wtorek, 20 listopada 2018

Przewodnik, który kluczył


Przemysław Semczuk, Tak będzie prościej, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2018, s. 426.

Przemysław Semczuk napisał powieść kryminalną. Niespodzianka? I tak, i nie. Semczuk znany jest przede wszystkim jako autor ciekawych reportaży, ale przecież już poprzednia jego książka, Kryptonim "Frankenstein", była zbeletryzowaną historią seryjnego zabójcy kobiet z lat 70. XX wieku, Joachima Knychały. Nowa książka Semczuka jest kolejnym krokiem na drodze ku fikcji literackiej, choć właściwie pisarz wciąż balansuje na granicy reportażu i zwykłej fabuły. W Tak będzie prościej pisarz wykorzystał autentyczną sprawę z 1993 roku, zabójstwa znanego w Jeleniej Górze i okolicach przewodnika górskiego Tadeusza Stecia, który został brutalnie zamordowany we własnym mieszkaniu (do książki włączono artykuł prasowy Semczuka na temat Stecia). Historia jest dosyć znana, więc autor budując intrygę kryminalną, skupił się głównie na dociekaniu, dlaczego Steć zginął.
    Policjanci z Jeleniej Góry zmagają się ze skomplikowaną, wielowątkową sprawą. Bo czegóż w tej historii nie ma?! Niebezpieczne związki z chłopcami (Steć był gejem), przemyt złotych monet, skarby ponoć poukrywane przez hitlerowców w Sudetach, gry rozmaitych służb. Zazwyczaj taki nadmiar wątków kryminałom - mim zdaniem - nie służy, jednak w powieści Semczuka ma uzasadnienie. Steć konfabulował, za życia tworzył własną legendę, manipulując faktami albo zwyczajnie łżąc. Policjanci muszą więc zweryfikować, co w skonstruowanym przez Stecia życiorysie jest prawdą.
    Tak będzie prościej jest nie tylko opowieścią o zbrodni, ale również o latach 90. XX wieku, Polsce, która znajdowała się na etapie gruntownych przemian. Semczuk zawarł w powieści bardzo wiele ciekawostek na temat życia codziennego w tym okresie. Czasami we fragmentach społeczno-obyczajowych autor nazbyt detalicznie opisuje, jak wyglądało życie w latach 90. Może jednak jest to tylko mój problem, bo doskonale pamiętam tamte lata, więc te motywy uznawałem za oczywiste. Pewnie jednak dla młodszego czytelnika mogą być frapujące, poznawczo świeże, bo - jak sądzę - postrzega je on jako równie "egzotyczne" jak, powiedźmy, okres międzywojenny.
    Tło społeczne tłem społecznym, Semczuk już wcześniej udowodnił, że potrafi na ten temat pisać zajmująco, ale co z warstwą stricte fabularną? Jest całkiem nieźle. Autor wykreował kilka interesujących postaci, z inteligentnym, choć niezbyt pozbieranym życiowo policjantem Ciszewskim na czele. Wymyślił kilka naprawdę świetnych, zapadających w pamięć scen, przede wszystkim związanych z wyprawami policjantów na Śnieżkę. Wyraźnie widać, że Semczuk ma dryg do pisania fikcji. Czy pisarz ruszy dalej tą drogą. Zobaczymy.
    Ja czekam.

wtorek, 28 sierpnia 2018


Wyliczanki


Magdalena Grzebałkowska, Komeda. Osobiste życie jazzu, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, s. 511.
   
    Opowieść o Krzysztofie Komedzie, jednym z gigantów polskiego jazzu, i kształtowaniu się rodzimego światka jazzowego - już samo to wystarczy jako zachęta do sięgnięcia po książkę. Tym bardziej dla kogoś takiego jak ja, kogoś kto jazzu słucha od dawna. Do tego dochodzi jeszcze osoba autorki, Magdaleny Grzebałkowskiej, która napisała wręcz wzorcową, jeśli chodzi o biografistykę, książkę Beksińscy. Portret podwójny. Wprawdzie później Grzebałkowska wydała taki sobie tom 1945. Wojna i pokój, jednak liczyłem, że temat Komedy, trudny, ale niezwykle intrygujący, wyzwoli w pisaniu reporterki wszystko co najlepsze. Czy tak się stało? Przyznam od razu, że kończyłem lekturę książki z mocno mieszanymi odczuciami.
    Z miejsca nasunęło mi się kluczowe pytanie: o czym właściwie jest nowa książka Grzebałkowskiej? Oczywiście, szkielet tekstu stanowi biografia Komedy, tylko tylko że z historią życia znanego jazzmana jest problem, który został zasygnalizowany już w paratekście umieszczonym na czwartej stronie okładki: "Człowiek tajemnica. Listów nie pisał. Dzienników nie prowadził. Mruk". Komeda nie pozostawił po sobie wielu "twardych" tekstowych świadectw. Grzebałkowska natrudziła się, żeby odnaleźć dokumenty dotyczące życia muzyka i dotrzeć do ludzi, którzy go - lepiej lub gorzej - znali. Jednak - jak sądzę - materiałów stricte tyczących Komedy było zwyczajnie za mało na książkę, dlatego reporterka sporo miejsca poświęciła historii polskiego jazzu w ogóle, począwszy od jego czasów "sweterkowych", kiedy to granie jazzu jeśli nie było zakazane w ogóle, to postrzegane było przez władze jako podejrzane. I jak dla mnie to właśnie wątek tyczący historii jazzu jest w tej powieści najlepszy i najciekawszy, ze świetnym, by wskazać przykład, otwierającym książkę rozdziałem Pierwszy Festiwal Zespołów Sweterkowych opisującym słynny festiwal jazzowy, który odbył się w sierpniu 1956 w Sopocie.
    Kolejne dręczące mnie pytanie dotyczy metodologii biograficznej zastosowanej przez Grzebałkowską. Autorka postawiła na dokładną dokumentację, wykonując naprawdę tytaniczną pracę. Każdy przedstawiony w książce fakt z życia Komedy został "wyciągnięty" z dokumentów, materiałów znajdujących się w prasie czy książkach, świadectw ludzi, którzy znali muzyka. I - oczywiście - nie ma w tym nic złego, wręcz przeciwnie, autorka postawiła na rzetelnie sprawdzone fakty i tego się trzymała. Problem jest moim zdaniem w tym, że ta metoda słabo sprawdza się w przypadku osób, które w gruncie rzeczy były - i wciąż są - enigmą. Komeda był maksymalnie skupiony na muzyce, wycofany z życia nawet gdzieś na granicy poważnych deficytów społecznych. Był - powtórzę - tajemnicą. Grzebałkowska skoncentrowała się więc na tym, co zdokumentować się dało, w książce jest mnóstw wyliczanek składów zespołów, w których Komeda grał, opisów tras koncertowych, wyjazdów zagranicznych, zestawień wysokości zarobków i tego co sobie jazzman kupił (głównie zakupy motoryzacyjne i sprzęt muzyczny). Ma to wartość dokumentalną, ale mnogość tego rodzaju wyliczanek sprawia, że niektóre fragmenty książki są zwyczajnie nudne i nużące, a poza tym niewiele to w gruncie rzeczy mówi o jej głównym bohaterze. A przecież aż chciałoby się zapytać, jak to się działo, że osoba tak wycofana, mało przebojowa potrafiła sprawnie kierować różnymi zespołami w rozmaitych składach osobowych? Dzięki "sile spokoju" i muzycznemu geniuszowi? Albo dowiedzieć się więcej o dosyć skomplikowanych relacjach rodzinnych. Jednak wymagałoby to od autorki książki porzucenia dokumentacji na rzecz spekulacji. Grzebałkowska nie zdecydowała się na takie rozwiązanie. Moim zdaniem - szkoda.
    Życie Komedy naznaczone zostało tragiczną śmiercią, wokół której narosło wiele legend. Wydaje mi się, że wielu czytelników sięgnęło po książkę Grzebałkowskiej z nadzieją, że autorka rzuci na sprawę śmierci muzyka nowe światło. I faktycznie tak się stało (nie mogę zdradzać zbyt wiele...). Ale czy to wystarczy na dobrą biografię? Przyznam szczerze, że spodziewałem się zdecydowanie więcej po tej książce.


