barwne fabuły, że czytelnik nie grzęźnie w detalach i szczególikach, w tej całej mnogości faktów, które Harris przybliża w swoich powieściach historycznych. Sposób Harris jest właściwe prosty, czyli ścisłe zespolenie efektów bardzo solidnej (zazwyczaj) kwerendy historycznej z fikcyjnym story, w który sporo jest sensacyjnej akcji i historii miłości (oraz innych ludzkich namiętności). Niby patent prosty, ale przekuć go na powieściową fabułę, która wbije czytelnika w fotel (czy gdzie tam akurat lubi czytać) na długie godziny, wcale nie jest łatwo. Harris od lat robi to świetnie, co potwierdził choćby powieścią Oficer i szpieg, którą najbardziej cenię w jego dorobku.
    Ale do rzeczy, czyli do V2. Dla tych, którzy nie interesują się historią II wojny, krótkie wyjaśnienie: V2 to pociski balistyczne, które stworzyli niemieccy naukowcy, i których pod koniec wojny naziści używali między innymi do bezlitosnego ostrzeliwania Londynu (ten epizod wojny jest najbardziej znany), podczas którego zginęły tysiące cywili. Akurat swego czasu interesowałem się dosyć mocno historią wojen w XX wieku, więc wybór tematu przez Harrisa trochę mnie zdziwił. Ale że V2? Przecież wszystko na ten temat wiadomo. Poza tym wydawało mi się, że to raczej kiepski materiał na solidny thriller. Powiem od razu, że się myliłem. Harris przybliża okoliczności powstania w nazistowskich Niemczech broni rakietowej, szczegółowo opisuje ją samą a potem przedstawia, jak była wykorzystywana w warunkach bojowych. Do tego autor ma zdolność bardzo plastycznego ukazywania faktów historycznych. Umie suche dane zamienić w opis, który nie nuży w lekturze. Oczywiście autor V2 nie skupia się na samej broni, bardzo interesująco ukazuje tło wydarzeń związanych z tym epizodem historii. Niby mimochodem, jednak Harris podrzucił czytelnikowi bardzo wiele interesujących informacji na temat życia codziennego w Anglii i Belgii u schyłku roku 1944. Tak żołnierzy czy ludzi służących w jednostkach pomocniczych, jak i zwykłych ludzi.
    Jak już wspomniałem, Harris nanizuje fakty historyczne na fikcyjną, główną nić fabuły, stawiając u boku historycznych postaci (takich chociażby jak Wernher von Braun, konstruktor rakiet, w tym współkonstruktor pocisków V2) bohaterów fikcyjnych. Są to Kay Caton-Walch, analityczka z służb pomocniczych angielskiego lotnictwa, oraz Rudi Graf, niemiecki inżynier, który uczestniczył w projektowaniu V2 a później nadzorował od strony technicznej ich wystrzeliwanie na Londyn. Obie postaci są ciekawie „ustawione” przez autora, chociaż ciekawsza (a i bardziej tragiczna) jest postać Grafa. Był młodym, ambitnym naukowcem, miał marzenia. A jak to się skończyło? Graf stwierdza z goryczą i rozpaczą: „Chciałem zbudować statek kosmiczny, a nie narzędzie zbrodni”. Marzyły mu się loty człowieka na księżyc, a skończył, obserwując starty V2 odpalanych w kierunku stolicy Anglii. Harris między innymi opowiada w nowej powieści o ponurym, chociaż powtarzalnym jak historia długa, losie naukowców, odkrywców czy wynalazców, którzy chcą zmieniać świat na lepsze, a koniec końców dostarczają lepszej, bardziej niszczycielskiej broni możnym tego świata.
    V2 moim zdaniem nie jest najlepszą z powieści Harrisa, ale wciąż to proza bardzo solidna i  zwyczajnie ciekawa. Spokojnie mogą po nią sięgnąć nie tylko czytelnicy zainteresowani historią II wojny światowej.

    
 

czwartek, 21 października 2021

Robert Małecki, Najsłabsze ogniwo

 

 

 


Przeklęte tajemnice


Robert Małecki, Najsłabsze ogniwo, Wydawnictwo Czwarta Strona, Poznań 2021, s. 384.


