Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 czerwca 2024

Paweł Ślusarczyk, Umarli mówią ciszej


 

Nie taka znowu komedia
 

Paweł Ślusarczyk, Umarli mówią ciszej, Wydawnictwo Dlaczemu, Warszawa 2024, s. 384.


    Komedii kryminalnych jest w naszej literaturze naprawdę dużo, a będzie zapewne jeszcze więcej, ponieważ jest to jeden z popularniejszych ostatnio nurtów w prozie kryminalnej. Najczęściej odbijane są one z jednej powieściowej sztancy, ale na szczęście zdarzają się autorzy, którzy próbują trochę „pobawić” się z tą konwencją. Jak na przykład Paweł Ślusarczyk.  

    W powieści Umarli mówią ciszej Ślusarczyk stworzył właściwie autorską wariację na temat komedii kryminalnej. Akcja powieści rozgrywa się na dwóch planach czasowych. W roku 2015 policjanci z Leska zajmują się sprawą śmierci starszej kobiety, która początkowo uznana zostaje za zgon z przyczyn naturalnych, jednak koniec końców okazuje się, że kobieta padła ofiarą zabójstwa. Retrospekcje z roku 2006 ukazują problemy wychowanków zakładu poprawczego w Przemyślu, którzy są ofiarami różnych form przemocy i opresji ze strony jednego z wychowawców. Warstwa komediowa obecna jest w wątku współczesnym, tak w kreacjach bohaterów, jak i w toku wydarzeń śledztwa. Zaś problemy trudnej, acz zagubionej młodzieży, która zmaga się z traumami wywołanymi przez niezrozumiałą dla nich, ciągle eskalującą przemoc, której nie są w stanie się przeciwstawić, przedstawiane są bez rysu komediowego.  

    Autorzy komedii kryminalnych zazwyczaj stawiają na jedność i konsekwencję tonu w swoich powieściach, czyli – inaczej rzecz ujmując – tak konstruują fabułę tekstu, by była lekka i zabawna od początku do końca. Ślusarczyk postawił na przełamanie tonu. Zabawne perypetie osób prowadzących śledztwo, bądź z nimi związanych (na przykład podkomisarza Janusza Konkola, którego dręczą rozmaite natręctwa i który kiepsko radzi sobie z najprostszymi czynnościami życiowymi, ale za to jest skutecznym policjantem), zestawione zostały z poważnymi problemami młodzieży w zakładzie. Przełamanie tonacji w komedii kryminalnej Ślusarczyka jest jak dla mnie największym atut tej powieści. 

    Warto zwrócić uwagę na główne miejsce akcji powieści Umarli mówią ciszej, czyli Bieszczady, które wciąż jeszcze nie tak znowu często pojawiają się nie tylko w polskiej prozie gatunkowej, ale w ogóle w pisanych obecnie powieściach. Ślusarczyk stara się przybliżyć czytelnikowi specyfikę tego miejsca, ukazuje ciekawostki takie jak wypał, czyli miejsce, gdzie wypala się węgiel drzewny, unikając przy tym „przewodnikowej” szczegółowości i dosłowności. 

    Jeśli ktoś szuka w ogromnej masie rodzimych kryminałów nowych nazwisk i nowych pomysłów na kryminalne fabuły, koniecznie powinien sięgnąć po książkę Ślusarczyka. Są w niej i wyraziści bohaterowie, jest intryga przykuwająca uwagę, i ważny temat społeczny na dokładkę. A do tego – oczywiście Bieszczady. Może by tak więc na jakiś czas rzucić wszystko i przenieść się wraz z bohaterami kryminału Ślusarczyka w Bieszczady… Kto tak zrobi, jak sądzę, nie pożałuje.

 

wtorek, 5 grudnia 2023

 


 On, ona czy kokos?


Joanna Jodełka, Zabójstwo w kraju uśmiechu. Thai crime, Wydawnictwo Harde, Warszawa 2023, s. 381.


    Pewnie już o tym wspominałem, ale co mi szkodzi powtórzyć (ludziom w moim wieku nie takie rzeczy się chyba wybacza). Lubię kryminały polskich autorów z akcją w obcych krajach. Prawdopodobnie w pewnym stopniu dlatego, że sam lubię wysyłać bohaterów powieści kryminalnych za granicę. Takiemu Konradowi Rowickiemu zafundowałem wakacje w Grecji (Śmierć last minute), a teraz bohatera serii śląskiej wysyłam do Hiszpanii (o tem potem…). Nic więc dziwnego, że zelektryzowała mnie informacja, że Joanna Jodełka napisała krymi z akcją w Tajlandii. Raz, że to Jodełka, czyli zdobywczyni Nagrody Wielkiego Kalibru, autorka niebanalnych kryminałów i thrillerów. Dwa, że Tajlandia… I nie, nie mam specjalnej jazdy na egzotyczne wypady (okolice Morza Śródziemnego w zupełności mi wystarczają). Moje napięcie nieco spadło, kiedy z opisu książki dowiedziałem się, że intryga wygląda trochę w stylu „zagadki zamkniętego pokoju”. A przesadnym fanem dzieł Agathy Christie nie jestem…
    Czyli jest trup, bo jakże by inaczej być mogło w kryminale. Leciwy Polak, od pewnego czasu podróżujący po Azji, ginie w niejasnych okolicznościach. Jego była żona chce się dowiedzieć, co z nim się zdarzyło. A że jest majętna, organizuje akcję, by na pewnej odludnej wyspie spotkali się ludzie, z którymi jej eks niedawno miał kontakt. Wyspa, Christie, latające węże… I kolejny trup. Później jest tylko ciekawiej.
    Akcja w powieści Jodełki jest szybka, ale nieprzesadnie. Zdarzają się pościgi tuk tukami. W gruncie rzeczy jest to po trosze komedia kryminalna, po trosze powieść podróżnicza. Autorka ma naprawdę dar do oddawania egzotycznych klimatów, co nie dziwi, bo sama często tam bywa. Dodatkowym plusem intrygi jest to, że każdy z podejrzanych jest z innego kraju i innej bajki (bańki z social mediów też). Jodełka sprytnie bawi się stereotypami tyczącymi różnych narodowości, co przydaje powieści swoistego czaru. Do tego naprawdę potrafi w kilku celnych akapitach oddać specyfikę opisywanych miejsc tak, że prawie czuje się ich zapachy, widzi kąt padania słońca i słoną bryzę podczas jazdy szybką łodzią.
    Jest więc w Zabójstwie w kraju uśmiechu zmyślna intryga, jest więc dobrze oddany koloryt lokalny (bonus dla znawców polonistycznego slangu) a i jest nie byle jaka postać drugiego planu. Uwielbiam takich nieoczywistych bohaterów, więc czekałem z utęsknieniem na sceny z grubym Chińczykiem. Bardzo grubym.
    Jodełka napisała kryminał nieoczywisty, ale warty uwagi. Pewnie nie przypadnie on do gustu tym, którzy lubią w powieściach kryminalnych liczne opisy makabry, flaki na wierzchu i psychopatycznych psychopatów. Nikt jednak nie umie opisać kokosa jak Jodełka… Który mimo wszystko nie zabił, ale mógł osłabić. Czytajcie Jodełkę, bo nikt inny was tak nie zaskoczy.
 

wtorek, 14 listopada 2023

Agnieszka Graca, Czarny Poniedziałek

 


 

Debiutancki sztos


Agnieszka Graca, Czarny Poniedziałek, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2023, s. 384.


    Właściwie pisząc o kryminale Agnieszki Gracy, trudno żebym nie zaczął od kwestii debiutu. Tak, oczywiście, pisałem już na ten temat, ale z chęcią i pełnym przekonaniem powtórzę jeszcze raz: Czarny Poniedziałek jest debiutem, który wprost wywalił mnie z obuwia. Prawdziwy debiutancki sztos! I tak, przyznam, że nastawiałem się na to, że Graca przyjdzie wreszcie do czytelników z nie lada jakim tekstem – ciekawym i dopracowanym, bo śledziłem jej wcześniejsze pisanie (autorka ma na koncie całkiem sporo opowiadań). Tyle tylko że przyszło mi (nam, czytelnikom) na pierwszą powieść Gracy czekać długie lata. Myślę jednak, że wyszło to tej książce na dobre. Podobnie zresztą jak w przypadku innej autorki, Anny Rozenberg, który całkiem niedawno z przytupem weszła na scenę kryminalnego pisania, chociaż też sporo się naczekała. I tak na marginesie – wydaje mi się, że wielu autorów kryminałów (szczególnie tych młodych) naprawdę powinno się dziesięć razy zastanowić, czy koniecznie muszą i szybko pisać, i szybko debiutować. Czasami efekty takich szybkich debiutów bywają żałosne.
    Prawdę powiedziawszy, kiedy czytałem Czarny Poniedziałek, z każdą stroną coraz szerzej się uśmiechałem. Trudno, żeby powieść Gracy nie przypadła mi do gustu, skoro mamy, jak się okazało, bardzo podobne pomysły i patenty na pisanie prozy kryminalnej. U Gracy intryga budowana jest wokół samobójczej śmierci Ewy Zielińskiej, który wyskoczyła z balkonu swojego mieszkania na ósmym piętrze. W moim pierwszy kryminale, który napisałem samodzielnie, czyli w Zginę bez ciebie, również bardzo istotny jest wątek samobójstw kobiet. U Gracy głównymi bohaterami jest dwójka prywatnych detektywów, którzy mają biuro na krakowskim Kazimierzu. Jeden z moich bohaterów, Konrad Rowicki, też koniec końców zostaje prywatnym łapsem i ma biuro ledwie kilkaset metrów od siedziby Igi Bagińskiej i jej kumpla. Graca ma dryg do konstruowania ciekawych, pogłębionych psychologicznie postaci kobiecych. Moi czytelnicy często mnie chwalę, że umiem powołać do życia bohaterki, które przykuwają uwagę. A wreszcie rzecz dla mnie najistotniejsza… Lata temu opisałem formułę kryminału+ (dla jasności – było to na długo przed tym, jak rządzący z PiS-u dodawali + do czego tylko się dało). Rzecz ujmując w skrócie, opisywałem nią polskie powieści kryminalne, w których równie istotne jak zagadka kryminalna była warstwa obyczajowa, społeczna, polityczna czy psychologiczna. Sam piszę tego rodzaju kryminały i tak samo czyni Graca. Odnoszę wrażenia, że w Czarnym Poniedziałku czyni to z większą pasją i wnikliwością niż ja. Nie ukrywa swoich poglądów i opinii, piętnuje rozmaite bolączki i problemy codzienności, skupiając uwagę przede wszystkim na rozmaitych działaniach opresyjnych wobec kobiet. Nie przez przypadek akcja powieści startuje w 2016 roku tuż po krakowskim Czarny Proteście. I to właśnie współczesne problemy (rozmaitej natury) kobiet znajdują się w centrum uwagi Gracy.
    Warte podkreślenia jest, że Graca problemy kobiet ukazuje w sposób pogłębiony i zniuansowany. Nie ma w tej powieści czarno-białego obrazu, w którym któraś z płci byłaby zdecydowanie dobra lub zdecydowanie zła. Inaczej rzecz ujmując, opowieść Gracy jest bliska życiu. Jest w powieści cała galeria bohaterek pierwszego i drugiego planu. Każda jest jakaś, ma wyrazisty rys charakterologiczny i własne problemy oraz traumy, z którymi musi się mierzyć. Tym bardziej że w wielu przypadkach są one uwikłane w skomplikowane relacje z innymi, mniej lub bardziej bliskimi ludźmi. Bagińska zmaga się z narastającym kryzysem w małżeństwie. Zielińska, jak się okazuje podczas śledztwa, miała kłopoty z budowaniem trwałych związków z innymi oraz ekspresją własnej seksualności. Na pozór szczęśliwe żony i matki też mają swoje słabostki i głęboko skrywane tajemnice. Graca nie podpowiada czytelnikom łatwych rozwiązań i ocen ludzkich relacji, każdy może sobie odczytać historię, z którą przychodzi do niego autorka, jak chce. Dla mnie Czarny Poniedziałek jest między innymi opowieścią o relacjach międzyludzkich jako źródle cierpień (mniejszych lub większych).
    Debiutancki kryminał Gracy jest wielowątkowy i wieloznaczny. Nie zawahałbym się nawet przed stwierdzeniem, że wprost skrzy się od subtelnych znaczeń. A przy tym jest świetnie skonstruowany, co jeśli chodzi o współczesne polskie kryminały (i mam tu na myśli nie tylko debiuty…) nie jest wcale regułą. Każdy wątek czy motyw jest w tej powieści po coś, nie ma w jej fabule „wolnych przebiegów”, stron nabijanych tylko dla objętości książki. Graca zadbała, żeby warstwy fabuły były spójne, do tego nie dość by ze sobą współgrały, ale i wzajemnie się wzmacniały. Podam jeden przykład. Akcja powieści rozgrywa się jesienią w Krakowie. Pogoda jest paskudna, często pada deszcz, miasto zasnute jest albo mgłami, albo smogiem. To właściwie oczywisty patent z kryminałów (także filmowych) noir, ale doskonale komponuje się z mroczną, a momentami melancholijną tonacją fabuły.
    Nie byłbym sobą, gdybym się jednak do czegoś w Czarnym Poniedziałku nie przyczepił. Jak na mój gust w tej otwierającej serię powieści Graca trochę za mało miejsca poświęca współpracownikowi Bagińskiej. Jak na ekspozycję cyklu – powinno być go ciut więcej. Bez wątpienia jednak Graca przedstawi go bliżej w kolejnej powieści z tej serii, na którą już czekam, niecierpliwie obgryzając paznokcie. Mam cichą nadzieję, że długo czekał nie będę…


