niedziela, 18 października 2020

Meg Elison, Księga bezimiennej akuszerki

 


Ostatnia położna


Meg Elison, Księga bezimiennej akuszerki, przeł. Maria Smulewska, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2020, s. 343.


    Można by rzec, że powieść Meg Elison Księga bezimiennej akuszerki (I tom trylogii Droga donikąd) jest w sam raz na ponure czasy zdominowane przez COVID-19. Chyba że ktoś już ma serdecznie dosyć wszelkich tematów związanych z pandemiami…
    Na pozór książka amerykańskiej autorki jest typową powieścią postapokaliptyczną, schematyczną aż do bólu. Pojawia się w Księdze... oczywiście pandemia, która błyskawicznie dziesiątkuje ludzkość i niszczy świat cywilizowany. U Elison jest to gorączka, która zabija głównie kobiety i dzieci. Świat, w którym są prawie sami mężczyźni? Już jest strasznie. Jest także w powieści motyw wędrówki głównej bohaterki, błąkania się bez celu po pogrążonych w chaosie Stanach Zjednoczonych. A właściwie w jednym tylko celu – by mimo wszystko przetrwać. Bohaterka jest z zawodu położną. Kiepska specjalizacja w czasach, kiedy jeśli nawet rodzą się dzieci, to martwe. A dlaczego bohaterka jest „bezimienną akuszerką”? Wędrując, zmienia imiona, a do tego udaje mężczyznę, żeby łatwiej się uchronić przed bandami mężczyzn polujących na pozostałe przy życiu kobiety. Podczas tej wędrówki bohaterka po części traci część samej siebie, traci własne imię. Nawet drobniejsze wątki w Księdze… nawiązują do rozwiązań doskonale znanych z prozy postapokaliptycznej. Na przykład bohaterka trafia na wyizolowaną społeczność (fundamentalistów religijnych), która wydaje się być oazą bezpieczeństwa i spokoju. Oczywiście tylko na pierwszy rzut oka, bo bohaterka szybko odkrywa, że za wzniosłymi słowami rozmodlonych ludzi kryją się mroczne czyny. I tak dalej, i w ten deseń.
    Schematyczność schematycznością, jednak dwie rzeczy mnie zaintrygowały w powieści Elison. Przede wszystkim warstwa – najogólniej rzecz ujmując – feministyczna. Autorka opowiada (nie wprost) o kruchości, nietrwałości wszelkich cywilizacyjnych czy kulturowych „bezpieczników”, które chronią słabszych, w tym kobiety. Wystarczy, że przestają działać, a zaraz objawia się czysta przemoc i rządzić zaczyna prawo silniejszego. Ponure rozpoznanie, ale zapewne trafne. Druga kwestia tyczy konstrukcji narracji Księgi… - początkowo nie mogłem złapać, na czym ona się opiera (pewnie wynika to jednak z deficytów warsztatowych Elison). Trochę to wyglądało tak, jakby Elison posłużyła się narratorem wszechwiedzącym, który czy to potrzebne, czy nie, dopowiada i komentuje przedstawianą opowieść. Chyba jednak chodzi o to, że cała fabuła ma mieć strukturę tytułowej „księgi”. Bohaterka prowadzi pamiętnik, z czasem przepisuje do niego zapiski innych a wreszcie prosi spotkanych ludzi, by dopisywali w niej własne świadectwa z czasów zarazy. Czyli konstrukcja narracji w powieści Elison ma odwzorowywać taką właśnie koncepcję księgi-świadectwa, tworzonej przez licznych autorów. Dosyć ciekawe rozwiązanie.
    Na pewno powieści Elison Księga bezimiennej akuszerki daleko jest do najlepszych książek z gatunku postapo, choćby wybitnej, choć przeraźliwie ponurej i smutnej, Drogi Cormaca McCarthy’ego. Nazwałbym jednak Księgę… powieścią solidną. W miarę.
    
    
 

poniedziałek, 12 października 2020

Esi Edugyan, Washington Black

 


Dyskretny urok opisu


Esi Edugyan, Washington Black, przeł. Bohdan Maliborski, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2020, s. 445.


