piątek, 23 lipca 2021

Anna Kańtoch, Lato utraconych

 


 Kiedy on już powróci…


Anna Kańtoch, Lato utraconych, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2021, s. 388.


    Temat zaginięć jest jednym z najczęściej pojawiających się w rodzimych (zresztą nie tylko) kryminałach czy thrillerach. Giną kobiety i mężczyźni, giną dzieci. Bliscy, policjanci czy dziennikarze, wszyscy szukają zaginionych, najczęściej z mizernym skutkiem. Powieści o zaginięciach naprawdę jest masa. Przykłady pierwsze z brzegu? Motyw zaginięcia jest jednym z kluczowych choćby w pisarstwie Roberta Małeckiego czy Przemysława Żarskiego. Po temat zaginięcia sięgnęła również Anna Kańtoch w nowej trylogii zapoczątkowanej powieścią (nomen omen) Wiosna zaginionych. Dlaczego autorzy tak chętnie biorą się za ten temat? Zaginięcia to w gruncie rzeczy fabularny samograj. I nie, nie chcę czynić w tym miejscu wyrzutów różnym autorom, bo przy odrobinie oryginalności i finezji nawet z tak zgranego motywu da się wycisnąć coś intrygującego.
    Osią fabularną nowej trylogii Kańtoch są usiłowania głównej bohaterki, Krystyny Lesińskiej, by odkryć co przed dziesięcioleciami stało się z jej ukochanym bratem, który wyszedł ze znajomymi w góry i zniknął. Jednak w drugiej części serii, Lecie utraconych, pojawia się jeszcze inne zaginięcie. Kilkuletni Kuba znika bez śladu (także w górach). To już było grane wiele razy? Oczywiście, ale Kańtoch należy do tych autorek, które lubią rozwiązania, rozwinięcia nieoczywiste i zaskakujące. Otóż Kuba, już jako nastolatek, w dramatycznych okolicznościach powraca. I tu dopiero zaczyna robić się bardzo ciekawie. Jak już wspominałem, w powieściach kryminalnych czy thrillerach zaginieni bohaterowie zwykle albo nie odnajdują się wcale, albo odnajdywane są ich zwłoki czy szczątki. U Kańtoch jest inaczej, co przekierowuje opowieść o zaginięciu na inne tory. Dawny świat małego Kuby się rozpadł, jego rodzice się rozwiedli. Ojciec ma nową rodzinę, w tym dwie urocze córeczki. I nagle Kuba, który przez lata żył w izolacji, trafia do tej rodzinny. Straumatyzowany, wrzucony w świat, którego nie zna i chyba nie do końca rozumie. Jest to sytuacja równie trudna dla Kuby, jak i dla jego ojca oraz macochy. Na tym poziomie powieść Kańtoch jest historią oswajania obcości, której do końca nie da się znieść, zniwelować bliskością. Bo czy same więzy krwi są na tyle mocnym spoiwem, by w rzeczywisty i trwały sposób połączyć ludzi, których dzielą jakże odmienne a na dodatek trudne doświadczenia? To jedno z pytań, które stawia autorka z Katowic, pytań, na które każdy z czytelników musi odpowiedzieć sobie sam.
    Jak to zwykle u Kańtoch bywa, fabuła w Lecie zaginionych jest wielowątkowa. Osią intrygi kryminalnej jest inna sprawa niż zaginięcie. Jest rok 1999, a komisarz Lesińska pracuje jeszcze w policji. W leśniczówce dochodzi do makabrycznej zbrodni: zostaje brutalnie zamordowana cała rodzina, w tym dwie kilkuletnie dziewczynki. Odludne miejsce, brak świadków i wyraźnych tropów. Z tym musi zmagać się komisarz i jej ludzie. Śledztwo idzie jak po grudzie także dlatego, że Lesińska zmaga się z żałobą po nagłej śmierci męża. Kto zamordował całą familię? Rozwiązanie bardzo mnie zaskoczyło. (Warto w tym miejscu zaznaczyć, że mimo brutalności zbrodni autorka nie epatuje makabrą.)
    Niezwykle cenię Wiosnę zaginionych – moim zdaniem ta powieść absolutnie zasłużenie wyróżniona została Nagrodą Wielkiego Kalibru. Przede wszystkim przykuła moją uwagę kreacja Lesińskiej jako bohaterki senioralnej. To rodzaj kreacji wciąż bardzo rzadkiej w naszej prozie (nie tylko kryminalnej). W Lecie utraconych bohaterka jest sporo młodsza, wciąż pracuje w policji. Dzięki temu możemy ją poznać z innej strony, odkryć inne aspekty jej osobowości. Taka swoista retrospekcja w rozpisanej na trzy tomy historii ma swoje plusy. Przyznam jednak, że trochę mi tęskno do Lesińskiej emerytki. Logika rozsnuwanej przez Kańtoch fabuły sugeruje, że w części trzeciej znowu pojawi się bohaterka w wieku emerytalnym. Co bardzo mnie cieszy.
    Po lekturze Lata utraconych zastanawiałem się, która z części tej trylogii jest lepsza. Nie umiem tego rozstrzygnąć, bo te powieści są zwyczajnie inne, chociaż wpisane w to samo fabularne uniwersum. Każda z nich w inny sposób wzbogaca rozwijaną przez autorkę historię. I niech tak zostanie.
 

poniedziałek, 19 lipca 2021

Przemysław Żarski, Cierń

 


 Blizny, które pozostają


Przemysław Żarski, Cierń, Czwarta Strona, Poznań 2021, s. 463.