 

poniedziałek, 8 maja 2023

Robert Ostaszewski, Bartosz Wojsa, Swąd

 A teraz trochę prywaty na tym blogu, generalnie poświęconym książkom innych autorów - 


 

Swąd

Robert Ostaszewski, Bartosz Wojsa

 

Jedna rodzina, jeden straszny pożar, wiele tajemnic…

W Jastrzębiu-Zdroju, niewielkim górniczym mieście na Śląsku, dochodzi do tragedii. W pożarze domu ginie matka i czworo dzieci, przeżywają jedynie ojciec i najstarsza córka. Z pozoru oczywista sprawa trafia w ręce młodego prokuratora Artura Rogalskiego, który wraz z doświadczoną i niepokorną policjantką po przejściach rozpoczyna pogoń za prawdą. Kiedy okazuje się, że do wybuchu ognia doszło w zagadkowych okolicznościach, służbom po piętach zaczynają deptać dziennikarze, gotowi ujawnić makabryczne kulisy śledztwa.

Historia inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, które wstrząsnęły całą Polską.

Powieść jest dostępna w wersji papierowej, a także jako e-book i audiobook.

 

czwartek, 4 maja 2023

Katarzyna Gacek, Pies ogrodnika; Gra pozorów

 



 Kobiety rządzą!


Katarzyna Gacek, Pies ogrodnika, Wydawnictwo Znak, Kraków 2022, s. 446; Gra pozorów, Wydawnictwo Znak, Kraków 2023, s. 412.


    Ani się spostrzegłem a pojawiła się druga powieść Katarzyny Gacek z serii kryminalnej Agencja Detektywistyczna Czajka, więc co było robić, od razu rzuciłem się do lektury. Trudno, żeby było inaczej, skoro kryminały Gacek czytam właściwie od początku przygody autorki z tym gatunkiem, bardzo cenię jej poprzedni cykl z Magdą Borowską (W jak morderstwo, Zemsta ze skutkiem śmiertelnym, Śmierć na Zanzibarze) a pierwsza część nowej serii (Pies ogrodnika) była bardziej niż obiecująca. Nie zamierzam w tym tekście sztucznie budować napięcia, więc zdradzę moją opinię od razu – Grą pozorów Gacek udowodniła, że obecnie jest najlepszą autorką kryminałów obyczajowych w kraju. A jak dla mnie – spokojnie mieści się w dziesiątce najlepszych autorów kryminałów w ogóle.
    Dobrze, uspokoiłem własne emocje, więc mogę na chłodno przeanalizować, na czym zasadza się wartość prozy kryminalnej Gacek. Przyznam szczerze, że początkowo koncept, na którym Gacek zbudował nową serię powieściową, wydawał mi się ryzykowny. Bo jak zaczyna się Pies ogrodnika? Gaja Stawska odkrywa zdradę męża i całe jej życie, z mozołem odbudowane po traumie z przeszłości, rozpada się z hukiem. Chcąc, nie chcąc, bohaterka musi pozbierać się i znaleźć nowe cele. Skądś to znamy? Ależ oczywiście – od czasu sukcesu książek Katarzyny Grocholi schemat kobiety w średnim wieku, której wali się życie, grany był już w prozie tysiące razy. Gacek w dwóch powieściach serii jednak udało się ten zgrany schemat fabularny „przepracować” i odświeżyć, przede wszystkim dlatego że mocno trzyma się rzeczywistości (wrócę jeszcze do tego wątku) i nie tworzy kolejnej bajeczki ku pokrzepieniu strapionych kobiet (z obowiązkowym happy endem i pocałunkiem w deszczu). A jak zaczyna się historia detektywistycznej roboty Gai? Mieszkająca w Milanówku kobieta dosyć przypadkowo zostaje uwikłana w sprawę kryminalną, wpada na pomysł założenia agencji, chociaż nie ma pojęcia o tej robocie. A do tego dobiera sobie jako współpracowniczki dwie nieoczywiste osoby, czyli Klarę i Matyldę. Ta pierwsza jest byłą modelką o urodzie zniewalającej (prawie) wszystkich mężczyzn, młodą kobietą dosyć swobodnie podchodzącą do życia, obowiązków oraz… prawdy. Ta druga zaś pracownicą magistratu, szarą myszką, która spełnia się w opiece nad rodziną, gotowaniu i pomaganiu wszystkim, którzy jej zdaniem pomocy potrzebują. Koniec końców, tworzy się zespół śledczy, który jest nieoczywisty i działa w sposób niestandardowy i nie bez zgrzytów. Ale mimo wszystko skuteczny.
    Bez wątpienia kreacje trzech głównych bohaterek serii Gacek są mocną stroną obu powieści. Są wyraziste i oryginalne, ale przy tym psychologicznie prawdziwe i mocno osadzone w rzeczywistości, naszym „tu i teraz”. Inaczej rzecz ujmując, zmagają się z kłopotami i problemami, które dotykają wielu innych kobiet wokoło nas. Pewnie dlatego Gacek tak łatwo i z finezją rozwinęła wyjściowy schemat całego cyklu. Zresztą podobnie jest w przypadku bohaterów drugiego planu – dla przykładu miejscowego policjanta, antagonisty Gai, czy burmistrza Milanówka, szefa Matyldy. Każdy z nich jest jakiś i jest w fabule po coś.
    Gacek udała się rzecz tyle oczywista, co trudna do zrealizowania – wyciągnęła z podgatunków kryminału takich jak cosy crime, kryminał obyczajowy, komedia kryminalna i kryminał miejski wszystko co najlepsze i połączyła w spójną zarazem narracyjnie, jak i fabularnie całość. Jest więc w obu kryminałach Gacek dobrze oddana atmosfera małego miasta z całą jego specyfiką kulturowo-społeczną, jest rozbudowana warstwa obyczajowo-społeczne, ściśle spleciona z intrygą kryminalną. Jest w końcu spora dawka wysmakowanego i dobrze dawkowanego humoru. Gacek nie heheszkuje, jak niektórzy autorzy komedii kryminalnych, w co drugim akapicie, ale umie rozbawić czytelnika. I do tego bardzo umiejętnie stosuje humor sytuacyjny, który w naszych kryminałach nie pojawia się zbyt często.
    Jeśli chodzi o konstrukcję fabuł i intryg kryminalnych w powieściach Gacek, też trudno się do czegokolwiek przyczepić. Co akurat nie jest dziwne, ponieważ Gacek przeszła twardą i wymagającą szkołę pisania scenariuszy filmów i seriali. Mówiąc potocznie: w tych fabułach wszystko styka. Gacek tworzy intrygi trzymającej w napięciu a przy tym takie, które nie są wydumane. I potwierdza kolejnymi powieściami, że naprawdę można stworzyć świetny kryminał bez epatowania krwawymi zbrodniami i wciskania do niego kolejnego, odbitego z jednej, nudnej sztancy psychopatycznego mordercy. A wszystko to w dużej mierze dlatego, że – będę powtarzał do znudzenia – Gacek trzyma się rzeczywistości. A jak dla mnie – jest to najlepsze źródło inspiracji dla prozy kryminalnej.
    Jestem przekonany, że o prawdziwej wartości i potencjale serii kryminalnej decyduje druga jej część. Moim zdaniem Gra pozorów jest lepsza od Psa ogrodnika – bardziej zwarta fabularnie i z ciekawszą intrygą. Chociaż nie wykluczam, że drugą część bardziej mi „podeszła”, bo ważne miejsce zajmują w niej pewna pisarka i w ogóle nasz rynek książki. Ot, tak słabostka. A jeśli druga część cykle jest lepsza, jeśli widać wyraźny progres… Aż boję się pomyśleć, co Gacek wykombinuje w części trzeciej. Czekam w napięciu, obgryzając paznokcie do krwi.
 

wtorek, 31 stycznia 2023

Cyryl Sone, Krzycz, jeśli żyjesz

 


 Melanże w cieniu śmierci


Cyryl Sone, Krzycz, jeśli żyjesz, Wydawnictwo Znak, Kraków 2022, s. 535.