    Dla Roberta Małeckiego jednym z najważniejszych, najbardziej inspirujących pisarzy jest Amerykanin Harlan Coben. Autor z Torunia nieodmiennie wspomina o tym od lat. Nic więc dziwnego, że koniec końców postanowił złożyć swoisty, pisarski hołd Cobenowi. I tak powstał thriller Najsłabsze ogniowo. Odniesienia do amerykańskiego pisarza są w tej powieści oczywiste i – by tak rzec – na wierzchu. Podkreślę dla jasności – to celowy zabieg. Małecki sięgnął po temat zaginięć, który jest bardzo istotny dla Cobena. Zresztą, opisywanie historii zaginięć stało się już swoistym znakiem rozpoznawczym prozy autora Najsłabszego ogniwa. I śmiem twierdzić, że nikt nie umie tak głęboko wejść w ten temat, tak intrygująco go przedstawić, jak to robi Małecki. Akcja najnowszej powieści autora Wady rozgrywa się głównie w ni miejskich, ni wiejskich terenach podmiejskich (okolice Torunia). Tu też widać podobieństwa do prozy Cobena, który lubi w swoich powieściach portretować prowincjonalną Amerykę.
    Jak już wspomniałem, akcja Najsłabszego ogniwa rozwija się wokół tematu zaginięcia, a właściwie – zaginięć. Piotr Warot, autor bestsellerowych powieści obyczajowych, prowadzi spokojne, szczęśliwe życie. Ma kochającą żonę i dwójkę udanych dzieci. Jego życie staje na głowie, kiedy znika jego ukochany młodszy brat i jego narzeczona. Do tego przepada gdzieś nastoletni syn sąsiada-policjanta. Warot za wszelką cenę chce się dowiedzieć, co stało się z bratem. Musi się nieźle nagimnastykować, tym bardziej że policja zaczyna go traktować jako podejrzanego. Więcej zdradzić nie mogę…
    Ujęło mnie, że Małecki głównym bohaterem powieści uczynił pisarza. Nie zdarza to się zbyt często w naszej prozie spod znaku zbrodni, bo też – co tu kryć – dosyć monotonne, by nie rzec: nudne, życie pisarza zdaje się kiepskim materiałem na kryminalną opowieść. Autor Najsłabszego ogniwa wybrnął z problemu całkiem zgrabnie. Piotr jest pełnokrwistą postacią. Ma swoje grzeszki i słabości, ale jest porządnym, empatycznym mężczyzną, który zrobi wszystko, aby ochronić swoich bliskich (nie tylko ich). Nie jest to dla mnie najważniejsze w thrillerze, ale Warot należy do tych postaci, które szybko się akceptuje i którym chce się kibicować w toku akcji.
    W Najsłabszym ogniwie akcja nie jest przesadnie dynamiczna i składa się głównie z ciągu scen rozmów, spotkań, podczas których główny bohater mozolnie odsiewa kłamstwa od prawdy. Nie ma w tej powieści brawurowych pościgów czy scen walki (no dobrze, Piotr raz dostaje gonga). A mimo to emocje i napięcie w fabule wciąż narastają. Z każdą stroną. I tak jest aż do finału. Nie jest łatwo uzyskać taki efekt w thrillerze, a jednak Małeckiemu ta sztuka się udała.
    Być może najważniejszym dla mnie atutem Najsłabszego ogniwa jest to, że wpisana w powieść intryga nie jest wydumana. Naprawdę coś podobnego mogło się zdarzyć każdemu z nas. Ktoś zostaje wplątany w nieprzyjemną, kryminalną aferę, ktoś inny próbuje mu na własną rękę pomóc. I oczywiście sprawa szybko zaczyna się komplikować a misterny, na pozór sensowny i skuteczny plan, okazuje się jedną, wielką porażką. Naszą prozę kryminalną zalewają powieści rozwijające schematyczne, krwawe historie bardzo słabo osadzone w realiach. Ich autorzy prezentują w nich taką wiedzę o naszej rzeczywistości, jaką ma – dla przykładu – premier Morawiecki o cenie chleba. Historia, z którą Małecki przychodzi do nas, jest mocno wpisana w nasze „tu i teraz”, co tylko podbija, wzmacnia i ubarwia przedstawianą przez autora historię.
    Wreszcie – nowa powieść autora z Torunia jest nie tylko historią zaginięć, ale również opowieścią o mechanizmach kłamstwa. Wszyscy (prawie wszyscy) bohaterowie Najsłabszego ogniwa kłamią, zatajają prawdę albo milczą wtedy, kiedy należałoby mówić. Podobnie jak my wszyscy (tak sądzę, choć mogę się mylić). Robią tak z różnych powodów, często niby szlachetnych (Szlachetne kłamstwo? Oki, może trochę przeginam.) Małecki między innymi opowiada w nowej powieści o tym, że jedno kłamstwo zazwyczaj pociąga za sobą kolejne, a kumulacji kłamstw nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. Że niby najstraszniejsza prawda lepsza jest od najlepszego kłamstwa? Tak, wydaje się to trywialnym twierdzeniem, jednak warto o nim przypominać. Szczególnie w naszych, ponurych czasach, w których mamy coraz większe problemy z odróżnieniem prawdy od kłamstwa.
    W recenzjach naszych kryminałów czy thrillerów często natykam się na frazę – „Polski… (tu pojawia się nazwisko jakiegoś głośnego pisarza z zagranicy)”. Nie przepadam za takimi porównaniami. Jednak Małecki, składając swój pisarski hołd Cobenowi, niejako zachęcił do tego rodzaju porównań i zestawień. Chce? To proszę – myślę, że Harlan Coben spokojnie mógłby się pod Najsłabszym ogniwem podpisać.
    