    W pandemicznym roku 2020 mało czytałem (z różnych względów) polskich premier kryminalnych, dopiero niedawno zacząłem nadrabiać zaległości i trafiłem na prawdziwą perełkę, czyli trylogię sosnowiecką Przemysława Żarskiego, na którą składają się powieści Ślad, Blizna oraz (niedawno wydana) Cierń. Jak dla mnie jest to jedna z lepszych, mocniejszych trylogii kryminalnych ostatnich lat. Dlaczego?
    Żarski wybrał nieoczywiste, mało wyeksploatowane w prozie kryminalnej miejsce akcji, czyli Sosnowiec w Zagłębiu. Jest to miasto z niewątpliwym potencjałem, w którym można znaleźć naprawdę świetne lokalizacje kryminalne (kto był tam, ten wie). W wielu kryminałach przestrzeń miejska traktowana jest przez autorów jedynie jako niezbędne tło, służące temu, aby bohater mógł skręcić z jednej ulicy w drugą, przejechać przez konkretne skrzyżowanie albo zauważyć charakterystyczny dla danego miasta budynek. W trylogii Żarskiego przestrzeń Sosnowca (te wszystkie stawy i laski, kwartały gęstej zabudowy i znajdujące się w obrębie granic miasta pustkowia) została integralnie zespolona z kryminalnymi intrygami. Innymi słowy – Sosnowiec jest ni mniej, ni więcej jednym z bohaterów tych powieści.
    Głównym bohaterem w kryminałach Żarskiego zdaje się być komisarz Robert Kreft z sosnowieckiej komendy, ale w gruncie rzeczy mamy tu do czynienia z bohaterem zbiorowym, ponieważ autor wiele miejsca poświęca także innym policjantom – Błażejowi Urydze czy Marcie Rybickiej. Każdy z tej trójki ma rozpisaną w szczegółach historię, każda z tych postaci ukazywana jest w pogłębiony psychologicznie sposób. Są po prostu jacyś. Mają swoje traumy i problemy, ale ukazywane przez autora tak, że nie miałem wrażenia, że mam do czynienia z kolejnymi inkarnacjami „policjanta po przejściach”. Bohaterów zbiorowych w naszej prozie kryminalnej nie ma zbyt wielu, pewnie dlatego że jest to trudniejsze do rozwinięcia i sensownego poprowadzenia rozwiązanie niż prowadzenie w narracji pojedynczego bohatera. Żarskiemu w kolejnych powieściach udało się bohaterów bardzo zgrabnie osadzić w fabule.
    A wreszcie – w kryminałach Żarskiego nie chodzi jedynie o kryminalne zagadki i opisy zbrodni. Mówiąc najprościej, są o czymś. Oczywiście na plan pierwszy w całej trylogii wysuwa się kwestia samobójstw. Matka Krefta popełniła samobójstwo, kiedy ten był kilkuletnim chłopcem, widział to i wciąż zmaga się z traumą i nieprzepracowanym do końca poczuciem dojmującej straty. Również niektóre ze spraw, które prowadzą Kreft i spółka dotyczą samobójstw. Jest to temat trudny, bolesny a zarazem delikatny i mało który prozaik potrafi go udźwignąć. Sam o tym wiem, bo zmagałem się z nim w kryminale Zginę bez ciebie. Żarski moim zdaniem dobrze sobie z nim poradził, wyszedł poza komunały rodem z soft psychologii, skupiając uwagę przed wszystkim na ukazywaniu blizn u osób, których bliscy popełnili samobójstwo, blizn, których nie da się w żaden sposób usunąć. Bo są widoczne i drażniące, niczym tkwiący w skórze cierń.
    W Cierniu historia zaczyna się od znalezienia na budowie szczątków ludzkich oraz znowu od sprawy samobójstwa kobiety. Jak to jest zawsze w przypadku zamknięcia trylogii, Żarski splata i domyka rozpoczęte wcześniej wątki. Robi to nieśpiesznie, akcja wcale nie pędzi jak szalona (to lubię!), ale prowadzi całą historię ku zakończeniu w sposób konsekwentny i z dbałością o detale, z każdą stroną budując coraz większe napięcie (za wiele nie mogę zdradzić). Aż do finału, który jest smutny. Oczywiście, jak to jest w kryminałach, zło zostaje ukarane, jednak cena, którą przyjdzie za to zapłacić, jest naprawdę wysoka.
    Wspomniałem o smutku, bo właśnie to uczucie towarzyszyło mi podczas niemal całej lektury tej powieści. Smutku dojmującym. Ostatnie zdanie powieści brzmi: „Zrozumiał, że czas wyrwać tkwiący w sercu cierń i zacząć żyć” (chodzi o Krefta). Komisarz przez dziesięciolecia zmagał się z żalem i rozpaczą po samobójczej śmierci matki. Nic dziwnego, ponieważ samobójstwa boleśnie ranią tych, którzy pozostają żywi i próbują – zazwyczaj bezskutecznie – zrozumieć, dlaczego ktoś bliski zdecydował się na tragiczny, ostateczny krok, dlaczego ich opuścił, porzucił. Kreft koniec końców odkrywa zagadkę śmierci matki i ma nadzieję, że wreszcie  przyniesie mu to emocjonalne ukojenie i pozwoli na nowo ułożyć sobie życie – już bez rozterek i wyrzutów sumienia. Chce właśnie „wyrwać tkwiący w sercu cierń”. Tyle tylko że to zakończenie nie jest tak jednoznaczne i oczywiste jak się na pozór wydaje, podobnie jak skomplikowana i niejednoznaczna w warstwie psychologicznej jest cała proza kryminalna Żarskiego. Czasami bywa tak, że kiedy wyjmuje się cierń, jakiś niewielki jego kawałek pozostaje pod skórą, z czasem otorbia się, nie boli, ale jednak jest. Czasami przesuwa się po nim palcem i wtedy wszystko na sekundy wraca. Jak potoczą się dalej losy Krefta? To już czytelnik musi sobie dopowiedzieć sam.
    Ostatnio naprawdę bardzo rzadko zdarza się, że porzucam jakiś cykl kryminalny z żalem. W przypadku trylogii Żarskiego było mi szkoda, że to już koniec, ale z drugiej strony koniec zwykle bywa początkiem czegoś nowego. Co teraz wymyśli Żarski? Czekam w napięciu na odpowiedź.