niedziela, 19 sierpnia 2018

Bankierzy bez głów


Petros Markaris, Niespłacone długi, przeł. Przemysław Kordos, Oficyna Noir sur Blanc, Warszawa 2018, s. 364.

   Zawsze bardzo chętnie sięgam po kryminały z krajów, które nie za bardzo kojarzą się z tym gatunkiem. Tym razem padło na Grecję i powieść Petrosa Markarisa. Zresztą na marginesie, w ogóle współczesna proza grecka jest u nas rzadko tłumaczona i słabo znana. Markaris jest już pisarzem w słusznym wieku (rocznik 1937), poczytnym, znanym także jako scenarzysta filmów Teodorosa Angelopulosa; autorem, który wciąż trzyma formę, co potwierdza powieść Niespłacone długi. Należy ona do serii z policjantem z Aten Kostasem Charitosem, a zarazem do wydzielonej w cyklu tzw. Trylogii kryzysu, więc - jak łatwo się domyślić - jej akcja rozgrywa się w szczytowym momencie kryzysu gospodarczego i finansowego, który niedawno boleśnie dotknął Grecję.
    Niespłacone długi są miksem kryminału procedur policyjnych i powieści obyczajowo-społecznej. Osią intrygi kryminalnej jest seria brutalnych zabójstw: w Atenach giną bankierzy albo ludzie związani z rynkiem finansowym, zarówno Grecy, jak i obcokrajowcy, którym ktoś jednym cięciem odcina głowy, a przy ich ciałach znajduje się kartka w wydrukowaną dużą literą D. Do tego rozkręca się akcja (plakaty rozwieszane w miastach, naklejki) wzywająca do obywatelskiego nieposłuszeństwa i niespłacania kredytów bankowych. Śledztwo prowadzi Charitos wraz ze swoimi podwładnymi - z dużym trudem, bo wciąż musi zmagać się z naciskami "z góry", domagającej się jak najszybszego zamknięcia sprawy, która godzi w i tak już nadszarpnięty wizerunek kraju.
    Intryga w powieści Markarisa jest precyzyjnie skonstruowana i poprowadzona, trzyma w napięciu, a zakończenie zaskakuje. Trochę gorzej - jak na mój gust - jest z opisem przebiegu samego śledztwa. Jak to zwykle bywa w kryminale procedur policyjnych jest bardzo wiele scen rozpytywań, przesłuchań, narad na różnych szczeblach (w tym ministerialnym). Zdaję sobie sprawę, że pisarz chciał pokazać specyfikę działania greckiej policji, grzęznącej w zbiurokratyzowanych strukturach i politycznych gierkach, mógł jednak część tych scen sobie darować. Trochę drażniły mnie też powtarzające się opisy tras pokonywanych samochodem przez bohatera, skrótów i objazdów, dzięki którym omijał korki. Za trzecim czy nawet piątym razem daje to jakiś smaczek i wyobrażenie o codziennym życiu w Atenach, potem jednak monotonne wyliczanki ulic i placów zwyczajnie nużą.
     W powieści Markarisa zdecydowanie bardziej interesująca i intrygująca od warstwy kryminalnej wydała mi się warstwa obyczajowa, jak sądzę, również bardzo istotna dla samego pisarza. Nie przez przypadek powieść otwiera scena ślubu córki Charitosa a nie - jak to najczęściej bywa w kryminałach - opis zbrodni czy zbrodniarza. Oczywiście autor skupił się przede wszystkim na sprawie kryzysu. Większość czytelników, którzy jako tako interesują się tym, co dzieje się na świecie, na pewno o kryzysie w Grecji słyszała, jednak dzięki Markarisowi może się na ten temat dowiedzieć zdecydowanie więcej, by tak rzec - zobaczyć kryzys od środka. Pisarz przede wszystkim skupia się na oddaniu odczuć i nastrojów Greków. Coraz bardziej ponurych, co nie dziwi. Rośnie bieda, obcinane są pensje i dodatki do nich, mniejsze i większe firmy padają jak muchy, młodzi ludzie mają trudności ze znalezieniem pracy, tak samo jak cały kraj Grecy toną w długach, których nie są w stanie spłacać. Nic więc dziwnego, że wśród Greków narasta frustracja. Zdecydowana większość obwinia o kryzys bezduszną Unię Europejską, są jednak i tacy - zdaje się, że najbardziej rozsądni - którzy są zdania, że życie ponad stan i na permanentny kredyt musiało się skończyć, tak jak się skończyło - piękną, grecką katastrofą.
    Z Niespłaconych długów można sporo dowiedzieć się nie tylko o kryzysie, ale w ogóle o współczesnej Grecji i Grekach, ich mentalności, sposobie funkcjonowania w świecie i jego postrzegania. Pisarz pozwala sobie czasami na gorzkie uszczypliwości (uwaga n marginesie opisu trasy pokonywanej samochodem: "To logiczna trasa, z tym że logika w Grecji się nie sprawdza"), ale najczęściej pisze o swoich rodakach z ciepłą wyrozumiałością. W dużym stopniu wynika to z takiego a nie innego ustawienia kluczowych postaci drugiego planu, czyli rodziny policjanta (żona, córka, zięć). Wszyscy członkowie rodziny Charitosa są wyraziści, mają mocne osobowości, więc ich życiowe codzienne perypetie są zwyczajnie ciekawe. A przy okazji nie są to postaci wydumane, podkręcone dla samego wyeksponowania dziwactw, które mają być - niby - bardziej zajmujące. To właśnie przede wszystkim poprzez rodzinę Charitosa i jego znajomych ukazywane są problemy czasu kryzysu, które są poważne, ale jednak nie zatruwają w chorobliwym stopniu życia bohaterów. Głównie dlatego że ratują się dowcipem, dystansem, a do tego potrafią się cieszyć drobnymi sprawami i przyjemnościami (dla przykładu motyw ekstatycznego wręcz kibicowania podczas meczu piłki nożnej).
    Proza kryminalna Markarisa nie jest ani odkrywcza, ani przesadnie wyrafinowana. Jest za to zwyczajnie solidna i interesująca - głównie - w warstwie obyczajowej. Grecki pisarz stworzył też postaci, których losy chcę śledzić dalej. Ostatnimi czasy rzadko trafiam na nowe serie kryminalne, które wciągają mnie do tego stopnia, że chcę czytać kolejne tomy, a w tym przypadku trafiłem. Chętnie przeczytać drugą część Trylogii kryzysu Markarisa. 