 

poniedziałek, 31 maja 2021

 


 Nadzwyczaj uroczy seryjny


Przemek Corso, Serca twego chłód, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2021, s. 452.


    Od ładnych kilku lat unikam książek, których głównymi bohaterami są seryjni mordercy, ponieważ zwyczajnie zaczęły mnie nudzić. Albo nawet irytować. Tym bardziej że ostatnio ponad miarę rozpleniły się w naszej prozie niezwykle brutalne kryminały czy thrillery z postaciami psychopatycznych seryjnych morderców, nieodmiennie reklamowane przez wydawców sloganami typu: „opowieść o prawdziwej naturze zła”. Wolne żarty! W ogóle nie jestem pewien, czy da się ująć istotę natury zła w słowa, a jeśli nawet – to na pewno nie w prozie fabularnej. Kończy się więc na tym, że powstają powtarzalne i przewidywalne do bólu historie, w których (z grubsza) chodzi o to, żeby przedstawić jak najwymyślniejsze sposoby mordowania i wylać hektolitry krwi. Kiedy więc na czwartej stronie powieści Przemka Corso odczytałem ni mniej, ni więcej, że „Kuba jest bezwzględnym seryjnym mordercą”, pomyślałem: No f..king way, nie czytam. Jednak wiedziony niezrozumiałym dla mnie  impulsem czytać zacząłem… I w sumie nie żałuję.
    Kuba jest wysokofunkcjonującym, niezwykle inteligentnym, pozbawionym emocji psychopatą. Pracuje w korporacji na stanowisku dyrektorskim, świetnie zarabia i ma - przynajmniej jego zdaniem - udane małżeństwo. A poza tym od młodych lat realizuje swoje prywatne, skryte „projekty”, czyli morduje ludzi, zwykle w taki sposób, aby śmierć wyglądała na taką z przyczyn naturalnych. Robi to na zimno, morderstwa drobiazgowo planuje i długo się do nich przygotowuje, więc jest praktycznie niewykrywalny. Poza Kubą jest w powieści Corso kilka innych ważnych postaci, powiązanych z nim więzami rodzinnymi: Justyna, jego przecudnej urody żona, gwiazda Instagramu, szwagier Andrzej, upadły, straumatyzowany policjant, który pije, ćpa i wpada w spiralę niespłacalnych długów, żona szwagra… Kuba kontroluje każdy aspekt swojego życia, tyle tylko że pozostaje w bliskich relacjach z ludźmi, których – jak się okazuje – nie da się do końca „zaprogramować”, nawet jeśli ma się niezwykłe umiejętności manipulacji. I to bliscy ściągają na Kubę problemy, tym bardziej że w Warszawie pojawia się kolejny seryjny morderca, który rzuca mu wyzwanie.
    Historia, którą wymyślił Corso, nie jest oczywiście odkrywcza, bo opowieści o fascynujących, na swój sposób uroczych psychopatach było już w literaturze (a i w filmie czy serialach) całkiem sporo. Została jednak przez autora zgrabnie podana, a do tego jest w niej pewien smaczek. Kuba jest bohaterem dynamicznym, ponieważ zmienia się – ku swojemu wielkiemu zdziwieniu. Na wieść, że jego idealna żona, którą zdawał się w pełni kontrolować, zdradziła go, Kuba zaczyna odczuwać emocje (gwałtowne), z którymi na początku nie umie sobie poradzić. Do pewnego stopnia Serca twego chłód jest powieścią o wchodzeniu w świat emocji przez człowieka, który wcześnie nie odczuwał emocji albo nie był z nimi skomunikowany, co samo w sobie jest ciekawe od strony psychologicznej.