 

sobota, 26 czerwca 2021

Monika Kassner, Sprawa Rollnika

 


 Po dwóch stronach granicy


Monika Kassner, Sprawa Rollnika. Zbrodnia prawie doskonała, Wydawnictwo Silesia Progress, Kotórz Mały 2021, s. 224.

    
    Na prozę kryminalną Moniki Kassner, prawdę powiedziawszy, trafiłem przypadkiem. Kilkanaście miesięcy temu zbierałem materiały do kryminału Ukochaj na śmierć, którego akcja rozgrywa się głównie w Świętochłowicach, wiedział o tym mój znajomy, fan kryminałów retro, więc jako ciekawostkę podrzucił mi książkę Kassner Sprawa Salzmanna. Trup, którego nie było - również z akcją umiejscowioną, jak mówią miejscowi, w Świonach. Już retrokryminał osadzony w realiach śląskich sam w sobie jest ciekawostką i wzbudził moje zainteresowanie, bo naprawdę nie ma tego rodzaju prozy kryminalnej wiele. Kojarzę jedynie kryminał Śląskie dziękczynienie (2010) Konrada T. Lewandowskiego z zupełnie już zapomnianej (niesłusznie) serii o komisarzu Drwęckim, poza tym kilku pisarzy, na przykład Marek Krajewski, od czasu do czau wysyłało swoich bohaterów do przedwojennych Katowic. I właściwie tyle (tyle pamiętam). Z ciekawości sięgnąłem więc po Sprawę Salzmanna i okazało się, że jest to bardzo solidne retro z wyrazistym wątkiem obyczajowym. Dodatkowym smaczkiem dla mnie było, że część dialogów autorka zapisała w języku śląskim. Dlatego niecierpliwie czekałem na drugą część historii z niepokornym radcą prawym z Świętochłowic, Adolfem Jendryskiem.
    Radca po zagranicznej rajzie wraca do Świętochłowic, gdzie czeka na niego trochę bocząca się żona (Jendrysek ma swoje za uszami), syn oraz ukochana, psotna córka. Niemal od razu trafia mu się nowa sprawa, kolejna zagadka do rozwikłania. Leciwy Rollnik, mieszkający w Zaborzu – w części Górnego Ślaska (dalej w moim tekście dla ułatwienia Górny Śląsk nazywam po prostu Śląskiem) należącej do Niemiec – nie może pogodzić się ze śmiercią ukochanego syna, lekarza-społecznika z Rybnika, który siedem lat wcześniej zginął na skutek – ponoć – nieszczęśliwego wypadku (upadek z dachu kamienicy). Staruszkowi jednak coś w okolicznościach śmierci syna nie gra, choć w gruncie rzeczy dysponuje na ten temat jedynie poszlakami. Rollnikowi udaje się zainteresować Jendryska, który drąży tak długo aż… Za wiele nie mogę zdradzić, ale radca odkryje rzeczy, które nie będą mu się mieściły w głowie (zresztą nie tylko jemu).
    Intrygi kryminalne w powieściach Kassner są akurat takie, które mi odpowiadają – ani specjalnie krwawe, ani wydumane. A przy tym są zaskakujące, przyznam, że w Sprawie Rollnika długo nie byłem w stanie domyślić się, co jest jej istotą. Poza tym u podstawy fabuły nowej książki Kassner leży – autorka zdradza to w posłowiu -  strzęp historii, czyli stary telegram, namacalne świadectwo przeszłości, które stało się czymś w rodzaju katalizatora całej opowieści. Oczywiście, dla czytelnika nie jest to może najistotniejsza informacja, nie jest niezbędna do odczytania powieści, jednak dodaje fabule smaczku. I udowadnia, z jakim szacunkiem autorka z Świętochłowic podchodzi do historii.
    Jak już wspomniałem, w powieściach Kassner ważną rolę odgrywa warstwa obyczajowa. W jej centrum stoją oczywiście perypetie rodziny Jendryska, oprócz tego poznajemy historie jego znajomych (w Sprawie Rollnika na przykład chłopca z biednej familii, który próbował okraść radcę i którego później bohater otacza opieką) i rozmaitych ludzi, z którymi bohater styka się podczas prowadzonych śledztw. W powieści autorki z Świętochłowic nie chodzi jednak, jak sądzę, o obyczaj pisany dla samego obyczaju. Rozmaite historie rodzinne wprowadzają czytelnika w specyficzny, dla wielu wciąż „egzotyczny” świat Śląska i śląskości, przybliżają życie codzienne Ślązaków w okresie międzywojennym w całej jego pełni – jak się Ślązacy zachowywali, ubierali, co jedli, jakie sklepy odwiedzali czy z jakimi problemami bytowymi musieli się borykać. I oswajają go z godką, czyli językiem śląskim, który w Polsce często jest kojarzony ze „śmiesznym gadaniem”, bo taką „reklamę” zrobiły mu rozmaite kabarety, mające w swoich programach wice (niby) po śląsku.
    Warstwy obyczajowa i kryminalna są w Sprawie Rollnika dobrze zbalansowane. Obie przynoszą też sporą garść informacji o skomplikowanej historii Śląska w okresie międzywojennym. Śląsk od lat był wtedy podzielony niemal na pół, a granica często przebiegała wzdłuż podwórek sąsiadów. Akcja powieści rozgrywa się w roku 1934, kiedy sytuacja polityczna tak w Europie, jak i na Śląsku staje się coraz bardziej zaogniona. A to kolejny raz zmusza Ślązaków do dokonania wyboru – są za Niemcami czy Polską, choć wielu z nich ani nie chce, ani nie zamierza go dokonywać, bo nie czują potrzeby takiej identyfikacji.
    Sprawa Rollnika autorstwa Kassner jest bardzo pomysłowym i – by tak rzec – świeżym kryminałem retro. To bez wątpienie nowy i mocny głos w tej odmianie gatunku. A do tego powieść jest lepsza od poprzedniej, co dobrze wróży cyklowi z Jendryskiem. Już nie mogę doczekać się części trzeciej. 