czwartek, 26 lipca 2018

Zbawcy pszczół


Peter May, Na Szlaku Trumien, przeł. Lech Z. Żołędziowski, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2018, s. 381.

    Trylogia Wyspa Lewis Petera May'a, której akcja rozgrywa się na Hebrydach Zewnętrznych, jest - jak dla mnie - jedną z najlepszych serii kryminalnych ostatnich lat. Dostarczyła mi naprawdę wiele lekturowych przyjemności. Później szkocki pisarz postanowił porzucić w swoim pisaniu smagane wichrem i deszczem, malownicze wyspy, które opisywał z niezwykła wrażliwością, wręcz czułością, umieszczając akcję kolejnych książek w innych miejscach i pejzażach. Powieści Wyspa powrotów i Na gigancie nie były wprawdzie złe, ale ledwie średnie, co w przypadku pisarza, który zawiesił sobie poprzeczkę bardzo wysoko, sprawiło mi spory zawód. Dlatego wcale nie zdziwiłem się, że May postanowił powrócić na Hebrydy. Mimo iż powieść Na Szlaku Trumien nie jest bezpośrednią kontynuacją trylogii, czuć w niej jednak, by tak rzec, ducha tej serii.
   Jak to zwykle u szkockiego pisarza bywa, nowa powieść jest gatunkowym miksem, któremu najbliżej jest chyba do thrillera ekologicznego. Fabuła Na Szlaku Trumien (tytułowy szlak, to droga, którą w dawnych latach mieszkańcy wyspy Lewis przenosili zmarłych, by pochować ich w głębi wyspy tam, gdzie były warunki do pochówku) zbudowana została na wyrazistym, często stosowanym w prozie spod znaku zbrodni schemacie: utracie pamięci przez głównego bohatera. Sponiewierany, ledwie żywy mężczyzna odzyskuje przytomność na plaży. Wie, że stało się coś strasznego i że cudem uniknął śmierci, jednak nie pamięta, co się się stało, ani kim jest. Stopniowo dowiaduje się (od innych), że nazywa się Neal Maclean i przyjechał na wyspę Harris, by pisać książkę. Ukrywając fakt utraty pamięci, stara się dociec, kim jest. Musi się spieszyć, bo wokoło niego robi się coraz niebezpieczniej. Na pobliskiej wyspie został zamordowany mężczyzna. Neal ma niejasne odczucie, że miał z tą zbrodnią coś wspólnego. Poza tym ktoś dybie na jego życie.
    W schemat bohatera pozbawionego pamięci wbudowana została historia proekologiczna, znowu - ogrywana już dosyć często w prozie kryminalnej czy sensacyjnej. Wielki koncern chemiczny wprowadził do sprzedaży środek ochrony roślin, który niszczy populację pszczół, choć miał być dla owadów nieszkodliwy. Grupa zaangażowanych naukowców potajemnie prowadzi badania, które mają udowodnić, że środek zabija - choć nie od razu - pszczoły i powinien zostać bezwarunkowo wycofany z rynku.
    Jak już wspominałem, May zbudował nową powieść na czytelnych, zgranych schematach, jednak autorowi tak udało się poprowadzić opowieść, że nie miałem odczucia, że czytam powieść przewidywalną. W wątku utraty pamięci May zastosował podwójny twist, dzięki czemu napięcie w całej historii utrzymuje się niemal do ostatniej strony. Także wątek eko szkocki pisarz ustawił trochę inaczej niż to zwykle bywa w tego rodzaju książkach. Najczęściej dominuje w nich czarno-biały schemat: pazerne korporacje są złe, ekolodzy dobrzy i nieustępliwi do tego stopnia, że zawsze tryumfują. May domieszał do tego tematu więcej szarości. Oczywiście, w Na Szlaku Trumien korporacja jest nieodmiennie zła i pazerna, jednak druga strona nie jest wcale krystalicznie czysta, bo ideały, jak to ideały, czasami przegrywają z kuszącą wizją góry pieniędzy.
    Podobnie jak we wcześniejszych powieściach "hebrydzkich" w nowej powieści May'a pojawiają się wątki poboczne, jednak ściśle wplecione w główny tok fabuły. Jest więc w niej historia sprzed lat: latarników z niezamieszkałej wyspy, którzy zniknęli bez śladu w niejasnych okolicznościach. A także historia nastolatki, która nie umie się pogodzić ze śmiercią ojca i pogrąża się w destrukcyjnym buncie. Już w powieści Na gigancie May pokazał, że umie w pogłębiony i poznawczo interesujący sposób ukazywać perypetie nastolatków. Ten wątek obyczajowy w Na Szlaku Trumien dodaje opowieści dodatkowego smaczku.
    May wrócił na wyspę Harris. I dobrze, bo wrócił też do świetnej formy pisarskiej. Wprawdzie akcja nowej powieści May'a nie jest nazbyt chyża ani krwawa, ale przecież nie tego szukam od jakiegoś czasu w prozie szkockiego pisarza. A zatem czego? Psychologicznych subtelności, historii outsiderów, którzy zawsze idą pod prąd, malowniczych opisów przyrody czasami strasznej i groźnej, czasami niewyobrażalnie pięknej. Do tego dochodzi jeszcze wysublimowany styl tej prozy. Czegóż chcieć więcej?