    Akcja w Serca twego chłód jest porządnie skrojona, wartka, sporo w niej zwrotów akcji, jednak wydaje mi się, że w gruncie rzeczy opiera się nie na tzw. dzianiu się, ale rozmowach poszczególnych postaci, które często przyjmują formę swoistych pojedynków na słowa, mających na celu zdominowanie rozmówcy albo zmuszenie go do mówienia prawdy (prawie wszyscy bohaterowie powieści mają swoje duże albo małe tajemnice). Lubię tego rodzaju rozwiązanie fabularne, wybijające dialogi na plan pierwszy, szczególnie w przypadku powieści, w których istotne są wątki psychologiczne. W powieści Corso jest tego rodzaju dialogów sporo i zazwyczaj autor dobrze sobie z nimi radzi. Czasami jednak (na przykład w rozmowie Kuby z Andrzejem na stronach 233-243) Corso pozwala swoim bohaterom na nadmierne gadulstwo, co raz, spowalnia akcję, dwa, często pojawiają się w nich informacje i kwestie wcześniej znane czytelnikowi. Myślę, że część z tych dialogów można by – z korzyścią dla tekstu – skrócić i podrasować.
    Jest jeszcze kwestia mroku w Serca twego chłód, czy raczej mroku, bo taki (wyboldowany) zapis konsekwentnie stosowany jest w powieści. Kubę otacza, spowija mrok, czyli rodzaj objawionego czy upostaciowanego zła, które steruje nim i poniekąd go chroni. Bohater ma świadomość, że ów mrok ciągle z nim, obok niego jest. Co więcej, są ludzie, jak Andrzej i jedna z jego córek, którzy ten mrok widzą i to wcale nie „oczyma duszy”. Mniejsza nawet o to, że cały wątek mroku trąci mi tanim mistycyzmem, ale do tego niesie zbędnym naddatek znaczeniowy. Inaczej rzecz ujmując, i tak wiem, że Kuba jest zły i zło rozplenia, więc nie potrzebuję do czytelniczego szczęścia, by otaczała go realna mroczna aureola. Ja bym z tego motywu zrezygnował, ale tak to sobie Corso wykombinował, więc tak ma. Przechodzę nad tym mrokiem vel mrokiem do porządku dziennego podobnie jak nad wielorybami, które unoszą się nad miastem, w niektórych książkach Szczepana Twardocha. Choć pewnie niektórych czytelników może to nieco drażnić.
    Trochę powydziwiałem na powieść Corso, co nie zmienia faktu, że moim zdaniem jest to (szczególnie w kategorii opowieści o psychopatycznych seryjnych mordercach) jeden  z ciekawszych thrillerów, które ostatnio czytałem. A do tego jest naprawdę solidnie językowo i z zachowaniem reguł gatunku napisany. Cóż, czekam na więcej.
    