    Cyryl Sone to żaden Cyryl Sone a jedynie pseudonim, pod którym, jak się okazuje, ukrywa się czynny zawodowo prokurator, debiutujący literacko książką Krzycz, jeśli żyjesz. Od razu pomyślałem, że to ciekawe a i zarazem obiecujące dla powieści. O ile pośród rodzimych autorów kryminałów czy thrillerów jest całkiem sporo rozmaitej maści prawników, o tyle o prokuratorze piszącym prozę spod znaku zbrodni dotąd nie słyszałem (fakt, mogło coś umknąć mojej uwadze, bo wciąż pojawia rokrocznie ponad 400 tego rodzaju powieści w Polsce i trudno ogarnąć cały ten wielki stos). Poza tym postaci prokuratorów, jak mi się wydaje, są w naszych kryminałach traktowane po macoszemu (wiem, w moich powieściach kryminalnych wygląda to podobnie), a pisarze zdecydowanie wolą skupiać uwagę na postaciach policjantów, prywatnych detektywów czy też dziennikarzy. Kto więc, jeśli nie prokurator, nadaje się najlepiej, aby te lekkie zaniedbanie nadrobić?
    I fakt, w tej kwestii powieść Krzycz, jeśli żyjesz absolutnie mnie nie zawiodła. Współczesne realia pracy w Prokuraturze Rejonowej Gdańsk-Wrzeszcz oddane zostały przez Sone’a rzetelnie a przy tym ciekawie. Stosy zalegających spraw, praca pod ciśnieniem statystyk, które trzeba nakręcać, spanikowani przełożeni, różne gry i gierki personalne, rozmaitość problemów związanych ze współpracą z policją, jak i innymi służbami oraz specjalistami zaangażowanymi w dochodzenia. Po tym świecie oprowadzał mnie prokurator Konrad Kroon (inicjały KK, nawet zabawne…). Główny bohater powieści i całej planowanej serii jest intrygujący i obiecujący. Mężczyzna w średnim wieku, naznaczony traumą z przeszłości (na razie za wiele się o niej nie dowiedziałem, ale to w końcu pierwsza część serii). Przez kolegów uważany jest za wybitnego w fachu prokuratorskim, chociaż jego obecne motto mogłoby brzmieć: „tak mi się nie chce, tak bardzo nie chce”. Niegdyś sparzył się na trudnej sprawie i teraz nie zamierza robić kariery, nie zależy mu na awansie. Chce robić – rzetelnie – tyle, ile musi. I szlus. Kroon obdarzony jest niesamowitą intuicją śledczą, chociaż historia z Krzycz, jeśli żyjesz raczej tego nie potwierdza (może później prokurator się rozkręci). Na niwie prywatnej intrygujący jest związek Konrada z Zuzą, wziętą fotograficzką. Partnerka traktuje ich związek jako otwarty, co Konrad nie do końca akceptuje. Trwa w tej parze emocjonalno-psychologiczne przeciąganie liny, co przydaje postaciom dynamiczności. Najprościej rzecz ujmując, zwyczajnie byłem ciekawy ich kolejnych perypetii, wzlotów i upadków.
    Na zdecydowany plus zapisałbym temu debiutowi sposób ukazania miejsca akcji, czyli Gdańska. Sone doskonale zna to miasto, nie ma problemu z oddaniem w prozie jego klimatu, rytmu życia w nim. Autor uczynił z miasta niemal bohatera powieści – a to naprawdę sztuka.
    Wstępnie reasumując, czyli Krzycz, jeśli żyjesz jest dobrym debiutem powieściowym? Otóż jednak niekoniecznie. Bo jeśli chodzi o fabułę i intrygę kryminalną, zaczynają się schody (strome i poszczerbione). Punktem wyjścia intrygi jest ujawnienie w jednej z gdańskich rzeczek zwłok młodej kobiety, Weroniki. Wszystko wskazuje na to, że było to samobójstwo kobiety, która miała problem z depresją i narkotykami. I chociaż Kroon bada sprawę na prawo i lewo – wciąż wychodzi mu to samo: brak udziału osób trzecich. Tyle tylko że praktykujący w prokuraturze student prawa, Gustaw, odkrywa, że Weronika miała na ramieniu taki sam tatuaż jak on z napisem: Krzycz, jeśli żyjesz. Właśnie…
    W retrospekcjach pojawia się historia szalonego a i niebezpiecznego lata, jakie przeżył Gustaw. Ten przykładny student prawa, nieco spięty i bez właściwości spiknął się z paczką dwudziestolatków, bardzo różnych od niego statusem majątkowym, temperamentem czy pomysłem na życie. Sone w retrospekcjach dał długie ciągi opisów melanżów „na stoczni”, czyli w letnim imprezowym centrum Gdańska przy ulicy Elektryków. Alkohol, taniec, narkotyki, tani podryw (a wszystkiego naprawdę dużo). Jak dla mnie było tych imprezowych klimatów w powieści zwyczajnie za wiele. Bardzo nużyły mnie podczas lektury. Chociaż może zwyczajnie nie poczułem magii tego miejsca (byłem na Elektryków, ale miejsce nie zrobiło na mnie przesadnego wrażenia). W końcu, co tu kryć – to raczej rozrywki już dawno spoza mojej kategorii wiekowej.
    Oczywiście, wątek imprezowy ma w fabule znaczenie, bo służy wprowadzeniu postaci Julii, kluczowej dla całej intrygi. Ta bohaterka jest jak dla mnie najbardziej problematyczna w całej powieści. Młoda kobieta posiada niemal magiczną moc oddziaływania na innych, w tym na Gustawa, który zakochuje się w niej bez pamięci (nie on jeden). Jest opętana potrzebą wszelakich transgresji i bez trudu namawia znajomych na coraz bardziej dzikie i niebezpieczne akcje. Problem w tym, że autor nie za bardzo uzasadnia, skąd owa moc się bierze. Julia jest bardzo ładna, rzadko się odzywa, ma gdzieś wszelkie normy społeczne i lubi ryzyko. Czy to wystarcza? Moim zdaniem nie i absolutnie nie kupuję tej bohaterki.
    Moim zdaniem wątpliwa konstrukcja postaci Julii ma wpływ na całą intrygę. Jak najbardziej negatywny. Gustaw jest przekonany, że Julia przyczyniła się do śmierci Weroniki, opowiada o tym każdemu, kto tylko chce słuchać. Tyle tylko że w żaden sposób nie potrafi tego udowodnić. I powoli pozwala zagarnąć się obsesji związanej z tą kobietą. Co więcej – Julia nie tylko ma moc (trudno rzec skąd i naprawdę jakiego rodzaju), ale do tego jest enigmą. Kiedy Julia znika z radarów imprezowego towarzystwa, okazuje się, że nikt nie ma pojęcia, jakie ma nazwisko, gdzie mieszka, co robi. Nie ma też z nią kontaktu, bo porozumiewała się z wszystkimi poprzez konto na Instagramie, które skasowała. I przez to akcja powieści przez kilkaset stron koszmarnie się wlecze. Gustaw rozpaczliwie i bezskutecznie szuka Julii, Konrad czeka aż powróci do niego słynna intuicja… A napięcie nieustannie spada. Rozwiązanie całej sprawy okazuje się raczej trochę przypadkowe, trochę w typie deus ex machina
    Cyryl Sone, jak na moje oko, powinien bardziej popracować nad konstrukcją powieściowych fabuł. Albo bardziej słuchać się redaktorów, bo może akurat w przypadku Krzycz, jeśli żyjesz za bardzo się nie słuchał. Nie mam pojęcia, czy tak było. Jednak pewnie dam autorowi jeszcze szansę i sięgnę po drugą część serii. Dlaczego? A choćby przez to że zaintrygował mnie sam Konrad Kroon a poza tym jak na debiut jest to powieść całkiem sprawnie napisana pod względem językowo-stylistycznym. Na razie musi mi to wystarczyć…
 

sobota, 14 stycznia 2023

Maciej Siembieda, Kołysanka

 


 Kopciuszek i Bestia


Maciej Siembieda, Kołysanka, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2022, s. 342.


    Do lektury Kołysanki Macieja Siembiedy przystępowałem z niejakim lękiem. Dobrze, może nieco przesadzam i dramatyzuję… Kilka miesięcy wcześniej pisarz wydał świetną powieść Katharsis – a przecież często bywa tak, że po takim „sztosie” przychodzi obniżka formy. W sumie – normalna sprawa. Jednak wziąłem sobie do serca znaną maksymę: „Nie lękajcie się!” i przeczytałem Kołysankę. Czy żałuję? Absolutnie nie, chociaż wciąż jestem zdania, że Katharsis pozostaje najlepszą powieścią w dorobku Siembiedy.
    Kołysanka jest piątą powieścią sensacyjną z serii o perypetiach prokuratora z IPN-u  Jakuba Kani. Od razu zaznaczę, że tak do końca nie jest to bohater mojej bajki (lekturowej). Może to kwestia takiego a nie innego rysu charakterologicznego Kani, może zwyczajnie jest jak dla mnie za spokojny i za grzeczny. Tak czasami mam z bohaterami prozy kryminalnej/sensacyjnej – i tyle. Co nie zmienia faktu, że dostrzegam i doceniam oryginalność tej postaci. Kania nie jest śledczym z klapkami na oczach, który ślepo wykonuje polecenia przełożonych, mimo iż pracuje w instytucji, działania której bywają – szczególnie w ostatnich latach – by tak rzec: momentami mocno kontrowersyjne. Sam siebie określa mianem „archiwisty” – i coś w tym jest. Kania należy do wytrawnych badaczy dokumentów i rozmaitych źródeł. Z uporem, cierpliwością i swoistym polotem wygrzebuje prawdę spod stert pokrytych kurzem papierów. Jest w tym zwyczajnie dobry.
    Tym razem Kania ma zbadać sprawę znanego rosyjskiego kompozytora muzyki klasycznej Arama Chaczaturiana (tak, tak, tego właśnie!), który tuż po wojnie przebywał na Śląsku Opolskim u boku NKWD. Czy brał udział w zbrodniach na Polakach i Ślązakach? Zdaniem przełożonych z IPN-u, gdyby Kania znalazł na to dowody, mogłyby one posłużyć jako „haki” potrzebne w trudnych kontaktach z Rosją. Prowadząc śledztwo, Kania trafia na ślad tajemniczego zapisu nutowego autorstwa (ponoć) bardzo znanego kompozytora. A to może okazać się większą rewelacją niż tajemnice przeszłości Chaczaturiana.
    Sprawa Chaczaturiana jest głównym wątkiem osnowy intrygi w Kołysance, na którym autor nanizał kolejne motywy i historie, mieszając (jak zwykle) fikcję z faktami. Bo czegóż w tej powieści nie ma? Jest niezwykle ambitna radna, który prowadzi bardzo ryzykowne interesy, jest aferzysta, szykujący przekręt na grube milion, i jest fascynująca historia zrujnowanego pałacu w Kopicach a nawet bogaty arabski szejk na dokładkę. W gmatwaninie spraw i wątków próbuje odnaleźć się Kania, nie bez wyraźnego trudu, tym bardziej że jego przeciwnicy rzucają mu kłody pod nogi. Zbyt wiele grzybów w (fabularnym) barszczu? Wcale nie, bo Siembiedzie udało się wszystkie wątki sensownie i ściśle posplatać. Chociaż co do jednego z nich miałem przez większość powieści spore wątpliwości. Chodzi o relację radnej Iwony Kern z jej mężem, która wydawała mi się nazbyt satyrycznie przerysowana. Jednak zaskakujące i w pewnym stopniu humorystyczne (chociaż humor to mocno czarniawy) zakończenie sprawiło, że owo satyryczne przegięcie nabrało przewrotnego sensu i znaczenia.
    Współczesna intryga w Kołysance ze związanymi z nią jakże realnymi problemami (choćby rodowitych Ślązaków opolskich, którzy niegdyś byli poniewierani przez Niemców, władze PRL-u czy repatriantów ze Wschodu, a i dzisiaj bywają uważani przez niektórych za – zacytuję „klasyka” – „ukrytą opcję niemiecką”) jest ciekawa, ale mnie w powieści absolutnie urzekła historia, którą autor umieścił w retrospekcjach. Pojawia się w niej autentyczna postać Karola Goduli (1781 – 1848), dzisiaj już praktycznie zapomniana. W XIX wieku był jednym z najmajętniejszych górnośląskich przedsiębiorców, właścicielem licznych kopalń, hut i majątków ziemskich. Był też postacią skomplikowaną i tragiczną, którego życie naznaczyła głęboka trauma. W młodości w wyniku brutalnego napadu Godula został poważnie okaleczony i oszpecony. Dzięki uporowi i inteligencji stanął na nogi, zaczął osiągać sukcesy. Na skutek traumy stał się jednak człowiek bardzo twardym, oschłym, stroniącym od ludzi. Nie przez przypadek nazywano go „diabłem z Rudy”. Jednak mimo wszystko zachował w sobie pokłady, rzadko odkrywanej, delikatności i czułości, czego dał dowód, przygarniając na wychowanie kilkuletnią dziewczynkę, Joasię Gryzik. Jest w historii relacji mrocznego, wzbudzającego lęk w ludziach Goduli i dziewczynki, która stała się dziedziczką fortuny przedsiębiorcy, coś z klasycznej opowieści o Kopciuszki, ale również innej – o Pięknej i Bestii. Moim zdaniem retrospekcje z Godulą i jego (bardzo nielicznymi) bliskim są najlepszymi fragmentami Kołysanki. Zwyczajnie widać, że Siembieda zafascynował się postacią Goduli i tę fascynację przełożył na fragmenty wybornej prozy.
    Wedle trywialnego powiedzenia – życie pisze najlepsze historie. Fakt, ale trzeba je jeszcze umieć opowiedzieć, przekładając na język prozy. Siembieda bez wątpienia potrafi to robić. Jak mało kto, co potwierdził w Kołysance.