czwartek, 1 marca 2018

Igrając z ogniem


Anna Cieplak, Lata powyżej zera, Znak Literanova, Kraków 2017, s. 270.

    Powieści pokoleniowe pojawiają się cyklicznie, mniej więcej co dekadę, a niektórzy z ich autorów uznani zostają za "głosy pokolenia". Są cykliczne niczym święta, choć akurat w przypadku tych książek zwykle nie za bardzo jest co świętować. To nie żadna rewelacja, jedynie proste stwierdzenia faktu. I nie ma nic dziwnego w tym, że kolejne pokolenia piszących starają się ukazać własne - mniej lub bardziej zmitologizowane - początki, osadzić się w rzeczywistości i umiejscowić na ciągle zmieniającej się mapie literatury. Powieści pokoleniowe nieodmiennie budowane są wedle powtarzalnego w nieskończoność schematu opowieści inicjacyjnej (pierwsza miłość, pierwsze zetknięcie ze śmiercią, pierwsze wybory życiowe...) obudowanej playlistami najważniejszych piosenek, wyliczankami "lektur formujących", odniesieniami do najważniejszych wydarzeń historycznych z lat dziecięcych i nastoletnich oraz szkolnymi anegdotkami. Właściwie powieści pokoleniowe są przewidywalne jak brak słońca w listopadzie. Bez czytania wiadomo, jak są zbudowane i jak się skończą. Zmieniają się w nich jedynie drobne elementy tła. W jednym "rzucie" tych powieści jest dojmujący brak Teleranka i gumy Donald z obrazkami, w drugim - zawalające się dwie wieże i ostatnia kaseta VHS. Krótko rzecz ujmując, nie za bardzo jest powód, aby je czytać, jeśli odbyło się już kilka pokoleniowych rund.
    Ziemowit Szczerek, zachęcając do przeczytania powieści Anny Cieplak Lata powyżej zera, stwierdza, że jest to "pokoleniowy manifest" i dodaje: "Koniecznie. To jest książka o was". "Manifest" uznaję oczywiście za wpisaną w poetykę blurba przesadę. Zdawałem sobie też sprawę, że w moim przypadku będzie to z pewnością lektura niekonieczna, ponieważ w owym "was" moje "ja" z pewnością się nie mieści. Jednak przeczytałem powieść Cieplak, nawet dwukrotnie, co nie jest wielkim osiągnięciem, ponieważ książka jest krótka. A później zacząłem zadawać sobie pytania. Odpowiedź na pierwsze z nich jest oczywista. Po co przeczytałem Lata powyżej zera? Z ciekawości krytyka literackiego, którego zainteresował fenomen autorki Ma być czysto, ostatnio jakże często nominowanej i nagradzanej. Z odpowiedzią na pytanie drugie, czy jest w nowej powieści Cieplak coś wartościowego albo choćby intrygującego, miałem już większy problem.
    Jak już wspominałem, szkieletem każdej powieści pokoleniowej jest historia dojrzewania. Jak prezentuje się ona w powieści Cieplak? Rzekłbym, jak każda inna. Główną bohaterką powieści, a zarazem narratorką, jest Anita, urodzona w 1987 roku, mieszkająca w Będzinie. Pochodzi z przeciętnej rodziny (ojciec budowlaniec pracujący w szarej strefie, matka fryzjerka), mieszka na blokowisku, jest trochę osobna ("Nie nadawałam się do czynności grupowych", s. 26), ale nie aż tak, by nie mieć przyjaciół i znajomych. Mimo iż pozuje na "kolorowego ptaka", właściwie jest zwyczajną nastolatką. Akcja powieści zaczyna się w roku 2001, kiedy bohaterka jest jeszcze w gimnazjum. Po kolei opisywane są kolejne wtajemniczenia Anity, pierwszy papieros palony za śmietnikiem i pierwszy alkohol, fascynacje chłopcami a potem mężczyznami, poszukiwanie życiowej pasji (muzyka, fotografia), doświadczenie utraty bliskiej jej babki, nieszczęśliwa miłość zakończona gwałtem, wyjazd do pracy w Szkocji. Tak w skrócie. Nie ma w historii Anity nic oryginalnego, nie jest ani specjalnie pogłębiona, ani zwyczajnie ciekawa. Cieplak po prostu zestawia ciąg scenek i anegdotek obrazujących blaski i cienie czasów dojrzewania. Nawet istotny i ważny motyw przemocy seksualnej, który aż prosił się o rozwinięcie, został w powieści potraktowany po łebkach. Anita po pierwszym szoku kwituje sprawę gwałtu pełnym nastoletniego fatalizmu (podobnie jak jej przyjaciółka niechcianą ciążę) stwierdzeniem, że jest źle, a będzie jeszcze gorzej.