środa, 9 czerwca 2021

Lee Child, Andrew Child, Strażnik

 

Reacher reformowany


Lee Child, Andrew Child, Strażnik, przeł. Jan Kraśko, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2021, s. 416.


    Cykl z Reacherem uwielbiam bezmiernie i – dotąd – zawsze czekałem w napięciu na kolejną jego część. Jednak kiedy usłyszałem, że Strażnika, nową odsłonę przygód byłego żandarma wojskowego, Lee Child napisał z bratem (Andrew również jest pisarzem), poczułem niepokój. Każdy kto kiedykolwiek pisał powieść w duecie (mnie się zdarzało), zdaje sobie sprawę, że jest to bardzo trudne, a efekty czasami bywają co najmniej wątpliwe. Wprawdzie bracia w wywiadzie dołączonym do polskiego wydania powieści zapewniali, że w duecie pisało im się świetnie, że wzajemnie się inspirowali a i efekt współpracy ich zadowala, ale właściwie… co innego mogli powiedzieć. Cóż, trzeba było zastosować sprawdzian w rodzaju – po owocach ich poznacie. I owoce okazały się niezbyt smaczne.
    Początek Strażnika to stary, dobry Reacher w solidnym wydaniu. Bohater trafia do Nashville i pomaga muzykom oszukanym przez właściciela knajpy, w której zagrali koncert. Jak to on – bezinteresownie, w imię ochrony słabszych i pokrzywdzonych. Ale dalej… Dalej jest już gorzej. Reacher trafia do prowincjonalnej mieściny, której nazwy nie warto zapamiętywać. Jest świadkiem próby porwania mężczyzny i oczywiście interweniuje (skutecznie). Niedoszłym porwanym okazuje się informatyk, Rusty Rutherford,  który do niedawna pracował dla władz miasta. Miejskie systemy informatyczne zostały zhakowane, nic w mieście nie działa, a kozłem ofiarnym został  Rusty, który w miasteczku traktowany jest niczym wróg publiczny numer jeden. A do tego dybią na niego mroczne, świetnie wyszkolone typy. Reacher postanawia chronić informatyka (choć oczywiście nie musi) a przy okazji chce się dowiedzieć, w jaką aferę Rusty się wpakował i dlaczego.
    Niby fabuła w powieści Childów nie odbiega zbytnio od innych z cyklu z Reacherem, niby to jest wciąż ten sam bohater, którego lubię, ale tym razem powieść Childa (i jego brata) czytało mi się dosyć ciężko, bez lekkości szybko przewracanych stron, napędzanej ciekawością co dalej, jak to było w przypadku innych książek z cyklu. Po tym jak dotarłem do ostatniej kropki, zacząłem się zastanawiać, co tym razem poszło nie tak.
    Powiada się, że co dwie głowy, to nie jedna. W przypadku Strażnika ta maksyma się nie sprawdziła, bo bracia Child nie wykazali się przesadną oryginalnością i kreatywnością. W powieści ważną rolę odgrywają wątki walki wywiadów i neonazistowskich grup z amerykańskiego zadupia. To już było i to po wielokroć. Mimo iż idea całego cyklu z Reacherem zasadza się na replikowanym książka po książce schemacie, ten przyrządzony przez braci Child, wielokroć odgrzewany kotlet (ileż można pisać o rosyjskich szpionach w Stanach!) jest średnio strawny i niezbyt smaczny. Nawet byłem jednak gotowy go przełknąć. Są jednak w Strażniku motywy i rozwiązania, które mi nie pasują i które – moim skromnym zdaniem – zdecydowanie psują tę część serii.
    Wydaje mi się, że słaba dynamika akcji Strażnika w dużym stopniu wynika z faktu, że jej bardzo istotnym elementem są wątki informatyczne: cyberterroryzm, pojedynki hakerów działających na usługach rządowych agencji… Tłumaczenie tych wątków, szczególnie w powieściowym uniwersum Reachera, który jest mocno na bakier z nowoczesnymi technologiami, wymaga sporo miejsca, co w dużym stopniu spowalnia akcję. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że zwyczajnie nie przepadam za powieściami sensacyjnymi, w których mocno zostaje wyeksponowany temat wszelakiej cyberprzestępczości, więc mogę być zwyczajnie uprzedzony. Jest jednak poważniejsza kwestia, ponieważ autorzy Strażnika postanowili pomajstrować przy schemacie głównego bohatera. Reacher, do tej pory zdecydowany przeciwnik wszelkich technologicznych nowinek, który – dla przykładu – z map uznawał tylko papierowe i nie uważał za niezbędne posiadanie telefonu komórkowego, w Strażniku posługuje się komórką (chociaż nie swoją). Ale to nie jedyna zmiana, bo bohater, który wcześniej wolał problemy swoje oraz osób, którym niósł pomoc, rozwiązywać samemu, w nowej powieści coraz bardziej otwiera się na współpracę z innymi. Niby nie są to wielkie zmiany, niby Reacher wciąż jest tym samym samotnym wilkiem, który bez celu włóczy się po Stanach ze szczoteczką do zębów i paroma dolarami w kieszeni, ale widać już w jego kreacji pewne przesunięcia, które – jak mi się zdaje – niespecjalnie w Strażniku się sprawdziły. Oczywiście, ktoś mi może zarzucić, że jestem nazbyt zachowawczym fanem serii Childa, że wolę przewidywalny schemat od nowinek. Otóż jak najbardziej wolę, bo uważam, że w dużym stopniu czar serii z Reacherem polega na tym – mówię o własnych odczuciach – że w kolejnych książkach dostawałem dokładnie to, czego się spodziewałem. A w Strażniku zaczęło się kombinowanie, które nie przyniosło nic dobrego. Wręcz przeciwnie.
    Nie mam pojęcia (i nie zamierzam dociekać), czy zmiany na gorsze w Strażniku spowodowane zostały tym, że Lee Child dobrał sobie współautora. Jakoś zwyczajnie po ludzku rozumiem angielskiego pisarza. Miał prawo zmęczyć się i serią, i bohaterem, pewnie potrzebował nowych bodźców, nowego podejścia do pisania tego cyklu. Nie będę ukrywał, że po Strażniku czuję spory zawód, jednak nie jest tak, że z miejsca rzucę całą serię w cholerę. Będę czekał na kolejną książkę z opowieścią o Reacherze, choć być może nie tak niecierpliwie, jak to było wcześniej.