    
 

środa, 5 października 2022

Andrzej Dziurawiec, Płonące ambony

 


 Smutno, smutno i jeszcze raz smutno

Andrzej Dziurawiec, Płonące ambony, Wydawnictwo Lira, Warszawa 2022, s. 427.


    Tak przed lekturą nowego kryminału Andrzeja Dziurawca Płonące ambony, jak i po niej, cisnęło mi się na usta wciąż jedno i to samo słowo – smutek. Skąd brały mi się te smutki mniejsze i większe?
Dziurawiec już wcześniej zapowiedział, że powieść zamknie historię Szuberta (tak o nim piszę, bo bohater nie znosi swojego imienia i praktycznie nim się nie posługuje), świetnego policjanta z Warszawy. I jak się okazało, jest to zakończenie z rodzaju definitywnych. Chyba że Dziurawiec dokona jakiejś spektakularnej wolty – jednak nie sądzę, by tak się stało.
    Smutno mi też było na początku dlatego, że trylogia z Szubertem właściwie nie doczekała się należnej uwagi i nie została w pełni doceniona. Przyczyny były zapewne złożone. Kolejne części trylogii ukazywały się nieregularnie – przypomnę, Bastard w 2013 roku, zaś Festiwal w 2017 a jej domknięcie dopiero po następnych pięciu latach. A życie książek na współczesnym, przeładowanym rynku jest bardzo krótkie, podobnie jak pamięć czytelników o nich. Cóż, wynikało to po części z takiego a nie innego rytmu pracy Dziurawca, ale też z kłopotami z wydawcami. A szkoda, bo to jedna z oryginalniejszych i lepiej napisanych trylogii kryminalnych ostatniej dekady. Inna sprawa – tak na marginesie – że obecnie akurat oryginalność i dobry styl nie są w naszej prozie gatunkowej przesadnie w cenie.
    Podczas czytania Płonących ambon też robiło mi się coraz smutniej, chociaż Dziurawiec zadbał o to, by było ciekawie i zupełnie inaczej niż w poprzednich częściach trylogii. Szubert jest już policyjnym emerytem i przenosi się do podlubelskiej wioski. Stara się wyremontować chałupę po dziadkach (z mizernym skutkiem), dużo czasu spędza z rozdokazywaną dożycą Welą, którą traktuje niemal jak dziecko, i próbuje jako tak poukładać swoje potrzaskane życie. Poznaje okolicę i miejscowych (nie nazbyt nachalnie). Do tego spotyka starego kumpla ze szkoły policyjnej, który mieszka niedaleko. I pewnie z wolna udałoby się Szubertowi dojść do ładu ze sobą i światem, ale koło niego rozpętuje się ciąg afer. Ekolodzy, którzy sprzeciwiają się stworzeniu zalewu, wchodzą w konflikt z miejscowymi. Zaczynają płonąć jedna po drugiej myśliwskie ambony. A do tego ktoś morduje ludzi związanych z wymiarem sprawiedliwości. Szubert nie z własnej woli zostaje wplątany w sprawę i w końcu – jak mawiał klasyk – nie chce, ale musi. Ponieważ historia, z którą Dziurawiec przyszedł do czytelników, jest smutna, więc łatwo się domyślić, że sprawa dla Szuberta nie skończy się dobrze.
    Aż mi szkoda, że piszę o kryminale i nie mogę zdradzić zbyt wiele, żeby nie spojlerować. Spróbuję jakoś wybrnąć z tej sytuacji… Dziurawiec porusza w Płonących ambonach istotne kwestie psychologiczne. Postać Szuberta jest wprawdzie zbudowana na typowym schemacie gliniarza, twardziela po przejściach, jednak została przez Dziurawca przełamana – by nie rzec połamana. Szubert świetnie radzi sobie w pracy, ale już w życiu prywatny zupełnie nie. Ten twardziel szczególnie niepewny i w gruncie rzeczy kruchy jest w relacja z bliskimi mu ludźmi. Ta jego właściwość mocno przeszkadza mu w odnalezieniu się na emeryturze, co wpędza go w samotność. Niby ją akceptuje, ale – jak się okaże – chętnie z niej zrezygnuje przy pierwszej okazji. A wtedy będzie bardzo podatny na zranienie. W szerszym aspekcie psychologicznym Dziurawiec zdaje w powieści pytania, ile ciosów jest stanie człowiek znieść. I czy idea budowania życia od nowa, tzw. nowego początku przypadkiem nie jest li tylko mrzonką, którą uspokajają nas psychoterapeuci, bo nie da się tak do końca odkreślić przeszłości grubą kreską. W powieściowym świecie Dziurawca sprawy częściej kończą źle niż dobrze. Jak mi się zdaje, jest to bliskie rzeczywistości – przynajmniej w moim jej rozumieniu.
    Dziurawiec w nowej powieści rozbudował tło obyczajowo-społeczne. I znowu, jak w przypadku kreacji głównego bohatera, wyszedł od powszechnego w kryminałach schematu, by go potem zmodyfikować. Jest więc w Płonących ambonach mała, lokalna społeczność, w której wszyscy się znają i są w jakiś sposób powiązani, ale jednak mają swoje tajemnice, do których nie chcą wracać a już na pewno nie chcą opowiadać o nich obcym. I są lokalne układy i układziki oraz miejscowi kacykowie, którym wydaje się, że mogą wszystko, bo i tak ujdzie im to na sucho. Dziurawiec wprowadza do tego schematu nowy wątek, wciąż jeszcze mało wykorzystywany w naszej prozie, jakim jest kwestia osiedlenia się ludzi z wielkiego miasta na wsi. A to przecież zjawisko w Polsce coraz częstsze. W tle historii kryminalnej Dziurawiec opowiada o kłopotach z adaptacją w lokalnej społeczności. Jest to zazwyczaj proces długotrwały, wymagający odrobiny otwartości z obu stron – otwartości, o którą czasami wcale nie jest łatwo – szczególnie w obecnych czasach. I także o tym jak mylne może się okazać tzw. pierwsze wrażenie.
    A na koniec rzecz absolutnie warta podkreślenia („wężykiem, wężykiem!”) – kryminały Dziurawca są świetnie napisane. Dziurawiec posługuje się klarowną literacką polszczyzną, pozbawioną zbędnych ozdobników. Poszczególne sceny i motywy są precyzyjnie skonstruowane i mają jasny cel, co akurat nie dziwi, bo Dziurawiec jest także scenarzystą. To szczególnie istotne obecnie, kiedy wielu autorów kryminałów czy thrillerów ględzi bez opamiętania, aby tylko nabijać kolejne dziesiątki stron pisanych na kolanie powieści. I do tego dochodzą jeszcze wręcz pyszne dialogi. Widać, że Dziurawiec lubi rozmawiać z ludźmi i ma słuch do języka mówionego. A chyba każdy z piszących wie, że napisać dobry dialog wcale nie jest łatwo.
    Smutno mi więc, smutno, po trzykroć smutno. Może jednak kolejna książka Dziurawca przywróci uśmiech na mojej twarzy.
 

poniedziałek, 5 września 2022

Grzegorz Skorupski, Mistrz marionetek

 


Tajemnice pokoju nauczycielskiego

Grzegorz Skorupski, Mistrz marionetek, Wydawnictwo Harde, Warszawa 2022, s. 366.


    Rynek książki do pewnego stopnia wymusza na autorach prozy gatunkowej pewną elastyczność, więc większość z nich dosyć swobodnie przerzuca się od jednej odmiany tejże prozy do drugiej. Jednak są – na przykład – autorzy kryminałów retro, którzy nie za bardzo radzą sobie z kryminałem współczesnym. Byłem ciekaw, jak to będzie w przypadku Grzegorza Skorupskiego, który do tej pory dał się poznać jako autor interesującej serii kryminałów retro z prokuratorem Adamem Karskim (Smak błękitu, Dłonie śmierci, Dom Pod Czerwonym Dębem), a teraz napisał jak najbardziej współczesną powieść kryminalną – Mistrza marionetek.
    Akcja powieści rozgrywa się w niewymienionym z nazwy mieście, jednak realia wskazują, że jest to wielkopolski Gostyń, w którym Skorupski mieszka. Zostaje zamordowana nauczycielka historii miejscowego liceum, a okoliczności wskazują, że był to mord rytualny. A to nie koniec morderstw… Przyjaciółka historyczki, polonistka Olga Stapikowska zaczyna interesować się sprawą, podpadając miejscowej policji i pewnemu, dosyć atrakcyjnemu, prokuratorowi.
    Duży plus dla Skorupskiego za osadzenie akcji w środowisku nauczycieli, co jest rzadkością w rodzimych kryminałach. Skorupski sam był nauczycielem, więc zna ten światek od podszewki i potrafi ciekawie go przedstawić. Może tylko na początku powieści jest za dużo scen pogaduszek w pokoju nauczycielskim, ale to prawdopodobnie tylko moje wrażenia. Znam środowisko nauczycielskie, więc to dla mnie oczywiste, co się dzieje w pokojach nauczycielskich – dla kogoś innego może być zupełną nowością.
    Czepiam się pogaduszek, ale są one w Mistrzu marionetek po coś – to nie jest tylko czcze ględzenie dla nabijania stron. Skorupski jest jednym z tych autorów kryminałów, którym nie chodzi tylko o konstruowanie zagadek kryminalnych i mnożenie makabry. Wszystkie jego kryminały są o czymś, traktują o rozmaitych problemach. W Mistrzu marionetek Skorupski przedstawia różne odcienie współczesnej duchowości, rozważa kwestię stosunku do religii i Boga, a też ukazuje religijne poszukiwania, które mogą wyprowadzić ludzi na manowce. I dotyka delikatnej sprawy nadwrażliwców, którzy nie radzą sobie ze światem i szukają życiowych przewodników. A ci czasami okazują się cynicznymi manipulatorami, którzy bez skrupułów wykorzystują słabości innych.
    Bardzo przypadła mi do gustu postać głównej bohaterki, Olgi – i to nie tylko dlatego że sam lubię kreować postaci kobiece w pisanych przeze mnie kryminałach. Olga jest w średnim wieku, po rozwodzie. Samotnie wychowuje nastoletnią córkę a sama wciąż jeszcze układa sobie życie. Skorupski stworzył postać kobiety dobrze osadzoną we współczesnych realiach, zwyczajnie prawdziwą i ciekawą do tego stopnia, że chce się śledzić jej losy (mam cichą nadzieję na kontynuację…). Olga jest inteligenta, ciekawa świata, z poczuciem humoru, ale ma też w sobie rys pewnej dziewczęcej naiwności, dodający jej uroku.
    Intryga w Mistrzu marionetek jest precyzyjnie poprowadzona, ale akcja nie pędzi do przodu. Skorupski daje sobie tekstową przestrzeń na dokładne oddanie współczesnych realiów i rozważania na tematy, o których wspominałem wyżej. A ja zwyczajnie tego rodzaju kryminały, z wyraźnym rysem obyczajowo-społecznym, bardzo cenię.
 

piątek, 19 sierpnia 2022

Maciej Siembieda, Katharsis

 

Tragedia grecko-polska


Maciej Siembieda, Katharsis, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2022, s. 574.