    Spotkałem się z opiniami, że wartością samą w sobie jest, że powieść pokoleniową napisała kobieta, wchodząc na teren wcześniej zarezerwowany dla pisarzy. Nie zgodzę się. Wystarczy przypomnieć sobie spór z lat 90. ubiegłego wieku dotyczący prozy męskiej i "prozy menstruacyjnej", który po latach wydaje się bzdurny, by nie rzec, żenujący, czy choćby powieść Doroty Masłowskiej Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną (zresztą przywoływaną w książce Cieplak), aby stało się jasne, że autorka Lat powyżej zera nie przedziera się przez chaszcze, wytaczając nowy szlak.
    Jeśli wątek inicjacyjny nie jest wiele wart, to może Cieplak ciekawie pokazuje polską prowincję lat pierwszych? Właściwie można by to uznać za pytanie retoryczne, zważywszy, że nasz prowincja została już gruntownie opisana zarówno w prozie fabularnej, jak i reportażach, więc trudno się było spodziewać, że autorka Lat powyżej zera znajdzie zupełnie nowy patent opisu Polski B. Oczywiście, jest w powieści garść obserwacji socjologicznych tyczących życia na prowincji w pierwszej dekadzie nowego wieku: problemy z pracą, balansowanie na granicy ubóstwa, masowe wyjazdy na brytyjskie wyspy szczęśliwe. Problem jednak w tym, że bohaterkę prowincja absolutnie nie obchodzi. Małą ojczyzną Anity nie jest Zagłębie czy Będzin tylko blokowisko ("Nasze Zagłębie to już inna historia. Ale zasadniczo zupełnie nie ma dla nas znaczenia, skąd jesteśmy i co się z tym wiąże", s. 167). Tyle tylko że Cieplak o mikroświecie blokowiska nie mówi (znowu) nic nowego.
    W takim razie jeśli nie inicjacja i socjologia, to może chociaż język? Może Cieplak wymyśliła niebanalny styl opisu tego, co dobrze rozpoznane i wielokroć opisane? Nie do końca. Trudno jest odmówić autorce Lat powyżej zera językowego szwungu. Umie zakręcić frazą, wymyślić zgrabny bon mot, miksować elementy pochodzące z różnych rejestrów mowy. Jednak dostrzegam w nowej powieści Cieplak pewną językową zachowawczość. Warstwa językowa powieści utkana została po trosze z wszystkiego: mowy potocznej, pełnej popkulturowych odniesień, młodzieżowego slangu, tanich poetyzmów, jakże charakterystycznych dla nastolatków, i słów powszechnie uznawanych za obelżywe. Jednak tak na prawdę jest to styl zrobiony "na miękko", w ten sposób, aby właściwie był dla każdego czytelny i nikogo specjalnie nie raził. Mogę w tym miejscu przywołać ulubioną przez blogerów literackich frazę: "Dobrze i szybko się czyta"... Daleko Cieplak do językowej wynalazczości i bezkompromisowości Masłowskiej.
    Jest jednak w Latach powyżej zera wątek, który naprawdę mnie zaintrygował. Nazwałbym go kwestią naiwności. Anita, w odróżnieniu od swojej najlepszej przyjaciółki, nie chce pozostać w osiedlowym światku. Jak sama to określa, zatacza coraz większe kręgi - poza osiedle, poza Będzin. Jest ciekawa nowych ludzi, kolejnych wyzwań. Poszukuje, jak to wrażliwa nastolatka. Tyle tylko że jest zbyt naiwna, emocjonalnie rozedrgana, albo zwyczajnie nazbyt niedoświadczona, żeby panować nad tym, co dzieje się z nią i wokoło niej. Rzuca się głową w dół w świat, którego do końca nie rozumie. Nietypowe związki, mordercze imprezy, niebezpieczne zachowania. Staje się, że odwołam się do tytułu powieści Stiega Larssona, dziewczyną, która igra z ogniem. Pod koniec powieści okazuje się, że były chłopak Anity ma HIV. Książka ma otwarte zakończenie, nie wiemy, co dalej będzie z bohaterką. I dopiero w tym momencie zaczyna robić się ciekawie. Tyle tylko że narracja się urywa. bo urwać się musi. To już nie jest porządek opowieści pokoleniowo-inicjacyjnej. A szkoda.
    Z powieściami pokoleniowymi jest ten problem, że zwykle poruszają jedynie czytelników z tego samego pokolenia co autor. Jestem z innego pokolenia niż Cieplak, więc stało się, jak się stać miało. Przeczytałem Lata powyżej zera (dwa razy, że przypomnę) i w sumie mogę napisać jedynie tyle - książka do przeczytania i zapomnienia.