poniedziałek, 31 maja 2021

 


 Nadzwyczaj uroczy seryjny


Przemek Corso, Serca twego chłód, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2021, s. 452.


    Od ładnych kilku lat unikam książek, których głównymi bohaterami są seryjni mordercy, ponieważ zwyczajnie zaczęły mnie nudzić. Albo nawet irytować. Tym bardziej że ostatnio ponad miarę rozpleniły się w naszej prozie niezwykle brutalne kryminały czy thrillery z postaciami psychopatycznych seryjnych morderców, nieodmiennie reklamowane przez wydawców sloganami typu: „opowieść o prawdziwej naturze zła”. Wolne żarty! W ogóle nie jestem pewien, czy da się ująć istotę natury zła w słowa, a jeśli nawet – to na pewno nie w prozie fabularnej. Kończy się więc na tym, że powstają powtarzalne i przewidywalne do bólu historie, w których (z grubsza) chodzi o to, żeby przedstawić jak najwymyślniejsze sposoby mordowania i wylać hektolitry krwi. Kiedy więc na czwartej stronie powieści Przemka Corso odczytałem ni mniej, ni więcej, że „Kuba jest bezwzględnym seryjnym mordercą”, pomyślałem: No f..king way, nie czytam. Jednak wiedziony niezrozumiałym dla mnie  impulsem czytać zacząłem… I w sumie nie żałuję.
    Kuba jest wysokofunkcjonującym, niezwykle inteligentnym, pozbawionym emocji psychopatą. Pracuje w korporacji na stanowisku dyrektorskim, świetnie zarabia i ma - przynajmniej jego zdaniem - udane małżeństwo. A poza tym od młodych lat realizuje swoje prywatne, skryte „projekty”, czyli morduje ludzi, zwykle w taki sposób, aby śmierć wyglądała na taką z przyczyn naturalnych. Robi to na zimno, morderstwa drobiazgowo planuje i długo się do nich przygotowuje, więc jest praktycznie niewykrywalny. Poza Kubą jest w powieści Corso kilka innych ważnych postaci, powiązanych z nim więzami rodzinnymi: Justyna, jego przecudnej urody żona, gwiazda Instagramu, szwagier Andrzej, upadły, straumatyzowany policjant, który pije, ćpa i wpada w spiralę niespłacalnych długów, żona szwagra… Kuba kontroluje każdy aspekt swojego życia, tyle tylko że pozostaje w bliskich relacjach z ludźmi, których – jak się okazuje – nie da się do końca „zaprogramować”, nawet jeśli ma się niezwykłe umiejętności manipulacji. I to bliscy ściągają na Kubę problemy, tym bardziej że w Warszawie pojawia się kolejny seryjny morderca, który rzuca mu wyzwanie.
    Historia, którą wymyślił Corso, nie jest oczywiście odkrywcza, bo opowieści o fascynujących, na swój sposób uroczych psychopatach było już w literaturze (a i w filmie czy serialach) całkiem sporo. Została jednak przez autora zgrabnie podana, a do tego jest w niej pewien smaczek. Kuba jest bohaterem dynamicznym, ponieważ zmienia się – ku swojemu wielkiemu zdziwieniu. Na wieść, że jego idealna żona, którą zdawał się w pełni kontrolować, zdradziła go, Kuba zaczyna odczuwać emocje (gwałtowne), z którymi na początku nie umie sobie poradzić. Do pewnego stopnia Serca twego chłód jest powieścią o wchodzeniu w świat emocji przez człowieka, który wcześnie nie odczuwał emocji albo nie był z nimi skomunikowany, co samo w sobie jest ciekawe od strony psychologicznej.
    Akcja w Serca twego chłód jest porządnie skrojona, wartka, sporo w niej zwrotów akcji, jednak wydaje mi się, że w gruncie rzeczy opiera się nie na tzw. dzianiu się, ale rozmowach poszczególnych postaci, które często przyjmują formę swoistych pojedynków na słowa, mających na celu zdominowanie rozmówcy albo zmuszenie go do mówienia prawdy (prawie wszyscy bohaterowie powieści mają swoje duże albo małe tajemnice). Lubię tego rodzaju rozwiązanie fabularne, wybijające dialogi na plan pierwszy, szczególnie w przypadku powieści, w których istotne są wątki psychologiczne. W powieści Corso jest tego rodzaju dialogów sporo i zazwyczaj autor dobrze sobie z nimi radzi. Czasami jednak (na przykład w rozmowie Kuby z Andrzejem na stronach 233-243) Corso pozwala swoim bohaterom na nadmierne gadulstwo, co raz, spowalnia akcję, dwa, często pojawiają się w nich informacje i kwestie wcześniej znane czytelnikowi. Myślę, że część z tych dialogów można by – z korzyścią dla tekstu – skrócić i podrasować.
    Jest jeszcze kwestia mroku w Serca twego chłód, czy raczej mroku, bo taki (wyboldowany) zapis konsekwentnie stosowany jest w powieści. Kubę otacza, spowija mrok, czyli rodzaj objawionego czy upostaciowanego zła, które steruje nim i poniekąd go chroni. Bohater ma świadomość, że ów mrok ciągle z nim, obok niego jest. Co więcej, są ludzie, jak Andrzej i jedna z jego córek, którzy ten mrok widzą i to wcale nie „oczyma duszy”. Mniejsza nawet o to, że cały wątek mroku trąci mi tanim mistycyzmem, ale do tego niesie zbędnym naddatek znaczeniowy. Inaczej rzecz ujmując, i tak wiem, że Kuba jest zły i zło rozplenia, więc nie potrzebuję do czytelniczego szczęścia, by otaczała go realna mroczna aureola. Ja bym z tego motywu zrezygnował, ale tak to sobie Corso wykombinował, więc tak ma. Przechodzę nad tym mrokiem vel mrokiem do porządku dziennego podobnie jak nad wielorybami, które unoszą się nad miastem, w niektórych książkach Szczepana Twardocha. Choć pewnie niektórych czytelników może to nieco drażnić.
    Trochę powydziwiałem na powieść Corso, co nie zmienia faktu, że moim zdaniem jest to (szczególnie w kategorii opowieści o psychopatycznych seryjnych mordercach) jeden  z ciekawszych thrillerów, które ostatnio czytałem. A do tego jest naprawdę solidnie językowo i z zachowaniem reguł gatunku napisany. Cóż, czekam na więcej.
    