    Czy da się połączyć w spójną fabułę powieściową historię „polskich” Greków z opowieściami o gdyńskich przemytnikach okresu międzywojennego, sudeckich kopalniach rudy uranu, nielegalnym wydobyciu bursztynu w Trójmieście i cinkciarskim imperium, a na dokładkę z wątkiem Egipcjan zafascynowanych Hitlerem? Maciej Siembieda w najnowszej powieści udowadnia, że a i owszem. Na pierwszy rzut oka wydawało mi się, że tych grzybów w fabularnym barszczu jest stanowczo za wiele. Jednak – nie. Autorowi Gambitu udało się tak sprawnie połączyć wątki i motywy pochodzące z różnych bajek (także gatunkowych, bo w Katharsis znajdują się elementy sagi rodzinnej, powieści sensacyjnej, obyczajowej, historycznej…), że stworzył historię, od której – że polecę truizmem – trudno się oderwać.
    Siembieda w swojej prozie konsekwentnie stawia na ten sam koncept – na nić fikcyjnej fabuły nanizuje fakty historyczne, mniej lub bardziej znane. W Katharsis zdecydowanie stawia na te mniej u nas znane. Historia Greków, którzy w wyniku wojny domowej trafili do Polski, dla większości czytelników pewnie wciąż stanowi „białą plamę”, chociaż na ten temat pisała już na przykład Hanna Cygler w ciekawej powieści historyczno-obyczajowej Grecka mozaika (2014). Podobnie rzecz się ma z faktami tyczącymi przemytu przez granicę między Polską a Wolnym Miastem Gdańsk czy kopalni rud uranu w Kletnie, eksploatowanej na przełomie lat 40. i 50. XX wieku przez Rosjan, w której wydobycie kosztowało wiele istnień ludzkich. Rzecz ujmując prosto, mało kto o tym wie, więc już sama warstwa – by tak rzec – faktograficzna w powieście Siembiedy jest intrygująca i zwyczajnie ciekawa.
    Jednak Siembieda nie jest autorem fabularyzowanych czytanek historycznych, tylko prozaikiem pełną gębą. Widać to wyraźnie na przykładzie kreacji bohaterów. W Katharsis jest piątka głównych bohaterów: Grek Kostas Tosidos, jego żona Katherina i syn Janis oraz przestępcy z Gdyni, Sacharyna i Zulus (podaję pseudonimy, bo właśnie nimi Siembieda najczęściej posługuje się w powieści). Dla mnie najciekawsze w powieści były wątki dotyczące Kostasa i Sacharyny. Kostas jako młody człowiek został wciągnięty w wir II wojny światowej, stał się specem od ładunków wybuchowych i bohaterem greckiej partyzantki. Później nie z własnej woli wziął udział w greckiej wojnie domowej i aby chronić siebie i rodzinę, wybrał ucieczkę do Polski. Wydawało się, że zły los wreszcie się od niego i jego bliskich odwrócił, ale… więcej zdradzić nie mogę. Sacharyna szybko przeszedł ścieżkę od drobnego przemytnika w międzywojennej Gdyni do bosa, który przez dziesięciolecia trząsł miejscowym półświatkiem. Także dlatego że ściśle współpracował ze służbą bezpieczeństwa.
    Jest więc w Katharsis cały tłum postaci, w którym się jednak nie zgubiłem, przed wszystkim dlatego że Siembieda zadbał o to, by postaci zarówno pierwszego, jak i drugiego planu były „jakieś” – wyraziste, pełnokrwiste i dobrze wbudowane w całość fabuły. Inaczej rzecz ujmując, nie ma w tej powieści bohaterów zbędnych.
    Nowa powieść Siembiedy jest wielowątkowa i – by tak rzec – tematycznie rozległa. Nasuwa się więc pytanie, o czym tak naprawdę jest Katharsis? Oczywiście, o „historii spuszczonej z łańcucha”, która łamie ludzi i z którą próbują oni jakoś sobie poradzić, by przetrwać. Jak dla mnie jest jednak także uniwersalną opowieścią o wszelkich ludzkich namiętnościach, które jednych uskrzydlają a innych niszczą.
    Życzę sobie, żeby powieści takich jak Katharsis było jak najwięcej w naszej prozie – wciągających i intrygujących, wartościowych poznawczo i zwyczajnie, po ludzku mądrych.

sobota, 6 listopada 2021

Michał Śmielak, Znachor

 


 

 Leczenie nieuleczalnego


Michał Śmielak, Znachor, Wydawnictwo Initium, Kraków 2021, s. 510.


    Nie tak dawno na spotkaniu autorski Robert Małecki spytał mnie, po jaką książkę sięgnę, jeśli będę miał wybór między powieścią debiutanta a uznanego autora kryminałów. Odpowiedziałem z pełnym przekonaniem, że wybiorę książkę debiutanta. Z bardzo prostej przyczyny – jestem człowiekiem z gruntu ciekawskim, który lubi nowości i niespodzianki. Ale bywa, że „ciekawość to pierwszy stopień do piekła”. Debiut kryminalny Michała Śmielaka może nie zaprowadził mnie wprost do piekła (czytelniczego), jednak pozostawił mnie z mocno mieszanymi uczuciami.
    Sam pomysł na główny temat Znachora jest świetny. Intryga kryminalna rozwija się wokół historii związanych z wszelkiej maści samozwańczymi uzdrowicielami czy znachorami, którzy zwyczajnie oszukują zrozpaczonych ludzi, żerując na ich nieszczęściu i strachu przed śmiercią (czasami kończy się to – niestety – śmiercią ich „pacjentów”). Temat jest szczególnie istotny w czasach, kiedy spora część naszego społeczeństwa odwraca się od nauki czy wręcz neguje jej ustalenia, zwracając się ku opatrznie odbieranej wierze czy wszelakim mistycyzmom. Ciekawie „ustawiony” jest również główny bohater powieści, Krzysiek. Ten beztroski student historii nagle dowiaduje się, że ma nieoperacyjnego guza mózgu i maksymalnie pół roku życia przed sobą. Chociaż nie wierzy w uzdrowicieli, dosyć (jak sądzi) przypadkowo trafia do jednego z nich. Jedzie do niego, do małej wioski w Podgórzu Dynowskim, choć nie robi sobie wielkich nadziei. Sprawa „leczenia” komplikuje, kiedy w okolicy zaczynają ginąć ludzie, a Krzysiek raz po raz natyka się na zwłoki.
    Nawet niespecjalnie w przypadku debiut Śmielaka przeszkadzało mi, że między innymi jest to kolejna historia o seryjnym mordercy – i to nie byle jakim, bo mściciel, chcąc chronić ludzi przez fałszywymi uzdrowicielami, wymyślnie morduje trzydzieści siedem osób. Wymyślnie – ponieważ wykorzystuje sposoby na uśmiercanie ludzi wykorzystywane na przestrzeni dziejów przez katów (sam siebie uważa za współczesnego mistrza w katowskim fachu). Jest w opisach morderstw u Śmielaka coś z teatrzyku makabry, który dla mnie jest mocno umowny, więc trudno mi było się nim przejąć.
    Gorsze jest to, że Znachor jest powieścią przegadaną i – by tak rzec – przefajnowaną. Jeszcze rozmaite wtręty historyczne dotyczące uzdrowicieli, prześladowań tzw. czarownic i rzemiosła katowskiego mają uzasadnienie fabularne, bo dostarczają niezbędnego tła intrydze kryminalnej. Śmielak ma też jednak niepohamowaną skłonność do mnożenia komentarzy na temat życia społecznego czy politycznego w naszym kraju. Czasami są one zabawne, czasami boleśnie oczywiste, nieodmiennie jednak za długie i jest ich zdecydowanie za wiele. A przez to całkiem nieźle zaplanowana akcja raz po raz grzęźnie na fabularnych mieliznach. Do tego prawie wszyscy głównie bohaterowie są (mają być?) niezwykle dowcipni, w rozmowach nieustannie przerzucają się żarciki czy bon motami. Raz, że takie nagromadzenie w jednym miejscu oraz czasie ludzi obdarzonych niezwykłym poczuciem humoru (i nieustannie żartujących) zwyczajnie nie występuje w przyrodzie, dwa, że to ciągłe śmieszkowanie bohaterów na dłuższą metę zwyczajnie mnie nużyło.
    Do tego dochodzą zaiste przedziwne relacje Krzyśka z kobietami. Bohater flirtuje z każdą napotkaną kobietą i z miejsca fantazjuje na temat seksu a nawet związków z nimi. To jeszcze nic, bo niemal każdej kobiecie na widok Krzyśka miękną kolana i zaczynają one marzyć o dzikich łóżkowych harcach, małych śpioszkach i rodzinnych wakacjach (dobra, może trochę przesadzam!). I natury tych relacji damsko-męskich nie tłumaczy fakt, że Krzysiek ma mało życia przed sobą i chce z tej resztki czasu korzystać. Zastanawiałem się, o co w tym chodzi? Zagadka rozwiązuje się w słowie Od autora. Śmielak zdradza w nim ni mniej, ni więcej: „Książka pierwotnie nakreślona została jako romans (…)”. Czyli w kryminale pozostały odpryski romansu, dosyć – jak dla mnie – dziwacznego. Odpryski, które sprawiają, że w warstwie psychologicznej relacje głównego bohatera stają się mocno wydumane.
    Bez wątpienia Znachor potwierdza, że Śmielak ma potencjał. Nieźle pisze, umie wymyślić ciekawą, niebanalną historię. Jednak w debiucie tego autora jest wiele błędnych, typowo debiutanckich rozwiązań. Pewnie zabrakło Śmielakowi redaktora, który porządnie „odchudziłby” tę powieść, tłumacząc, że czasami mniej znaczy lepiej. namówił do zrezygnowania z wątpliwych czy wręcz słabych rozwiązań fabularnych. Niestety, jak w przypadku wielu debiutów (i nie tylko) tekst Znachora nie został solidnie zredagowany.
    Moja matka, rzuciwszy okiem na okładkę książki Śmielaka, skomentowała, że to chyba nie TEN Znachor. Otóż, jak najbardziej nie TEN. O ile książka Tadeusza Dołęgi-Mostowicza (z roku 1937) stała się prawdziwym klasykiem rodzimej literatury popularnej, o tyle powieść Śmielaka nie ma na to szans. Najmniejszych. Mimo to ciekaw jestem kolejnej powieści tego autora.
 

wtorek, 2 listopada 2021

Robert Harris, V2

 


 

 Marzenia, nauka i zbrodnia


Robert Harris, V2, przeł. Janusz Ochab, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2021, s. 352.