poniedziałek, 26 lutego 2018

Zaaresztowane słowa


Mariusz Sieniewicz, Plankton, Wydawnictwo Znak, Kraków 2017. s. 348.

    Mariusz Sieniewicz już od debiutanckiej Prababki (1999) jawił się jako pisarz otwarty na rzeczywistość i czujny obserwator przemian społeczno-obyczajowo-politycznych. Jak wielu prozaików z tzw. roczników 70. w dużym stopniu bazował na doświadczeniach własnych i swoich rówieśników, jednak pisarz z Olsztyna wyróżniał się tym, że w niewielkim stopniu zajmowały go publicystyczne aktualia, nie gonił za głośnymi tematami. Sieniewicza interesowały (i wciąż interesują) nie tyle ulotne fakty i wydarzenia, których "żywotność" w dobie medialnej nadprodukcji "informacji" jest krótka, co raczej opisywania i analizowanie mechanizmów zmiany. Prawdopodobnie dlatego tak chętnie sięgał po formę dystopii - po raz kolejny w nowej powieści zatytułowanej Plankton.
    Akcja powieści rozgrywa się w roku 2092, po dwóch krwawych wojnach z islamistami, które diametralnie zmieniły sytuację geopolityczną w Europie. Wyznawcy Mahometa między innymi zajęli Włochy, co spowodowało, że papież przeniósł się do Sztokholmu, stoją też u południowych granic Polski. Choć właściwie takiego kraju już nie, jest Polacja, coś w rodzaju federacji autonomicznych, zamkniętych miast, których stolicą formalnie jest Olsztyn. Terytoriów pomiędzy miastami właściwie nikt w pełni nie kontroluje. Zaś miastami rządzi kler katolicki. Sieniewicz kreśli wizję państwa, w którym "(...) religia jest głównym i wiodącym dyskursem publicznym" (s. 186). Księża i zakonnicy zarządzają wszelkimi dziedzinami życia, od spraw ducha po sprawy materii. Wprawdzie istnieje fasadowa klasa polityczny, ale jest ona do tego stopnia pozbawiona wpływów i znaczenia, że na kluczowe stanowiska laickie wyznaczane są androidy. Kościół nie tylko faktycznie rządzi Polacją, ale dąży do tego, aby sprawować absolutną władzę nad mieszkańcami kraju, kontrolować nie tylko ich zachowania, ale nawet myśli, marzenia czy wspomnienia, czemu służą nowinki technologiczne wykorzystywane bardzo umiejętnie przez kler jako swoistą (zazwyczaj wirtualną) smycz na obywateli. Celem działań Kościoła, określanym nie wprost, jest całkowite ujednolicenie mieszkańców Polacji, pozbawienie ich podmiotowości i koniec końców doprowadzenie do stanu, kiedy wszyscy będą myśleć tak samo, pragnąć tego samego, co osiągane jest dzięki wszechobecnej propagandzie, ale również fizycznemu "formatowaniu" umysłów ludzi niepokornych, co odbywa się przy użyciu specjalnych urządzeń, na przykład onirografów. Co koniec końców sprawia, że jak to ujmuje zakonnik Artur -  mieszkańcy Polacji żyją "w świecie projektowanym" (s. 287). Albo, inaczej rzecz ujmując, zmienią się w tytułowy plankton ("[...] nowy człowiek to homo planctus", s. 303), bezwolną masę "żyjątek" unoszącą się na fali, której pływami steruje Kościół.
    To właśnie braciszek Artur, należący do zakonu kapucynów, jest głównym bohaterem a zarazem narratorem powieści. Kapucyni traktowani są przez inne zakony z przymrużeniem oka jako swoiści prostaczkowie boży, którym przydziela się mniej ważne zadania i funkcje. Co nie znaczy, że mogą robić, co im się żywnie podoba. Artur podczas wycieczki rowerowej z córką (w wykreowanej przez Sieniewicza rzeczywistości Kościół zniósł celibat) łamie zakaz wypuszczania się poza granice Olsztyna. Za karę zostaje wysłany do Krakowa, który na skutek ataku terrorystycznego został nieomal zmieciony z powierzchni ziemi. Bohater myśli, że będzie tam przede wszystkim niósł pomoc i pociechę potrzebującym, szybko jednak okazuje się, że machina kościelna, której jest częścią, ma inny cel. Pod przykrywką poszukiwania "islasusłów", czyli zakamuflowanych agentów wroga, zaczyna się w ruinach Krakowa "zwieranie szeregów", czyli eliminowanie ludzi niepokornych, innych albo jedynie nie w pełni zgadzających się z obowiązującą doktryną. Artur próbuje buntować się, ale z mizernym skutkiem, bo szybko zostaje poddanym ujednolicającej resocjalizacji. Działania Kościoła są przygotowaniami do kolejnej wojny z niewiernymi, a znakiem jej początku staje się - przedstawiona w ostatnim rozdziale powieści - wielkopiątkowa procesja, na czele której idą dzieci, co jest oczywistym nawiązaniem do słynnej krucjaty.
    Dystopie zasadzają się na chwycie, polegającym na tym, że współczesne zagrożenia, problemy czy lęki są ekstrapolowane w świat przyszłości czy też odmienny od rzeczywistego świat fikcyjny. Nie inaczej jest w nowej powieści Sieniewicza. Olsztyński pisarz nie żałuje czarnej farby w odmalowywaniu wizji przyszłości wywiedzionej z teraźniejszości. Nazwałbym Plankton summą wszystkich współczesnych strachów do n-tej potęgi. Powieść stanowi istny katalog jakże dobrze znanych nam problemów: zamykanie się społeczeństw z obawy przed (rozmaicie nazywanymi) obcymi, prześladowanie inności, rozwój technologii, które stanowić mogą źródło inwigilacyjnej opresji, katastrofa ekologiczna itd., itp. Jednak Sieniewicza najbardziej zdają się interesować (albo inaczej - najbardziej leżą pisarzowi na sercu) dwie kwestie, które zresztą od jakiegoś czasu stanowią wektory rozwoju jego pisarstwa: religii, czy ogólniej - religijności, oraz kobiet. Autor kreśli wizję Polacji jako państwa teokratycznego, w którym wszelkie aspekty życia podporządkowane są religii a absolutną władzę sprawuje Kościół katolicki. Jak każdej władzy, tak w tym przypadku Kościołowi zależy, aby sprawnie zarządzać i realizować własne cele, a najłatwiej tego dokonać, mając do czynienia z homogenicznym i całkowicie kontrolowanym społeczeństwem. Być może jest to jeszcze jakaś, choć upiorna, wersja katolicyzm, ale z chrześcijaństwem nie ma już nic wspólnego. W rzeczywistości zaprojektowanej przez Sieniewicza po raz kolejny odrodził się patriarchat, na straży którego stoi Kościół, przyjmujący bardzo opresyjne formy. Wystarczy podać przykład, że zakonnicom zostaje odebrane prawo głosu - dosłownie, wycina im się języki. I właśnie - język...