 

niedziela, 23 maja 2021



Bolesne bilanse

Wojciech Chmielewski, Jezioro Dargin, SW „Czytelnik”, Warszawa 2021, s. 221.


    A może by tak rzucić wszystko i wyjechać w… Nie, nie, wcale nie w Bieszczady. Główny bohater a zarazem narrator nowej powieści Wojciecha Chmielewskiego jedzie na Mazury, nad tytułowe jezioro. I nie tyle sam z własnej woli rzuca wszystko, co zostaje zmuszony (albo skłoniony) do takiego kroku przez okoliczności. Nieprzyjemne.
    Na pozór w powieści nie dzieje się zbyt wiele. Bohater biwakuje nad jeziorem, kąpie się, czasami zrobi spacer po lesie albo wycieczkę po okolicznych miejscowościach. Zajada się pierogami z kempingowego barku. Wchodzi w interakcje (raczej luźne) z ludźmi, którzy biwakują obok niego. A później wraca do Warszawy. Jednak wszystko, co najważniejsze, właściwie dzieje się „w głowie” bohatera, który musi dokonać bilansu (bolesnego) swojego życia. Do wyjazdu nad Jezioro Dargin i rozliczenia się z własnym życie zmusiły go dwa wydarzenia. Przez lata bohater pracował jako redaktor działu kulturalnego w radiu, ale nagle (dla niego) został zwolniony z pracy. A do tego po ciężkiej chorobie umarł jego przyjaciel, prawdę powiedziawszy jedyna (jako tako) bliska mu osoba. To sprawiło, że bohater postanowił ruszyć się z Warszawy, aby przewietrzyć głowę, ale też spróbować zrozumieć, w jakim i dlaczego miejscu życia się znalazł. I – chyba przede wszystkim – postarać się wymyślić, co dalej ze sobą zrobić.
    Jednym z głównych tematów powieści Chmielewskiego jest praca żałoby. Bohater przeżywa śmierć przyjaciela, czasami nawet się rozkleja, ale przede wszystkim stara się zrozumieć, dlaczego życie przyjaciela potoczyło się tak a nie inaczej, zmierzając ku katastrofie. Przyjaciel, którego przypadkowo poznał podczas wakacji w Egipcie, miał udaną rodzinę, pracę, którą lubił i w której był doceniany. Co spowodowało, że zaprzepaścił wszystko, pijąc na umór? Czy chodziło o zwykły, replikowalny aż do bólu mechanizm choroby alkoholowej? Czy to tylko pociąg do alkoholu sprawiał, że przyjaciel, zamiast zajmować się ukochanymi dziećmi, przesiadywał w warszawskiej spelunie z „ludźmi prawdziwymi”, emerytami (głównie) ze służb mundurowych, wysłuchując ich bełkotliwych opowieści? A może przyjaciel opatrznie pojmował ideę życia pełnego zabawy i przygód? Niewykluczone jednak, że nosił w sobie jakąś skazę, gen autodestrukcji, który warunkował jego zachowania i niepowstrzymany pęd ku samozniszczeniu. I którego nie dostrzegał ani on sam, ani ludzie, którzy go na co dzień otaczali.
    Bohater raz po raz zadaje sobie również pytanie, czy mógł zrobić coś więcej dla przyjaciela, niż tylko towarzyszyć mu do końca? I nie znajduje jasnej odpowiedzi, głównie dlatego że łączyła ich specyficzna relacja. Ów przyjaciel był dla bohatera praktycznie jedyną bliską osobą. Przy tym byli ludźmi bardzo odmiennymi, choć mocno łączyło ich zainteresowanie kulturą, długie rozmowy o książkach, filmach czy muzyce. Bohater z wyboru był samotnikiem, ograniczającym kontakty z innymi do niezbędnego minimum. Latami żył w przekonaniu, że wystarcza my egzystowanie w stworzonym przez siebie (bezpiecznym) kokonie utkanym przede wszystkim z kultury. Lektury ulubionych pisarzy (głównie niemieckich), muzyka, samotne zwiedzanie zabytków europejskiej czy światowej kultury – to wszystko było dla bohatera istotniejsze niż budowanie relacji z innymi. Także z kobietami, do tego stopnia, że mimo iż jest w wieku średnim, wciąż jest prawiczkiem (sic!). Pobyt nad Jeziorem Dargin i żałoba po przyjaciel stają się dla bohatera pretekstem do podróży w głąb samego siebie, która ma na celu znalezienie odpowiedzi na pytania, kim właściwie jest i czy jego wcześniejszy pomysł na życie wypalił.