    Przyznam się szczerze, że zanim nie sięgnąłem po powieść Washington Black, nie miałem pojęcia o istnieniu Esi Edugyan, kanadyjskiej pisarki o ghańskich korzeniach. Opis na czwartej stronie okładki też niespecjalnie mnie zachęcił. Przygody i przypadki młodego niewolnika z plantacji na wyspie Barbados? To nie moje klimaty i tematy. Jednak z ciekawości zacząłem czytać i… całkowicie wsiąkłem w świat wykreowany przez Edugyan, dałem się ponieść jej opowieści.
    Książka Edugyan jest powieścią drogi, której głównym bohaterem, a zarazem narratorem jest tytułowy Black, nazywany w skrócie Washem. Akcja powieści startuje w roku 1830, kiedy Wash jest dzieckiem-niewolnikiem. Chłopiec ma szczęście w nieszczęściu, ponieważ pod swoje skrzydła bierze go Christopher, ekscentryczny brat właściciela plantacji, po trosze podróżnik, po trosze domorosły naukowiec (a także abolicjonista, który dokumentuje zbrodnie popełniane na niewolnikach). Chce, żeby Wash był jego sługą, ale też pomocnikiem, dlatego uczy go i odkrywa przy tym, że chłopak ma niezwykły talent do rysunku. Tragiczne wydarzenie na plantacji zmusza Christophera i Washa do ucieczki z wyspy… balonem. A dalej jest wędrówka po różnych zakątkach świata, przygody, chwile szczęścia i tragedie, zwyczajne życie i niezwyczajne idee, które nawet czasami udaje się zrealizować. Jak to w powieści drogi.
    W powieści Edugyan sporo się dzieje, jak widać z powyższego, z konieczności skrótowego streszczenia, jednak nie powiedziałbym, że jej akcja jest szybka. Dlaczego? Ponieważ jest w powieści kanadyjskiej pisarki coś na swój uroczy sposób staroświeckiego, jakby jej koncept został wzięty z wielkiej epiki dziewiętnastowiecznej. W dziewiętnastowiecznych powieściach również wiele się działo, ale jednocześnie była w nich fabularna rozlewność i niespieszność, dająca możliwość skupienia uwagi tak pisarzowi, jak i czytelnikowi na detalach, drobnych, czasami drugorzędnych szczegółach. Podobnie jest w powieści Edugyan, w której co jakiś czas akcja wyraźnie zwalnia, a wtedy narrator skupia uwagę na ukazywaniu zwyczajnych, codziennych zajęć, własnych przemyśleniach czy tym, co widzi (jest przecież rysownikiem, który niemal non stop, z przedziwną pasją, rysuje to, co go otacza). I tu dochodzę do tego, co w powieści kanadyjskiej pisarki najbardziej mnie urzekło. Otóż były to opisy przyrody, tak właśnie.
    We współczesnej prozie skoncentrowanej na akcji, fabularnym „dzianiu się”, opisy, w tym przede wszystkim opisy przyrody, ograniczane są do minimum. W powieści Edugyan jest zupełnie inaczej, co i rusz trafią się w niej istne perełki opisu. Jak dla mnie najlepsze są opisy rozmaitych morskich stworzeń, które bardzo fascynują Washa. Do tego nie są one jedynie literacką sztuką dla sztuki, pokazem stylistycznego kunsztu autorki, ale służą również (pośrednio) charakteryzowaniu Washa, i jak rysownika, i jako człowieka, ukazywaniu pokładów jego emocji i wrażliwości.
    Każda powieść drogi zmierza do celu, który można by nazwać przesłaniem czy prawdą. Nie inaczej jest i u Edugyan. To przesłanie wyłożyłbym w ten sposób: człowiek nie będzie do końca wolny, jeśli nie pokona niewolnika w sobie. Jak dla mnie jest to rodzaj publicystycznego wtrętu, nawiązującego do toczonych współcześnie dyskusji, sporów na temat władzy, jej mechanizmów czy konsekwencji jej nadużywania. Trochę to wygląda tak, jakby pod koniec powieści autorka przypomniała sobie, że mimo iż pisze książkę z założenia staroświecką, powinna się jednak odnieść do naszego „tu i teraz”. Chociaż może się nazbyt czepiam, bo nie umniejsza to wartości całej powieści. Rzecz ujmując inaczej, końcówka Washingtona Blacka trochę mnie rozczarowała. I tyle.
    Książka Edugyan jest świetnie pomyślana i równie świetnie napisana. Przywróciła mi, chociaż pewnie tylko na chwilę, wiarę w starą, dobrą epickość.
    
 

poniedziałek, 28 września 2020

Guillaume Musso, Sekretne życie pisarzy

 


 

Pisarz, który nie pisze


Guillaume Musso, Sekretne życie pisarzy, przeł. Joanna Prądzyńska, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2020, s. 286.