    II wojna światowa, zabójcze rakiety, nauka na usługach wojny (a i zbrodni), dwoje pogubionych ludzi po dwóch stronach frontu – to w telegraficznym skrócie opis najnowszej powieści brytyjskiego pisarza Roberta Harrisa o wszystko mówiącym tytule V2. Jednak telegraficzne skróty nie są domeną mojego pisania o książkach, więc będzie i rozwinięcie.
    Harris jak mało który ze współczesnych pisarzy radzi sobie z materią historii. Dba o poznawczą – by tak rzec - pełnię ukazania interesującego go wycinka historii, a także o wierność faktom historycznym, a jednak umie tak wbudować je w ciekawe i barwne fabuły, że czytelnik nie grzęźnie w detalach i szczególikach, w tej całej mnogości faktów, które Harris przybliża w swoich powieściach historycznych. Sposób Harris jest właściwe prosty, czyli ścisłe zespolenie efektów bardzo solidnej (zazwyczaj) kwerendy historycznej z fikcyjnym story, w który sporo jest sensacyjnej akcji i historii miłości (oraz innych ludzkich namiętności). Niby patent prosty, ale przekuć go na powieściową fabułę, która wbije czytelnika w fotel (czy gdzie tam akurat lubi czytać) na długie godziny, wcale nie jest łatwo. Harris od lat robi to świetnie, co potwierdził choćby powieścią Oficer i szpieg, którą najbardziej cenię w jego dorobku.
    Ale do rzeczy, czyli do V2. Dla tych, którzy nie interesują się historią II wojny, krótkie wyjaśnienie: V2 to pociski balistyczne, które stworzyli niemieccy naukowcy, i których pod koniec wojny naziści używali między innymi do bezlitosnego ostrzeliwania Londynu (ten epizod wojny jest najbardziej znany), podczas którego zginęły tysiące cywili. Akurat swego czasu interesowałem się dosyć mocno historią wojen w XX wieku, więc wybór tematu przez Harrisa trochę mnie zdziwił. Ale że V2? Przecież wszystko na ten temat wiadomo. Poza tym wydawało mi się, że to raczej kiepski materiał na solidny thriller. Powiem od razu, że się myliłem. Harris przybliża okoliczności powstania w nazistowskich Niemczech broni rakietowej, szczegółowo opisuje ją samą a potem przedstawia, jak była wykorzystywana w warunkach bojowych. Do tego autor ma zdolność bardzo plastycznego ukazywania faktów historycznych. Umie suche dane zamienić w opis, który nie nuży w lekturze. Oczywiście autor V2 nie skupia się na samej broni, bardzo interesująco ukazuje tło wydarzeń związanych z tym epizodem historii. Niby mimochodem, jednak Harris podrzucił czytelnikowi bardzo wiele interesujących informacji na temat życia codziennego w Anglii i Belgii u schyłku roku 1944. Tak żołnierzy czy ludzi służących w jednostkach pomocniczych, jak i zwykłych ludzi.
    Jak już wspomniałem, Harris nanizuje fakty historyczne na fikcyjną, główną nić fabuły, stawiając u boku historycznych postaci (takich chociażby jak Wernher von Braun, konstruktor rakiet, w tym współkonstruktor pocisków V2) bohaterów fikcyjnych. Są to Kay Caton-Walch, analityczka z służb pomocniczych angielskiego lotnictwa, oraz Rudi Graf, niemiecki inżynier, który uczestniczył w projektowaniu V2 a później nadzorował od strony technicznej ich wystrzeliwanie na Londyn. Obie postaci są ciekawie „ustawione” przez autora, chociaż ciekawsza (a i bardziej tragiczna) jest postać Grafa. Był młodym, ambitnym naukowcem, miał marzenia. A jak to się skończyło? Graf stwierdza z goryczą i rozpaczą: „Chciałem zbudować statek kosmiczny, a nie narzędzie zbrodni”. Marzyły mu się loty człowieka na księżyc, a skończył, obserwując starty V2 odpalanych w kierunku stolicy Anglii. Harris między innymi opowiada w nowej powieści o ponurym, chociaż powtarzalnym jak historia długa, losie naukowców, odkrywców czy wynalazców, którzy chcą zmieniać świat na lepsze, a koniec końców dostarczają lepszej, bardziej niszczycielskiej broni możnym tego świata.
    V2 moim zdaniem nie jest najlepszą z powieści Harrisa, ale wciąż to proza bardzo solidna i  zwyczajnie ciekawa. Spokojnie mogą po nią sięgnąć nie tylko czytelnicy zainteresowani historią II wojny światowej.

    
 

piątek, 23 lipca 2021

Anna Kańtoch, Lato utraconych

 


 Kiedy on już powróci…


Anna Kańtoch, Lato utraconych, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2021, s. 388.


    Temat zaginięć jest jednym z najczęściej pojawiających się w rodzimych (zresztą nie tylko) kryminałach czy thrillerach. Giną kobiety i mężczyźni, giną dzieci. Bliscy, policjanci czy dziennikarze, wszyscy szukają zaginionych, najczęściej z mizernym skutkiem. Powieści o zaginięciach naprawdę jest masa. Przykłady pierwsze z brzegu? Motyw zaginięcia jest jednym z kluczowych choćby w pisarstwie Roberta Małeckiego czy Przemysława Żarskiego. Po temat zaginięcia sięgnęła również Anna Kańtoch w nowej trylogii zapoczątkowanej powieścią (nomen omen) Wiosna zaginionych. Dlaczego autorzy tak chętnie biorą się za ten temat? Zaginięcia to w gruncie rzeczy fabularny samograj. I nie, nie chcę czynić w tym miejscu wyrzutów różnym autorom, bo przy odrobinie oryginalności i finezji nawet z tak zgranego motywu da się wycisnąć coś intrygującego.
    Osią fabularną nowej trylogii Kańtoch są usiłowania głównej bohaterki, Krystyny Lesińskiej, by odkryć co przed dziesięcioleciami stało się z jej ukochanym bratem, który wyszedł ze znajomymi w góry i zniknął. Jednak w drugiej części serii, Lecie utraconych, pojawia się jeszcze inne zaginięcie. Kilkuletni Kuba znika bez śladu (także w górach). To już było grane wiele razy? Oczywiście, ale Kańtoch należy do tych autorek, które lubią rozwiązania, rozwinięcia nieoczywiste i zaskakujące. Otóż Kuba, już jako nastolatek, w dramatycznych okolicznościach powraca. I tu dopiero zaczyna robić się bardzo ciekawie. Jak już wspominałem, w powieściach kryminalnych czy thrillerach zaginieni bohaterowie zwykle albo nie odnajdują się wcale, albo odnajdywane są ich zwłoki czy szczątki. U Kańtoch jest inaczej, co przekierowuje opowieść o zaginięciu na inne tory. Dawny świat małego Kuby się rozpadł, jego rodzice się rozwiedli. Ojciec ma nową rodzinę, w tym dwie urocze córeczki. I nagle Kuba, który przez lata żył w izolacji, trafia do tej rodzinny. Straumatyzowany, wrzucony w świat, którego nie zna i chyba nie do końca rozumie. Jest to sytuacja równie trudna dla Kuby, jak i dla jego ojca oraz macochy. Na tym poziomie powieść Kańtoch jest historią oswajania obcości, której do końca nie da się znieść, zniwelować bliskością. Bo czy same więzy krwi są na tyle mocnym spoiwem, by w rzeczywisty i trwały sposób połączyć ludzi, których dzielą jakże odmienne a na dodatek trudne doświadczenia? To jedno z pytań, które stawia autorka z Katowic, pytań, na które każdy z czytelników musi odpowiedzieć sobie sam.
    Jak to zwykle u Kańtoch bywa, fabuła w Lecie zaginionych jest wielowątkowa. Osią intrygi kryminalnej jest inna sprawa niż zaginięcie. Jest rok 1999, a komisarz Lesińska pracuje jeszcze w policji. W leśniczówce dochodzi do makabrycznej zbrodni: zostaje brutalnie zamordowana cała rodzina, w tym dwie kilkuletnie dziewczynki. Odludne miejsce, brak świadków i wyraźnych tropów. Z tym musi zmagać się komisarz i jej ludzie. Śledztwo idzie jak po grudzie także dlatego, że Lesińska zmaga się z żałobą po nagłej śmierci męża. Kto zamordował całą familię? Rozwiązanie bardzo mnie zaskoczyło. (Warto w tym miejscu zaznaczyć, że mimo brutalności zbrodni autorka nie epatuje makabrą.)
    Niezwykle cenię Wiosnę zaginionych – moim zdaniem ta powieść absolutnie zasłużenie wyróżniona została Nagrodą Wielkiego Kalibru. Przede wszystkim przykuła moją uwagę kreacja Lesińskiej jako bohaterki senioralnej. To rodzaj kreacji wciąż bardzo rzadkiej w naszej prozie (nie tylko kryminalnej). W Lecie utraconych bohaterka jest sporo młodsza, wciąż pracuje w policji. Dzięki temu możemy ją poznać z innej strony, odkryć inne aspekty jej osobowości. Taka swoista retrospekcja w rozpisanej na trzy tomy historii ma swoje plusy. Przyznam jednak, że trochę mi tęskno do Lesińskiej emerytki. Logika rozsnuwanej przez Kańtoch fabuły sugeruje, że w części trzeciej znowu pojawi się bohaterka w wieku emerytalnym. Co bardzo mnie cieszy.
    Po lekturze Lata utraconych zastanawiałem się, która z części tej trylogii jest lepsza. Nie umiem tego rozstrzygnąć, bo te powieści są zwyczajnie inne, chociaż wpisane w to samo fabularne uniwersum. Każda z nich w inny sposób wzbogaca rozwijaną przez autorkę historię. I niech tak zostanie.
 

poniedziałek, 19 lipca 2021

Przemysław Żarski, Cierń

 


 Blizny, które pozostają


Przemysław Żarski, Cierń, Czwarta Strona, Poznań 2021, s. 463.