    W tle tego wszystkiego, o czym już napisałem, pojawia się kwestia eskapizmu, podobnie jak przewija się ona przez całą fabułę. Bohater, nieco obsesyjnie, czasami przywołując te same strzępy opowieści, powraca do natury związków przyjaciela z „ludźmi prawdziwymi”. Początkowo głównie dlatego, że ich nie rozumie, nie ma pojęcia, co przyjaciela przyciągało do nich. Bo przecież nie tylko i włącznie wspólnie pity alkohol. I z każdym obrotem myśli bohater coraz wyraźniej uświadamia sobie, że jego trwanie w kokonie kultury, w którym ważniejsze od żywych ludzi były idee czy fantazmaty, było niczym innym jak formą ucieczki. Przed bliskością, który bywa trudna i często przynosi rozczarowania. Przed bólem spowodowanym odrzuceniem albo zranieniem. Przed banałem czy trywialnością, które wydawały mu się niskie i w pewien sposób obrażające jego wyrafinowane i wrażliwe (czy na pewno) ego. Z czasem bohater zaczyna skłaniać się ku wnioskowi, że egzystował w bezpiecznym, lecz sztucznym świecie, i że unikanie ludzi, choćby nawet tak go irytujących i odpychających jak „ludzie prawdziwi”, jednak było błędem. Przebywając nad Jeziorem Dargin, bohater bohater ostrożnie i powoli otwiera się na innych. Rozmawia z dwoma młodymi Niemcami, z małżeństwem z kampera. W przypływie niezrozumiałego dla nie impulsu przechodzi inicjację seksualną. I zaczyna zauważać,  odczuwać, że obecność innych, choćby nawet przelotna, może mieć znaczenie, może mieć wartość.
    Jezioro Dargin jest powieścią momentami przejmująco smutną, ponieważ przynosi  świadectwo człowieka zagubionego, pogrążonego w niepewności i w pewien sposób nieszczęśliwego. Koniec końców przynosi jednak nadzieję czy może – ostrożniej rzecz ujmując – jej zapowiedź. Przesłanie powieści można by wyłożyć tak: nigdy w życiu nie jest za późno na zmiany. Że nieco trywialne? Nie szkodzi. Moim zdaniem wartość tej prozy Chmielewskiego polega na tym, że autor stawia ważne i poważne pytania, których zazwyczaj w naszym, pędzącym nie wiadomo dokąd, świecie, nie zadajemy sobie, bo nie mamy na to czasu albo zwyczajnie boimy się je zadawać, by nie wypaść z indywidualnej strefy komfortu. Odpowiedzi na nie każdy czytelnik powinien poszukać samemu. Tak jak szuka ich bohater powieści – ze świadomością, że nigdy nie znajdzie definitywnych odpowiedzi.
    Na koniec zwrócę uwagę na jeden aspekt nowej powieści Chmielewskiego. Do tej pory ten autor kojarzył mi się głównie z przestrzeniami miejskimi i podmiejskim. To właśnie miasto i jego obrzeża zdawały mi się żywiołem Chmielewskiego, w który autor chętnie się zanurzał i z wyczuciem go opisywał. W Jeziorze Dargin zaś dał się poznać jako czuły obserwator natury, jego ulotnego i kuszącego piękna. Coraz mniej jest w naszej prozie ciekawych opisów przyrody, coraz częściej traktowana jest tylko jako niezbędne tło towarzyszące akcji. A przecież opisy przyrody mogą być też rodzajem dookreślania, charakteryzowania bohatera. Sztuką jest w taki właśnie sposób opisywać przyrodę. Chmielewskiemu się to udało.
  

poniedziałek, 10 maja 2021

Pierre Lemaitre, Kolory ognia

 


 Finezyjnie i dotkliwie


Pierre Lemaitre, Kolory ognia, przeł. Joanna Polachowska, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2020, 479.