    Tak mi się ostatnio poskładało, że niemal jedna po drugiej przeczytałem dwie powieści kryminalne/sensacyjne, których głównymi bohaterami są pisarze, czyli Wyspę Camino Johna Grishama oraz Sekretne życie pisarzy Guillaume’a Musso. Trochę to wyjątkowe, ponieważ nie tak znowu wiele jest prozy gatunkowej z bohaterami-pisarzami, czemu trudno się dziwić, bo zwyczajne życie pisarza zwykle pozbawione jest większych sensacji. Po prostu nuda, dłużny i klepanie w klawiaturę komputera. Zawsze jednak taki zwykły do bólu żywot można podrasować na potrzeby opowieści…
    Musso, francuski autor licznych bestsellerów, w których swobodnie miesza konwencje różnych odmian prozy gatunkowej, stworzył postać pisarz w stanie spoczynku, czyli takiego który nie pisze. Od dawna. Bohater Sekretnego życia pisarzy Fawles u szczytu pisarskiej karieru ogłosił, że definitywnie kończy z pisaniem, po czym zaszył się w swojej pięknej willi na urokliwej, choć nieco izolowanej wyspie na Morzu Śródziemnym. Przez dwadzieścia lat konsekwentnie odmawiał udzielania wywiadów, unikał też zbędnych kontaktów z ludźmi. A jego agent konsekwentnie wyjaśniał, że tajemnica zamilknięcia Fawlesa zasadza się na braku tajemnicy. Na tę samą wyspę przybył Bataille, pisarz przed debiutem, zagubiony i niepewny, czy jego teksty mają jakąkolwiek wartość. Będąc wielbicielem pisarstwa Fawlesa, rozpaczliwie szukał z nim kontaktu. Fawles dopuścił go do siebie tylko dlatego, że Bataille był mu potrzebny. Do tego na spokojnej wyspie doszło do okrutnego morderstwa. Czy ma ono związek z Fawlesem i nękającą go młodą dziennikarką? Próby rozwiązania zagadki tej zbrodni prowadzą do innej – sprzed lat, makabrycznej i głośnej medialnie. I na dobre zburzą mur, którym Fawles odgrodził się od świata.
    Musso w Sekretnym życiu pisarzy pokazuje, że zna (i zapewne ceni) wielu pisarzy, stąd tyle jest w tej powieści elementów intertekstualnych. Każdy z rozdziałów opatrzony jest mottem z mniej lub bardziej znanego autora, a w tekście jest sporo różnych nawiązań do pisarzy i ich książek. Do tego francuski autor posługuje się w powieści chwytem tekstu w tekście, poza tym pojawia się w nim postać… pisarza Musso, który z rzeczywistym pisarzem ma niewiele wspólnego, ale z wydarzeniami z fabuły powieści i owszem. Skądś to znamy? Jak najbardziej, są to jedne z charakterystycznych składowych powieści postmodernistycznej. Oczywiście, Musso używa postmodernizmu w wersji mocno soft, bardziej na pokaz i efekciarsko, jednak mnie, który swego czasu literaturę postmodernistyczną bardzo cenił, tym rozwiązaniem ujął.
    Za to francuski pisarz zupełnie nie ujął mnie intrygą, która stanowi oś Sekretnego życia pisarzy. Podejrzanie zbyt łatwo splatają się tam różne wątki, za wiele jest nagłych zbiegów okoliczności a zmyłki są za łatwe do odczytania. Poza tym Musso wplótł w intrygę pewien bardzo poważny i trudny temat, od czasu do czasu przewijający się przez media (nie mogę zdradzić jaki, bo „spalę” historię), jak sądzę tylko po to, by łatwo wzbudzić u czytelnika emocje, wzruszenie.
    Z Sekretnym życiem pisarzy Musso jest tak (co pewnie odnieść można do całego pisarstwa francuskiego autora), że albo konwencję tej powieści się kupuje i czyta dalej, albo nie i porzuca tekst po kilkunastu, kilkudziesięciu stronach. Ja kupiłem, co dało mi kilka godzina lektury może lekkiej i łatwej, ale dosyć przyjemnej.
    
 

wtorek, 8 września 2020

Zygmunt Miłoszewski, Kwestia ceny

 

 

 Pisarzu, na morze!


Zygmunt Miłoszewski, Kwestia ceny, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2020, s. 527.