    W pandemicznym roku 2020 mało czytałem (z różnych względów) polskich premier kryminalnych, dopiero niedawno zacząłem nadrabiać zaległości i trafiłem na prawdziwą perełkę, czyli trylogię sosnowiecką Przemysława Żarskiego, na którą składają się powieści Ślad, Blizna oraz (niedawno wydana) Cierń. Jak dla mnie jest to jedna z lepszych, mocniejszych trylogii kryminalnych ostatnich lat. Dlaczego?
    Żarski wybrał nieoczywiste, mało wyeksploatowane w prozie kryminalnej miejsce akcji, czyli Sosnowiec w Zagłębiu. Jest to miasto z niewątpliwym potencjałem, w którym można znaleźć naprawdę świetne lokalizacje kryminalne (kto był tam, ten wie). W wielu kryminałach przestrzeń miejska traktowana jest przez autorów jedynie jako niezbędne tło, służące temu, aby bohater mógł skręcić z jednej ulicy w drugą, przejechać przez konkretne skrzyżowanie albo zauważyć charakterystyczny dla danego miasta budynek. W trylogii Żarskiego przestrzeń Sosnowca (te wszystkie stawy i laski, kwartały gęstej zabudowy i znajdujące się w obrębie granic miasta pustkowia) została integralnie zespolona z kryminalnymi intrygami. Innymi słowy – Sosnowiec jest ni mniej, ni więcej jednym z bohaterów tych powieści.
    Głównym bohaterem w kryminałach Żarskiego zdaje się być komisarz Robert Kreft z sosnowieckiej komendy, ale w gruncie rzeczy mamy tu do czynienia z bohaterem zbiorowym, ponieważ autor wiele miejsca poświęca także innym policjantom – Błażejowi Urydze czy Marcie Rybickiej. Każdy z tej trójki ma rozpisaną w szczegółach historię, każda z tych postaci ukazywana jest w pogłębiony psychologicznie sposób. Są po prostu jacyś. Mają swoje traumy i problemy, ale ukazywane przez autora tak, że nie miałem wrażenia, że mam do czynienia z kolejnymi inkarnacjami „policjanta po przejściach”. Bohaterów zbiorowych w naszej prozie kryminalnej nie ma zbyt wielu, pewnie dlatego że jest to trudniejsze do rozwinięcia i sensownego poprowadzenia rozwiązanie niż prowadzenie w narracji pojedynczego bohatera. Żarskiemu w kolejnych powieściach udało się bohaterów bardzo zgrabnie osadzić w fabule.
    A wreszcie – w kryminałach Żarskiego nie chodzi jedynie o kryminalne zagadki i opisy zbrodni. Mówiąc najprościej, są o czymś. Oczywiście na plan pierwszy w całej trylogii wysuwa się kwestia samobójstw. Matka Krefta popełniła samobójstwo, kiedy ten był kilkuletnim chłopcem, widział to i wciąż zmaga się z traumą i nieprzepracowanym do końca poczuciem dojmującej straty. Również niektóre ze spraw, które prowadzą Kreft i spółka dotyczą samobójstw. Jest to temat trudny, bolesny a zarazem delikatny i mało który prozaik potrafi go udźwignąć. Sam o tym wiem, bo zmagałem się z nim w kryminale Zginę bez ciebie. Żarski moim zdaniem dobrze sobie z nim poradził, wyszedł poza komunały rodem z soft psychologii, skupiając uwagę przed wszystkim na ukazywaniu blizn u osób, których bliscy popełnili samobójstwo, blizn, których nie da się w żaden sposób usunąć. Bo są widoczne i drażniące, niczym tkwiący w skórze cierń.
    W Cierniu historia zaczyna się od znalezienia na budowie szczątków ludzkich oraz znowu od sprawy samobójstwa kobiety. Jak to jest zawsze w przypadku zamknięcia trylogii, Żarski splata i domyka rozpoczęte wcześniej wątki. Robi to nieśpiesznie, akcja wcale nie pędzi jak szalona (to lubię!), ale prowadzi całą historię ku zakończeniu w sposób konsekwentny i z dbałością o detale, z każdą stroną budując coraz większe napięcie (za wiele nie mogę zdradzić). Aż do finału, który jest smutny. Oczywiście, jak to jest w kryminałach, zło zostaje ukarane, jednak cena, którą przyjdzie za to zapłacić, jest naprawdę wysoka.
    Wspomniałem o smutku, bo właśnie to uczucie towarzyszyło mi podczas niemal całej lektury tej powieści. Smutku dojmującym. Ostatnie zdanie powieści brzmi: „Zrozumiał, że czas wyrwać tkwiący w sercu cierń i zacząć żyć” (chodzi o Krefta). Komisarz przez dziesięciolecia zmagał się z żalem i rozpaczą po samobójczej śmierci matki. Nic dziwnego, ponieważ samobójstwa boleśnie ranią tych, którzy pozostają żywi i próbują – zazwyczaj bezskutecznie – zrozumieć, dlaczego ktoś bliski zdecydował się na tragiczny, ostateczny krok, dlaczego ich opuścił, porzucił. Kreft koniec końców odkrywa zagadkę śmierci matki i ma nadzieję, że wreszcie  przyniesie mu to emocjonalne ukojenie i pozwoli na nowo ułożyć sobie życie – już bez rozterek i wyrzutów sumienia. Chce właśnie „wyrwać tkwiący w sercu cierń”. Tyle tylko że to zakończenie nie jest tak jednoznaczne i oczywiste jak się na pozór wydaje, podobnie jak skomplikowana i niejednoznaczna w warstwie psychologicznej jest cała proza kryminalna Żarskiego. Czasami bywa tak, że kiedy wyjmuje się cierń, jakiś niewielki jego kawałek pozostaje pod skórą, z czasem otorbia się, nie boli, ale jednak jest. Czasami przesuwa się po nim palcem i wtedy wszystko na sekundy wraca. Jak potoczą się dalej losy Krefta? To już czytelnik musi sobie dopowiedzieć sam.
    Ostatnio naprawdę bardzo rzadko zdarza się, że porzucam jakiś cykl kryminalny z żalem. W przypadku trylogii Żarskiego było mi szkoda, że to już koniec, ale z drugiej strony koniec zwykle bywa początkiem czegoś nowego. Co teraz wymyśli Żarski? Czekam w napięciu na odpowiedź.



 

środa, 9 czerwca 2021

Lee Child, Andrew Child, Strażnik

 

Reacher reformowany


Lee Child, Andrew Child, Strażnik, przeł. Jan Kraśko, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2021, s. 416.


    Cykl z Reacherem uwielbiam bezmiernie i – dotąd – zawsze czekałem w napięciu na kolejną jego część. Jednak kiedy usłyszałem, że Strażnika, nową odsłonę przygód byłego żandarma wojskowego, Lee Child napisał z bratem (Andrew również jest pisarzem), poczułem niepokój. Każdy kto kiedykolwiek pisał powieść w duecie (mnie się zdarzało), zdaje sobie sprawę, że jest to bardzo trudne, a efekty czasami bywają co najmniej wątpliwe. Wprawdzie bracia w wywiadzie dołączonym do polskiego wydania powieści zapewniali, że w duecie pisało im się świetnie, że wzajemnie się inspirowali a i efekt współpracy ich zadowala, ale właściwie… co innego mogli powiedzieć. Cóż, trzeba było zastosować sprawdzian w rodzaju – po owocach ich poznacie. I owoce okazały się niezbyt smaczne.
    Początek Strażnika to stary, dobry Reacher w solidnym wydaniu. Bohater trafia do Nashville i pomaga muzykom oszukanym przez właściciela knajpy, w której zagrali koncert. Jak to on – bezinteresownie, w imię ochrony słabszych i pokrzywdzonych. Ale dalej… Dalej jest już gorzej. Reacher trafia do prowincjonalnej mieściny, której nazwy nie warto zapamiętywać. Jest świadkiem próby porwania mężczyzny i oczywiście interweniuje (skutecznie). Niedoszłym porwanym okazuje się informatyk, Rusty Rutherford,  który do niedawna pracował dla władz miasta. Miejskie systemy informatyczne zostały zhakowane, nic w mieście nie działa, a kozłem ofiarnym został  Rusty, który w miasteczku traktowany jest niczym wróg publiczny numer jeden. A do tego dybią na niego mroczne, świetnie wyszkolone typy. Reacher postanawia chronić informatyka (choć oczywiście nie musi) a przy okazji chce się dowiedzieć, w jaką aferę Rusty się wpakował i dlaczego.
    Niby fabuła w powieści Childów nie odbiega zbytnio od innych z cyklu z Reacherem, niby to jest wciąż ten sam bohater, którego lubię, ale tym razem powieść Childa (i jego brata) czytało mi się dosyć ciężko, bez lekkości szybko przewracanych stron, napędzanej ciekawością co dalej, jak to było w przypadku innych książek z cyklu. Po tym jak dotarłem do ostatniej kropki, zacząłem się zastanawiać, co tym razem poszło nie tak.
    Powiada się, że co dwie głowy, to nie jedna. W przypadku Strażnika ta maksyma się nie sprawdziła, bo bracia Child nie wykazali się przesadną oryginalnością i kreatywnością. W powieści ważną rolę odgrywają wątki walki wywiadów i neonazistowskich grup z amerykańskiego zadupia. To już było i to po wielokroć. Mimo iż idea całego cyklu z Reacherem zasadza się na replikowanym książka po książce schemacie, ten przyrządzony przez braci Child, wielokroć odgrzewany kotlet (ileż można pisać o rosyjskich szpionach w Stanach!) jest średnio strawny i niezbyt smaczny. Nawet byłem jednak gotowy go przełknąć. Są jednak w Strażniku motywy i rozwiązania, które mi nie pasują i które – moim skromnym zdaniem – zdecydowanie psują tę część serii.
    Wydaje mi się, że słaba dynamika akcji Strażnika w dużym stopniu wynika z faktu, że jej bardzo istotnym elementem są wątki informatyczne: cyberterroryzm, pojedynki hakerów działających na usługach rządowych agencji… Tłumaczenie tych wątków, szczególnie w powieściowym uniwersum Reachera, który jest mocno na bakier z nowoczesnymi technologiami, wymaga sporo miejsca, co w dużym stopniu spowalnia akcję. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że zwyczajnie nie przepadam za powieściami sensacyjnymi, w których mocno zostaje wyeksponowany temat wszelakiej cyberprzestępczości, więc mogę być zwyczajnie uprzedzony. Jest jednak poważniejsza kwestia, ponieważ autorzy Strażnika postanowili pomajstrować przy schemacie głównego bohatera. Reacher, do tej pory zdecydowany przeciwnik wszelkich technologicznych nowinek, który – dla przykładu – z map uznawał tylko papierowe i nie uważał za niezbędne posiadanie telefonu komórkowego, w Strażniku posługuje się komórką (chociaż nie swoją). Ale to nie jedyna zmiana, bo bohater, który wcześniej wolał problemy swoje oraz osób, którym niósł pomoc, rozwiązywać samemu, w nowej powieści coraz bardziej otwiera się na współpracę z innymi. Niby nie są to wielkie zmiany, niby Reacher wciąż jest tym samym samotnym wilkiem, który bez celu włóczy się po Stanach ze szczoteczką do zębów i paroma dolarami w kieszeni, ale widać już w jego kreacji pewne przesunięcia, które – jak mi się zdaje – niespecjalnie w Strażniku się sprawdziły. Oczywiście, ktoś mi może zarzucić, że jestem nazbyt zachowawczym fanem serii Childa, że wolę przewidywalny schemat od nowinek. Otóż jak najbardziej wolę, bo uważam, że w dużym stopniu czar serii z Reacherem polega na tym – mówię o własnych odczuciach – że w kolejnych książkach dostawałem dokładnie to, czego się spodziewałem. A w Strażniku zaczęło się kombinowanie, które nie przyniosło nic dobrego. Wręcz przeciwnie.
    Nie mam pojęcia (i nie zamierzam dociekać), czy zmiany na gorsze w Strażniku spowodowane zostały tym, że Lee Child dobrał sobie współautora. Jakoś zwyczajnie po ludzku rozumiem angielskiego pisarza. Miał prawo zmęczyć się i serią, i bohaterem, pewnie potrzebował nowych bodźców, nowego podejścia do pisania tego cyklu. Nie będę ukrywał, że po Strażniku czuję spory zawód, jednak nie jest tak, że z miejsca rzucę całą serię w cholerę. Będę czekał na kolejną książkę z opowieścią o Reacherze, choć być może nie tak niecierpliwie, jak to było wcześniej.

poniedziałek, 10 maja 2021

Pierre Lemaitre, Kolory ognia

 


 Finezyjnie i dotkliwie


Pierre Lemaitre, Kolory ognia, przeł. Joanna Polachowska, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2020, 479.