    Jak dla mnie w Planktonie najciekawsze są wątki związane z językiem, a dalej - także twórczością i literaturą. W świecie wymyślonym przez pisarza z Olsztyna język ma być narzędziem kontroli nad społeczeństwem. Jak we wszystkich ustrojach totalitarnych albo ku totalitaryzmowi zmierzających. Narrator stwierdza: "Świat po zamachach domagał się jednoznaczności, czerni i bieli" (s. 153). W takim świecie język, aby skutecznie spełniał funkcje kontrolne i propagandowe, także musi być jednoznaczny. Znaczenia słów muszą być jasno zdefiniowane, nie ma miejsca na na semantyczne niuanse i swobodne interpretacje. Jednak język nieodmiennie ma w sobie potencjał zmiany, by nie rzec - anarchii. Dlatego Kościół tworzy specjalne agendy, które kontrolują sieć i usuwają z niej słowa nazbyt wieloznaczne lub z jakichś powodów niewygodne, "aresztując" je i zamykając w "obozie koncentracyjnym języka" (s. 254). W sytuacji, kiedy w dyskursie publicznym język jest formatowany, niemożliwa staje się jakakolwiek prawdziwa twórczość literacka, a pisarz staje się kimś w społeczeństwie zbędnym, a nawet z założenia podejrzanym: "Słowo 'pisarz" stało się synonimem persony mętnej, judaszowej, ale też w gruncie rzeczy - kompletnie bezużytecznej społecznie" (s. 194). Ale też potencjalnie groźnej, ponieważ groźny w świecie jednoznaczności jest sam język. Nieprzypadkowo główny bohater w momentach buntu czy choćby uświadomionej niezgody na to, co dzieje się wokoło niego i w czym musi uczestniczyć, traci kontrolę na własnym językiem. Zaczyna się jąkać, plątać słowa, tworzyć kontaminacje wyrazów i ich ciągi, które nabierają zupełnie nowych, niespodziewanych znaczeń. W tych momentach gładka powłoka (nowo)mowy narzuconej mu z zewnątrz pęka, a spoza niej wyziera jego własna, nieskrępowana myśl, którą próbuje wyrazić się na swój własny sposób. Indywidualny i niepowtarzalny. Myśl, która nie jest spacyfikowana wymogiem jednoznaczności, w której jest miejsce na wyrażanie zwątpienia i emocji, niepewności i rozchwiania. Być może jest ona kaleka, "zająkliwa", ale jest własną myślą. Tyle tylko że - jak już wspomniałem - brat Artur zostaje spacyfikowany. W ostatnim rozdziale już się nie jąka. Gładkie i w gruncie rzeczy pozbawione znaczenia frazy płyną bez przeszkód z jego ust. Już się nie waha, nie wątpi. Ale też w gruncie rzeczy nie mówi, podobnie jak pozbawione języka zakonnice, staje się jedynie tubą dla sformatowanego, propagandowego języka. Nie ma więcej żadnej nadziei? Również dla nas, skoro Plankton jest projekcją w przyszłość doświadczanych przez nas zagrożeń i lęków?
    Nowa powieść Sieniewicza jest pełna stylistycznych zadziorów, chropawa, drażniąca i dręcząca; naszpikowana piętrową metaforyką, neologizmami i "trudnymi słowami", których tak nie lubią współczesne media. Sam miałem problem, żeby przeczytać za jednym razem więcej niż 20-30 stron tekstu. Spotkałem się z opiniami, że powieść jest językowym dziwolągiem pozbawionym ciekawej fabuły, rodzajem "językowej jazdy po bandzie" (określenie Huberta Klimko-Dobrzanieckiego). Zgoda, fabuła jest taka sobie, ale też - będę się przy tym upierał - w Planktonie nie chodzi o "dzianie się" czy nawet katalogowanie współczesnych strachów. W Planktonie chodzi o język. W słowie odautorskim Sieniewicz wskazuje, że powieść jest - między innymi - "epilepsją języka", co potwierdza, że autor świadomie wybrał taki a nie inny styl i jednocześnie zaprojektował w tekście określony tryb lektury. Zająkliwy styl (jak jąkanie się bohatera) wytrąca z rytmu lektury, stawia opór. Zmusza do wysiłku, namysłu nieomal nad każdym słowem, zdaniem. Pokazuje jak język odkształca obraz rzeczywistości. Może ją zakłamywać, ale równie dobrze - pomagać w dotarciu poza iluzoryczną powłokę tworzoną przez uproszczone, spreparowane przez specjalistów od manipulowania społeczeństwami "narracje". A jest to temat obecnie niezwykle ważny i poważny. Żyjemy w czasach niszczenia języka, celowego upraszczania, odzierania z mnogości sensów i znaczeń. W mediach, o internecie nawet nie wspominając, dominuje lekkostrawna językowa papką, która na dodatek często niewiele ma wspólnego z poprawną polszczyzną. Bo trzeba mówić szybciej, bo trzeba podawać jak najwięcej "informacji". I nic to że najczęściej są to informacje "puste", które niewiele albo zgoła nic nie komunikują odbiorcy. Niestety pisarze nie przeciwstawiają się stanowczo niszczeniu języka, co więcej, widać wyraźnie, że z roku na rok coraz więcej jest książek pisanych "stylem zero", przezroczystym. Rezygnacja z sygnatury autorskiej, własnego języka jest niebezpieczna. Język stanowi jedno z narzędzi poznawania i opanowywania świata. Pozbawieni własnego, indywidualnego języka stajemy się bardziej podatni na zmanipulowane "narracje", by odwołać się do słowa odmienianego przez wszystkie przypadki w dyskursie publicznym. Plankton Sieniewicza odczytuję głównie jako wezwanie do - by przywołać tytuł innej, ważnej powieście pisarza - rebelii językowej, która będzie walką o sens i wartości. Bez własnego języka będziemy bezbronni. Tego należy się lękać. I to już nie jest jedynie strach z zaprojektowanej przyszłości. On właśnie zagląda nam w oczy.