 

piątek, 21 sierpnia 2020

Robert Małecki, Żałobnica

 

 

Kobieta spękana


Robert Małecki, Żałobnica, Wydawnictwo Czwarta Strona, Poznań 2020, s. 383.


    Nowości! Po trzykroć nowości! Taki początek recenzji nowej powieści Roberta Małeckiego, zatytułowanej Żałobnica, aż cisnął mi pod palce stukające w klawiaturę komputera. Po trylogii sensacyjnej oraz trzech tomach udanej serii kryminałów z komisarzem Grossem (smakoszem kanapek z pasztetem) autor z Torunia postanowił sprawdzić się w nowym gatunku – thrillerze psychologicznym. Poza tym Małecki po raz pierwszy w centrum opowieści ustawił kobietę, trzydziestotrzyletnia Annę, która jest zarazem główną bohaterką, jak i narratorką Żałobnicy. Bo wreszcie – Małecki pierwszy raz napisał powieść w narracji pierwszoosobowej (kto próbował, wie, że to nie lada jaka sztuka…). Wielu autorów prozy gatunkowej wymyśla jednego bohatera i jeden schemat fabularny, a później powiela je w kolejnych powieściach (aż do znudzenia siebie samych albo czytelników). Oczywiście, rozumiem takie podejście, bo przecież jest spora grupa odbiorców literatury lubiących czytać książki, które już znają. Osobiście zdecydowanie bardziej cenię pisarzy poszukujących, testujących własne możliwości w rozmaitych gatunkach czy formach literackich. Małecki do nich bez wątpienia należy. I chwała mu za to!
    Dobrze, ale miało być o Żałobnicy… Prawdę powiedziawszy, na początku było mi dosyć trudno wkręcić się w lekturę nowej powieści Małeckiego, głównie przez rwany, nerwowy rytm narracji, w której sporo jest bardzo krótkich, często jednowyrazowych akapitów. Nie przepadam za taką formą pisania, ale szybko załapałem, że stoi za tym celowy zamysł autora. W ten sposób – nie wprost – Małecki charakteryzuje główną bohaterkę. Kobietę spękaną.
    Jak dla mnie kreacja Anny jest najmocniejszym punktem powieści. Małecki stworzył skomplikowaną, pogłębioną i niejednoznaczną postać kobiecą. I do tego zwyczajnie ciekawą, której losy chce się poznać. Punktem wyjścia fabuły jest śmierć męża oraz pasierbicy Anny w wypadku samochodowym na przejeździe kolejowym. Co zmusza bohaterkę do gruntownej zmiany własnego życia i zmierzenia się z demonami przeszłości (są i takowe). Do tego znika dróżniczka odpowiedzialna za wypadek, a Anną zaczyna się interesować policja (dokładniej pewna policjantka, swoją drogą, też dobra postać drugiego planu). Pomijając traumatyczną sytuację, w której znajduje się Anna, sama w sobie jest, jako się rzekło, spękana. Albo rozchwiana, jak kto woli. Na pozór dobra, kochająca żona, która ma jednak swoje za uszami. Kłamczucha, która nie umie kłamać. Na zewnątrz sprawiająca wrażenia zimnej, w środku wulkan emocji. Kobieta z tajemnicą (a nawet kilkoma). Więcej nie mogę zdradzać. I tylko jeszcze drobna uwaga na marginesie – często piszący mężczyźni mają spore problemy z kreowaniem kobiecych bohaterek. Na pewno jednak nie Małecki.
    Fabuła Żałobnicy poprowadzona jest sprawnie, choć autor ułożył ją w dużej mierze z czytelnych, ogranych schematów i motywów. O wypadku samochodowym już wspominałem, a do tego jeszcze – dla przykładu – ważnym wątkiem w powieści jest historia trudnej przyjaźni dwóch nastolatek. Ostatnimi laty historii przyjaźni nastolatków i ich rozlicznych traum było wiele tak w powieściach, jak i choćby serialach, więc reaguję na nie napadami ziewania. Poza tym jak dla mnie w zakończeniu Żałobnicy napięcie zamiast rosnąć, malało. Ale może to jedynie mój problem, bo nastawiłem się na fajerwerki, które nie wybuchły. Ale cóż, od takiego autora jak Małecki wymagam trochę więcej.
    Czytałem już tu i ówdzie, że Żałobnica jest najlepszą powieścią Małeckiego. Nie zgodzę się z tym twierdzeniem, bo jak na mój gust lepsza jest choćby Skaza. Co nie zmienia faktów, że w nowej powieści pisarza z Torunia jest świetna główna bohaterka, bardzo dobry tytuł i sprawnie poprowadzona opowieść. Żałobnicą Małecki potwierdził, że ma ewidentny dryg do pisania thrillerów. I że nie brakuje mu świeżych pomysłów. Jeśli postanowi dalej pisać thrillery, sądzę, że stworzy świetne teksty. Czego Małeckiemu z serca życzę.
 

czwartek, 26 lipca 2018

Zbawcy pszczół


Peter May, Na Szlaku Trumien, przeł. Lech Z. Żołędziowski, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2018, s. 381.