    Jednym z moich ulubionych filmów nieodmiennie pozostaje Żądło (1973) w reżyserii George’a Roy’a Hilla, opowiadający historię zmyślnej, brawurowej zemsty. Wspominam o tym filmie, ponieważ nowa książka francuskiego pisarza Pierre’a Lemaitre’a Kolory ognia także traktuje o zemście, a poza tym akcja książki osadzona została w tym samym okresie co akcja filmu. Tyle tylko że Lemaitre stworzył historię zemsty z iście francuską lekkością i finezją.
    Powieść zaczyna się od trzęsienia ziemi, a później jest już tylko gorzej – dla głównej bohaterki, Madeleine Péricourt. Jest rok 1927, umiera jej ojciec, wpływowy bankier. Do tego jej kilkuletni syn Paul podczas ceremonii pogrzebowej wypada z okna (wspaniała, choć straszna scena, kiedy dziecko spada na trumnę dziadka) i na skutek tego zdarzenia zostaje sparaliżowany. Madeleine skupia się na opiece nad dzieckiem i nie zauważa, że ponoć bliskie i zaufane osoby robią wszystko, by pozbawić ją majątku. Efekt jest taki, że ląduje wraz z synem w małym mieszkanku w kamienicy, niemal bez środków do życia. Otrząsa się jednak z niemocy i wraz z pewnym zdeterminowanym i skutecznym mężczyzną zaczynają realizować plan zemsty. Koniec końców okazuje się, że nawet bezwzględni i chciwi mężczyźni nigdy nie powinni poniewierać inteligentną, zdesperowaną i gotową na wszystko kobietą, bo słono za to zapłacą.
    Wbrew pozorom nie zdradzam w tym miejscu zbyt wiele z fabuły Kolorów ognia. Opowieści o zemście – bardzo liczne tak w literaturze, jak i filmach – oparte są na tym samym schemacie. Finał jest przewidywalny, ale najciekawsze jest to, w jaki sposób przygotowywana jest pułapka, w którą wpaść mają źli ludzie bądź zdrajcy. Lemaitre już we wcześniejszych książkach udowodnił, że potrafi tworzyć niebanalne historie, ale akcja w Kolorach ognia jest chyba najbardziej skomplikowana, precyzyjna i zaskakująca – rzekłby finezyjna w niewymuszony sposób, jakby francuski autor był człowiekiem, dla którego planowanie zemsty jest chlebem powszednim. Poza tym kolejne kroki, które prowadzą przeciwników Madeleine prosto w pułapkę, także przeprowadzają czytelnika przez barwną historię polityczną i gospodarczą, tak samej Francji, jak i w ogóle Europy lat 20. i 30 XX wieku. Kolory ognia nie są tylko i wyłącznie opowieścią o zemście, ale także skreśloną z iście epickim rozmachem historią tamtych czasów. Barwnych, ale naznaczonych niepewnością i strachem przed przyszłością, która nie rysowała się w jasnych barwach, co doskonale przejawia się w losach postaci wykreowanych przez francuskiego pisarz.
    Właśnie – bohaterowie powieści… Lemaitre przyzwyczaił już czytelników, że umie stworzyć niebanalne, psychologicznie pokomplikowane postacie, więc żadne to zaskoczenie, że i takie są w nowej powieści. Przy czym na plan pierwszy wysuwają się postaci kobiece, co jest pewnym novum w prozie francuskiego pisarza. I nie chodzi tylko i wyłącznie o główną bohaterkę, Madeleine. W Kolorach ognia jest kilka naprawdę wybornych postaci kobiecych drugiego a nawet trzeciego planu. Jest więc w powieści ekscentryczna śpiewaczka Solange, którą z synem Madeleine łączy specyficzna przyjaźń, jest także Vladi, Polka (taki smaczek dla naszych czytelników), opiekunka syna głównej bohaterki, która początkowo nie mówi ni w ząb po francusku, ale świetnie porozumiewa się ze swoim podopiecznym - i która jest szczerą katoliczką i równie szczerą nimfomanką. A to nie wszystkie ciekawe bohaterki tej powieści.
    Dla mnie dużą wartością nowej powieści Lemaitre’a jest jej stylistyczne wyrafinowanie. Autor świetnie operuje słowem, ale przy tym nie sili się na tanie efekciarstwo i językowe popisy dla samych popisów. Lemaitre pisze tego rodzaju prozę, którą można smakować dla samego brzmienia zdań (wielkie oklaski dla tłumaczki powieści!), co w dzisiejszej literaturze, głównie stawiającej na akcję i jeszcze raz akcję, nie jest częste. Po prostu – w każdym zdaniu, każdym akapicie potwierdza się, że obcuję z pisarzem – może powinienem napisać: Pisarzem – a nie zwykłym autorem książek.
    Bardzo ceniłem Lemaitre’a jako autora kryminałów, twórcę cyklu z komisarzem paryskiej policji, niziutkim Camille'em Verhoevenem (na przykład świetne, choć dosyć brutalne powieści Alex i Ofiara). Wydaje mi się jednak, że dopiero po tym jak francuski autor porzucił ten cykl i zaczął tworzyć fabuły niekryminalne (prawdę powiedziawszy nie do końca, bo i w Do zobaczenia w zaświatach, i w Kolorach ognia pojawiają się wątki przestępstw czy nawet zbrodni), w pełni rozwinął skrzydła. Inaczej rzecz ujmując, stał się lepszym, pełniejszym pisarzem. Może schematy powieści kryminalnej ograniczały Lemaitre’a, może zwyczajnie potrzebował czasu, aby rozwinąć w sobie potencjał do tworzenia innego rodzaju prozy. Nie mam pojęcia, jak rzeczywiście było, ale w gruncie rzeczy nie ma to większego znaczenia. Nie dociekam nadmiernie i zwyczajnie raduję się Kolorami ognia. Od dawna nie czułem chęci, by drugi raz przeczytać tę samą powieść. Jestem pewien, że po Kolory ognia sięgnę po raz kolejny. I to niebawem.

niedziela, 30 sierpnia 2020

Marta Matyszczak, Las i ciemność

 


 

Gucio i Spółka. Z nieograniczoną nieodpowiedzialnością


Marta Matyszczak, Las i ciemność, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2020, s. 302.


    Jak to szybko zleciało… Ledwie w roku 2017 Marta Matyszczak zadebiutowała powieścią kryminalną Tajemnicza śmierć Marianny Biel, a całkiem niedawno wyszła już ósma część serii Kryminał pod psem zatytułowana Las i ciemność. Matyszczak pisze lekkie, niespecjalnie krwawe czy brutalne komedie kryminalne (osobiście wolę wymyślone przez Marcina Wrońskiego określenie krymi zgrywa, której jednak przyjęło się zdecydowanie słabiej w narracji o prozie kryminalnej). Ich wyróżnikiem jest, co wskazuje sama nazwa serii, że jednym z głównym bohaterów tego cyklu autorka uczyniła sympatycznego kundelka o imieniu Gucio, który na swój sposób uczestniczy w śledztwach (o ile właśnie nie tropi ukrytej gdzieś kiełbasy śląskiej) i komentuje szaleństwa „człowieków”. A tych, jak to w tego rodzaju kryminałach, nie brakuje.
    Przyznam od razu, że mam słabość do kryminałów autorki z Chorzowa, która ujęła mnie – wspomnianą już - postacią Gucia czy wplatanymi w kolejne powieści elementami tak kultury i obyczajowości Śląska, jak i języka śląskiego, co w rodzimym kryminale wciąż należy do rzadkości. Dobrym rozwiązaniem jest umieszczanie akcji kolejnych powieści z serii w różnych lokalizacjach, rozrzuconych niemal po całej Polsce. W Lesie… jest to środek Puszczy Augustowskiej – z tego co sobie przypominam, miejsce w ogóle wcześniej niewyzyskane w kryminałach. Prywatny detektyw Solański oraz jego wybranka Kwiatkowska (główni bohaterowie serii) jadą tam, by w przyjemnych okolicznościach przyrody (i niepowtarzalnych) wziąć… ślub. Oczywiście, jak zwykle w przypadku tej pary wszystko idzie na opak, plany się walą a w śluzie na Kanale Augustowski zostają znalezione zwłoki mężczyzny, który niekoniecznie zginął na skutek wypadku. Oboje próbują jako tako rozwiązać zagadkę kryminalną i przygotować się do uroczystości, co prowadzi do serii absurdalnych, dziwnych czy śmiesznych sytuacji. A do tego Kwiatkowska mierzy się z „demonami” przeszłości, bo odwiedziła już dużo wcześniej Puszczę Augustowską, będąc nastolatką. I wcale nie były to wakacje jej życia.
    Jak to zazwyczaj w komediach kryminalnych bywa, w nowej powieści Matyszczak znajduje się bardzo dużo rozmaitego humoru, od słownego po sytuacyjny. Z poczuciem humoru bywa tak, że jest bardzo różne, czyli – inaczej rzecz ujmując – to co śmieszy jednych, drudzy zbywają wzruszeniem ramion albo uważają wręcz za niesmaczne. W Lesie… nie zawsze śmiałem się w tych miejscach, które – jak przypuszczam – autorka pisała z nastawieniem, że mają czytelnika rozweselać. W niektórych miejscach narracja powieści jest „przefajnowana” – to znaczy, że za dużo jest, jak dla mnie, elementów z założenie humorystycznych na stronie czy w rozdziale. Ale generalnie lektura Lasu… wprawiła mnie w dobry humor, a o to w komediach kryminalnych głównie chodzi.
    Trochę niepokoi mnie, że kolejne części serii Kryminał pod psem powstają szybko, co – niestety – odbija się na jakości tekstu, szczególnie w warstwie językowo-stylistycznej. Sporo jest Lesie… zdań za szybko „puszczonych” spod palca, niedopracowanych akapitów. Ale po części jest to wina także osób odpowiedzialnych za redakcję tekstu, która powinna być zrobiona z większą starannością.
    Czy tak, czy siak, komedia kryminalna Las i ciemność Matyszczak przyniosła mi sporo zabawy. Już czekam na następną część przygód Gucia i Spółki, zastanawiając się, jakie nowe miejsce opisze autorka z Chorzowa.