    Jednym z moich ulubionych filmów nieodmiennie pozostaje Żądło (1973) w reżyserii George’a Roy’a Hilla, opowiadający historię zmyślnej, brawurowej zemsty. Wspominam o tym filmie, ponieważ nowa książka francuskiego pisarza Pierre’a Lemaitre’a Kolory ognia także traktuje o zemście, a poza tym akcja książki osadzona została w tym samym okresie co akcja filmu. Tyle tylko że Lemaitre stworzył historię zemsty z iście francuską lekkością i finezją.
    Powieść zaczyna się od trzęsienia ziemi, a później jest już tylko gorzej – dla głównej bohaterki, Madeleine Péricourt. Jest rok 1927, umiera jej ojciec, wpływowy bankier. Do tego jej kilkuletni syn Paul podczas ceremonii pogrzebowej wypada z okna (wspaniała, choć straszna scena, kiedy dziecko spada na trumnę dziadka) i na skutek tego zdarzenia zostaje sparaliżowany. Madeleine skupia się na opiece nad dzieckiem i nie zauważa, że ponoć bliskie i zaufane osoby robią wszystko, by pozbawić ją majątku. Efekt jest taki, że ląduje wraz z synem w małym mieszkanku w kamienicy, niemal bez środków do życia. Otrząsa się jednak z niemocy i wraz z pewnym zdeterminowanym i skutecznym mężczyzną zaczynają realizować plan zemsty. Koniec końców okazuje się, że nawet bezwzględni i chciwi mężczyźni nigdy nie powinni poniewierać inteligentną, zdesperowaną i gotową na wszystko kobietą, bo słono za to zapłacą.
    Wbrew pozorom nie zdradzam w tym miejscu zbyt wiele z fabuły Kolorów ognia. Opowieści o zemście – bardzo liczne tak w literaturze, jak i filmach – oparte są na tym samym schemacie. Finał jest przewidywalny, ale najciekawsze jest to, w jaki sposób przygotowywana jest pułapka, w którą wpaść mają źli ludzie bądź zdrajcy. Lemaitre już we wcześniejszych książkach udowodnił, że potrafi tworzyć niebanalne historie, ale akcja w Kolorach ognia jest chyba najbardziej skomplikowana, precyzyjna i zaskakująca – rzekłby finezyjna w niewymuszony sposób, jakby francuski autor był człowiekiem, dla którego planowanie zemsty jest chlebem powszednim. Poza tym kolejne kroki, które prowadzą przeciwników Madeleine prosto w pułapkę, także przeprowadzają czytelnika przez barwną historię polityczną i gospodarczą, tak samej Francji, jak i w ogóle Europy lat 20. i 30 XX wieku. Kolory ognia nie są tylko i wyłącznie opowieścią o zemście, ale także skreśloną z iście epickim rozmachem historią tamtych czasów. Barwnych, ale naznaczonych niepewnością i strachem przed przyszłością, która nie rysowała się w jasnych barwach, co doskonale przejawia się w losach postaci wykreowanych przez francuskiego pisarz.
    Właśnie – bohaterowie powieści… Lemaitre przyzwyczaił już czytelników, że umie stworzyć niebanalne, psychologicznie pokomplikowane postacie, więc żadne to zaskoczenie, że i takie są w nowej powieści. Przy czym na plan pierwszy wysuwają się postaci kobiece, co jest pewnym novum w prozie francuskiego pisarza. I nie chodzi tylko i wyłącznie o główną bohaterkę, Madeleine. W Kolorach ognia jest kilka naprawdę wybornych postaci kobiecych drugiego a nawet trzeciego planu. Jest więc w powieści ekscentryczna śpiewaczka Solange, którą z synem Madeleine łączy specyficzna przyjaźń, jest także Vladi, Polka (taki smaczek dla naszych czytelników), opiekunka syna głównej bohaterki, która początkowo nie mówi ni w ząb po francusku, ale świetnie porozumiewa się ze swoim podopiecznym - i która jest szczerą katoliczką i równie szczerą nimfomanką. A to nie wszystkie ciekawe bohaterki tej powieści.
    Dla mnie dużą wartością nowej powieści Lemaitre’a jest jej stylistyczne wyrafinowanie. Autor świetnie operuje słowem, ale przy tym nie sili się na tanie efekciarstwo i językowe popisy dla samych popisów. Lemaitre pisze tego rodzaju prozę, którą można smakować dla samego brzmienia zdań (wielkie oklaski dla tłumaczki powieści!), co w dzisiejszej literaturze, głównie stawiającej na akcję i jeszcze raz akcję, nie jest częste. Po prostu – w każdym zdaniu, każdym akapicie potwierdza się, że obcuję z pisarzem – może powinienem napisać: Pisarzem – a nie zwykłym autorem książek.
    Bardzo ceniłem Lemaitre’a jako autora kryminałów, twórcę cyklu z komisarzem paryskiej policji, niziutkim Camille'em Verhoevenem (na przykład świetne, choć dosyć brutalne powieści Alex i Ofiara). Wydaje mi się jednak, że dopiero po tym jak francuski autor porzucił ten cykl i zaczął tworzyć fabuły niekryminalne (prawdę powiedziawszy nie do końca, bo i w Do zobaczenia w zaświatach, i w Kolorach ognia pojawiają się wątki przestępstw czy nawet zbrodni), w pełni rozwinął skrzydła. Inaczej rzecz ujmując, stał się lepszym, pełniejszym pisarzem. Może schematy powieści kryminalnej ograniczały Lemaitre’a, może zwyczajnie potrzebował czasu, aby rozwinąć w sobie potencjał do tworzenia innego rodzaju prozy. Nie mam pojęcia, jak rzeczywiście było, ale w gruncie rzeczy nie ma to większego znaczenia. Nie dociekam nadmiernie i zwyczajnie raduję się Kolorami ognia. Od dawna nie czułem chęci, by drugi raz przeczytać tę samą powieść. Jestem pewien, że po Kolory ognia sięgnę po raz kolejny. I to niebawem.