niedziela, 11 lutego 2018

Dlaczego?


David Vann, Legenda o samobójstwie, przeł. Dobromiła Jankowska, Wydawnictwo Pauza, Warszawa 2018, s. 256.

    Pisarze nie tak znowu często dotykają tematu samobójstwa. Dlaczego? Otóż właśnie dlatego, że clou problemu samobójstwa jest odpowiedź na pytanie, dlaczego ktoś zdecydował się odebrać sobie życie? To zagadka dla tych, którzy zostają i próbują odnaleźć motywacje samobójcy. Wbrew temu, o czym często czyta się w powieściach kryminalnych czy widzi w filmach, wcale nie jest normą, że samobójcy zostawią listy pożegnalne. Zostawiają po sobie raczej niepewność, niepokój i ból. I oczywiście to pytanie - dlaczego? Na które zazwyczaj nie ma jasnej, prostej odpowiedzi. Bliskim samobójcy pozostają zazwyczaj jedynie spekulacje na temat motywów targnięcia się kogoś na własne życie.
  Napisać dobrą, pogłębioną psychologicznie powieść o samobójstwach nie jest łatwo. Najczęściej to się nie udaje. Amerykańskiemu pisarzowi Davidowi Vannowi też łatwo nie było. Debiutancką książkę zatytułowaną  Legenda o samobójstwie pisał prawie dziesięć lat, ponad dekadę szukał jej wydawcy. W końcu znalazł, książka trafiła do czytelników i odniosła sukces. I dobrze, bo dzięki temu mamy okazję czytać naprawdę świetną prozę. Vannowi nie było lekko także z tego powodu, że swoją prozę oparł na wyraźnym wątku autobiograficznym - jego ojciec popełnił samobójstwo, kiedy pisarz był dzieckiem.
    Można się spierać, czy Legenda o samobójstwie jest zwykłą powieścią czy też powieścią w opowiadaniach, fakt faktem - składa się z pięciu krótszych tekstów i jednego, zatytułowanego Wyspa Sukkwan, dłuższego, jak dla mnie kluczowego i najlepszego w całej książce. Wszystkie rozwijają się wokół sprawy samobójstwa pogubionego życiowo i emocjonalnie mężczyzny w średnim wieku. Vann wybrał rozwiązanie ryzykowne, które w efekcie dało jednak porażający efekt. I historię samobójstwa ojca, i pokomplikowanych relacji między bohaterami ukazuje przede wszystkim poprzez postać bohatera dziecięcego, chłopca, który zbyt wcześnie wciągnięty został w skomplikowane, momentami okrutne gry między dorosłymi. W Legendzie o samobójstwie dorośli krzywdzą się jakby bezwiednie, ranią, zdradzają, porzucają, a potem idą dalej, próbując od nowa, po raz kolejny, poukładać sobie życie. Chłopiec zdaj się stać jakby z boku "walk" pomiędzy dorosłymi. Dostrzega je, ponosi ich konsekwencje, ale nie wydaje się być mocno dotknięty czy zraniony. To jednak tylko pozór. Złe emocje odkładają się gdzieś na dnie nieukształtowanej jeszcze psychiki, w chłopcu narasta tłumiona agresja. Stąd tyle w książce Vanna scen zabijania zwierząt: zastrzelona wiewiórka, przejechany gołąb, rybki spuszczone w toalecie...; stąd tyle wzmianek o broni i strzelaniu, które nie są jedynie przejawem fascynacji Amerykanów wszystkim, co strzela. Przekonuje o tym opowiadanie Legenda o dobrych ludziach, w którym chłopak, bez wiedzy dorosłych, gromadzi prawdziwy arsenał i rozstrzeliwuje dom (jakże to symboliczne...); na razie tylko dom.
    Książkę Vanna porównuje się do twórczości wybornego amerykańskiego pisarza Cormaca McCarthy'ego - całkiem słusznie. Potwierdza takie rozpoznanie Wyspa Sukkwan, która jest  zbudowana na podobnym pomyśle co słynna Drogą McCarthy'ego. W Drodze ojciec i syn przemierzają postapokaliptyczny świat, szukając ocalenia czy choćby cienia szansy na przeżycie. W tekście Vanna ojciec, którego kolejny związek z kobietą się rozpadł, zabiera dwunastoletniego syna z pierwszego małżeństwa na bezludną alaskańską wyspę, aby tam spędzić przynajmniej rok. Chłopak nie ma specjalnej ochoty porzucić swojego, dobrze oswojonego świata i przenieść się na bezludzie. Wyczuwa jednak, że tego właśnie oczekują od niego dorośli i godzi się, by przeżyć tę - z założenia - traperską przygodę, która - jak łatwo się domyślić - zmienia się katastrofę. Ojciec-nieudacznik jest nieprzygotowany do życia w surowych warunkach. I źle znosi samotność we dwóch. Właściwie nie jest do końca jasne, po co ciągnął ze sobą syna na pustkowie. Żeby mieć widza swoich powtarzających się załamań? Żeby przenieść na dziecko część rozpaczy, którą miał w sobie? Żeby napawać się strachem dziecka, które nie rozumie, co dzieje się z ojcem? Mężczyzna rozpada się psychicznie, staje na skraju samobójstwa, ale nie jest w stanie się zabić. Syn obserwuje tę ojcowską psychodramę z dziwnym spokojem, nawet ratuje go, gdy rodzic podejmuje próbę samobójstwa, raczej udawaną niż rzeczywistą. Ale w końcu w chłopaku coś pęka, nagle, i strzela sobie głowę z broni ojca. Można by rzec, że syn złożył siebie samego w ofierze, aby uratować ojca. W powieści McCarthy'ego zło czaiło się na zewnątrz ojca i syna, było łatwe do zauważenia, choć trudne do uniknięcia. U Vanna drzazgi zła tkwią w środku, w psychice bohaterów, trudne do odkrycia, ale - jak się okazuje - zabójcze.
      Warto zwrócić uwagę, w jaki sposób Vann konstruuje fabułę w książce. Rozwija się ona wokół historii samobójczej śmierci mężczyzny, który był dentystą i mieszkał na Alasce. Jednak w kolejnych tekstach ta historia przedstawiana jest coraz to inaczej. Zwykle to mężczyzna strzela do siebie, ale przecież w Wyspie Sukkwan to syn popełnia samobójstwo. Przedstawiane są rozmaite okoliczności i motywacje samobójstwa oraz jego wpływ na bliskich mężczyzny. Ale przecież to "legenda" tycząca konkretnego przypadku samobójstwa, rodzaj mitu, który - jak wiadomo - zwykle ma charakter wariantowy. W ten sposób, nie wprost, Vann wskazuje, że na pytanie dlaczego ktoś odebrał sobie życie, nie ma i nie będzie definitywnej odpowiedzi, że prawda na temat tego wydarzenia nigdy nie wyjdzie na jaw. Można tylko krążyć wokół poszukiwanej odpowiedzi, to oddalając się, to zbliżając, tak jak zrobił to w swojej prozie amerykański pisarz.
    Styl prozy Vanna jest gęsty, momentami duszny, rozpięty między pewnego rodzaju czułością, widoczną choćby w opisach przyrody, a realistycznym, miejscami nawet naturalistycznym, konkretem obecnym w w przedstawieniach relacji między ludźmi. Inaczej rzecz ujmując - jest rozedrgany, a przez to frapujący. I świetnie przystaje do napięć między bohaterami, ich emocjonalnej drżączki. Bo Vann tworzy prozę pełną dusznych sytuacji, skrywanych emocji, które rozkładają bohaterów od wewnątrz, psychologicznych powikłań.
    Vann napisał książką mocną i mądrą, choć przy tym, a może właśnie dlatego, paraliżująco smutną. Ale w końcu, czy literatura jest tylko po to, żeby dostarczać nam lekturowej rozrywki?