    Trylogia Wyspa Lewis Petera May'a, której akcja rozgrywa się na Hebrydach Zewnętrznych, jest - jak dla mnie - jedną z najlepszych serii kryminalnych ostatnich lat. Dostarczyła mi naprawdę wiele lekturowych przyjemności. Później szkocki pisarz postanowił porzucić w swoim pisaniu smagane wichrem i deszczem, malownicze wyspy, które opisywał z niezwykła wrażliwością, wręcz czułością, umieszczając akcję kolejnych książek w innych miejscach i pejzażach. Powieści Wyspa powrotów i Na gigancie nie były wprawdzie złe, ale ledwie średnie, co w przypadku pisarza, który zawiesił sobie poprzeczkę bardzo wysoko, sprawiło mi spory zawód. Dlatego wcale nie zdziwiłem się, że May postanowił powrócić na Hebrydy. Mimo iż powieść Na Szlaku Trumien nie jest bezpośrednią kontynuacją trylogii, czuć w niej jednak, by tak rzec, ducha tej serii.
   Jak to zwykle u szkockiego pisarza bywa, nowa powieść jest gatunkowym miksem, któremu najbliżej jest chyba do thrillera ekologicznego. Fabuła Na Szlaku Trumien (tytułowy szlak, to droga, którą w dawnych latach mieszkańcy wyspy Lewis przenosili zmarłych, by pochować ich w głębi wyspy tam, gdzie były warunki do pochówku) zbudowana została na wyrazistym, często stosowanym w prozie spod znaku zbrodni schemacie: utracie pamięci przez głównego bohatera. Sponiewierany, ledwie żywy mężczyzna odzyskuje przytomność na plaży. Wie, że stało się coś strasznego i że cudem uniknął śmierci, jednak nie pamięta, co się się stało, ani kim jest. Stopniowo dowiaduje się (od innych), że nazywa się Neal Maclean i przyjechał na wyspę Harris, by pisać książkę. Ukrywając fakt utraty pamięci, stara się dociec, kim jest. Musi się spieszyć, bo wokoło niego robi się coraz niebezpieczniej. Na pobliskiej wyspie został zamordowany mężczyzna. Neal ma niejasne odczucie, że miał z tą zbrodnią coś wspólnego. Poza tym ktoś dybie na jego życie.
    W schemat bohatera pozbawionego pamięci wbudowana została historia proekologiczna, znowu - ogrywana już dosyć często w prozie kryminalnej czy sensacyjnej. Wielki koncern chemiczny wprowadził do sprzedaży środek ochrony roślin, który niszczy populację pszczół, choć miał być dla owadów nieszkodliwy. Grupa zaangażowanych naukowców potajemnie prowadzi badania, które mają udowodnić, że środek zabija - choć nie od razu - pszczoły i powinien zostać bezwarunkowo wycofany z rynku.
    Jak już wspominałem, May zbudował nową powieść na czytelnych, zgranych schematach, jednak autorowi tak udało się poprowadzić opowieść, że nie miałem odczucia, że czytam powieść przewidywalną. W wątku utraty pamięci May zastosował podwójny twist, dzięki czemu napięcie w całej historii utrzymuje się niemal do ostatniej strony. Także wątek eko szkocki pisarz ustawił trochę inaczej niż to zwykle bywa w tego rodzaju książkach. Najczęściej dominuje w nich czarno-biały schemat: pazerne korporacje są złe, ekolodzy dobrzy i nieustępliwi do tego stopnia, że zawsze tryumfują. May domieszał do tego tematu więcej szarości. Oczywiście, w Na Szlaku Trumien korporacja jest nieodmiennie zła i pazerna, jednak druga strona nie jest wcale krystalicznie czysta, bo ideały, jak to ideały, czasami przegrywają z kuszącą wizją góry pieniędzy.
    Podobnie jak we wcześniejszych powieściach "hebrydzkich" w nowej powieści May'a pojawiają się wątki poboczne, jednak ściśle wplecione w główny tok fabuły. Jest więc w niej historia sprzed lat: latarników z niezamieszkałej wyspy, którzy zniknęli bez śladu w niejasnych okolicznościach. A także historia nastolatki, która nie umie się pogodzić ze śmiercią ojca i pogrąża się w destrukcyjnym buncie. Już w powieści Na gigancie May pokazał, że umie w pogłębiony i poznawczo interesujący sposób ukazywać perypetie nastolatków. Ten wątek obyczajowy w Na Szlaku Trumien dodaje opowieści dodatkowego smaczku.
    May wrócił na wyspę Harris. I dobrze, bo wrócił też do świetnej formy pisarskiej. Wprawdzie akcja nowej powieści May'a nie jest nazbyt chyża ani krwawa, ale przecież nie tego szukam od jakiegoś czasu w prozie szkockiego pisarza. A zatem czego? Psychologicznych subtelności, historii outsiderów, którzy zawsze idą pod prąd, malowniczych opisów przyrody czasami strasznej i groźnej, czasami niewyobrażalnie pięknej. Do tego dochodzi jeszcze wysublimowany styl tej prozy. Czegóż chcieć więcej?