    Odnoszę wrażenie, że Zygmunt Miłoszewski wciąż jeszcze nie do końca rozstrzygnął, jak będzie wyglądało jego pisarskie życie po Szackim. Po Gniewie (2014), ostatniej (jak na razie) powieści z serii o krnąbrnym prokuratorze, najpierw wydał powieść Jak zawsze (2017), w sumie całkiem ciekawy "obyczaj" wpleciony w historię alternatywną Polski. A niedawno pojawiła się powieść przygodowa czy sensacyjna (mniejsza o subtelne rozstrzygnięcia genologiczne) Kwestia ceny, w której autor powrócił do bohaterów i schematów wykreowanych wcześniej w Bezcennym (2013). Nie w tym nic złego, w końcu ta ostatnia książka stała się bestsellerem, czemu więc Miłoszewski nie miałby ponownie wykorzystać sprawdzonych rozwiązań.
    W Kwestii ceny, podobnie jak w Bezcennym, w centrum opowieści znajduje się historyczka sztuki Zofia Lorentz, która tym razem ma – do spółki ze swoimi bliskimi i kompanami – ni mniej, ni więcej tylko uratować ludzkość. Akcja powieści rozgrywa się w szerokim świecie, od Paryża po Sachalin, pojawia się w niej zła, chciwa korporacja farmaceutyczna, która chce stać się najpotężniejszą firmą globu, oraz grupa naukowców-idealistów, którzy są tak zafiksowani na idei uratowania ludzkości, że bez mrugnięcia okiem poświęcają życie poszczególnych ludzi, stających na drodze do realizacji ich celu. A bezwzględna gra toczy się o artefakt, który należał niegdyś do zamieszkującego Sachalin ludu Ajnów, przedmiot nie byle jaki, bo dzięki niemu ludzka cywilizacja może odmienić swój los (dodam: ponury).
    Historia jak historia, Miłoszewski utkał ją z dobrze znanych wątków, w czym nie widzę niczego złego, bo to w końcu proza gatunkowa. Byłem nawet skłonny przymknąć oko na to, że mniej więcej do dwieście pięćdziesiątej strony tej powieści emocje i napięcie są równie wielkie jak na grzybobraniu (a i potem też nie obgryzałem paznokci w trakcie lektury…), co w powieści przygodowej może być już pewnym problemem. Wystarczyło mi, że Miłoszewski – podobnie jak i we wcześniejszych książkach – posługuje się eleganckim stylem i składnią, która nie ogranicza się do zdań pojedynczych. Że wykreował kilka dobrze pomyślanych, na swój sposób sympatycznych postaci, jak choćby holenderskiego pirata, który poprzestaje na małym, czy najemnika, który przeżywa kryzys wiary. Albo że wciąż potrafi skreślić sceny nienachalnie komiczne, jak te z „atakiem” niedźwiedzia na Sachalinie czy z wełnianymi skarpetkami, który mogą zatrzymać każdy poryw namiętności. Ale jedna rzecz odstręczyła mnie od tej powieści na dobre.
    W słowie Od autora Miłoszewski zwierzył się, że jest „żeglarzem neofitą”, zakręconym na punkcie nowej pasji. Jakoś po ludzku rozumiem, że autor chciał się nową fascynacją podzielić z czytelnikami, co sprawiło, że spora część akcji powieści rozgrywa się na morzach, na różnych jednostkach pływających. A nawet sama główna bohaterka, Lorentz, unosi się ponad dobę na falach oceanu w piankowym kombinezonie. Mnie niestety marynistyczne klimaty w prozie zupełnie nie kręcą, nie podniecają mnie wcale a wcale dokładne opisy statków czy wykonywanych przez nie manewrów, zwyczajnie nudzą mnie wszelkie morskie przygody. I nie jestem fanem powieści Clive’a Cusslera, którego powieściami zaczytuje się jeden z bohaterów Kwestii ceny, i ukłon w stronę którego zrobił Miłoszewski w swojej powieści. Nic więc dziwnego, że nie tyle dokończyłem lekturę powieści warszawskiego autora, co raczej ją zmęczyłem.
    Cóż, mam nadzieję, że zanim weźmie się z pisanie kolejnej powieści, Miłoszewski znajdzie sobie nowe, lepsze hobby. Czego i autorowi, i sobie życzę.
 

niedziela, 30 sierpnia 2020

Marta Matyszczak, Las i ciemność

 


 

Gucio i Spółka. Z nieograniczoną nieodpowiedzialnością


Marta Matyszczak, Las i ciemność, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2020, s. 302.


    Jak to szybko zleciało… Ledwie w roku 2017 Marta Matyszczak zadebiutowała powieścią kryminalną Tajemnicza śmierć Marianny Biel, a całkiem niedawno wyszła już ósma część serii Kryminał pod psem zatytułowana Las i ciemność. Matyszczak pisze lekkie, niespecjalnie krwawe czy brutalne komedie kryminalne (osobiście wolę wymyślone przez Marcina Wrońskiego określenie krymi zgrywa, której jednak przyjęło się zdecydowanie słabiej w narracji o prozie kryminalnej). Ich wyróżnikiem jest, co wskazuje sama nazwa serii, że jednym z głównym bohaterów tego cyklu autorka uczyniła sympatycznego kundelka o imieniu Gucio, który na swój sposób uczestniczy w śledztwach (o ile właśnie nie tropi ukrytej gdzieś kiełbasy śląskiej) i komentuje szaleństwa „człowieków”. A tych, jak to w tego rodzaju kryminałach, nie brakuje.
    Przyznam od razu, że mam słabość do kryminałów autorki z Chorzowa, która ujęła mnie – wspomnianą już - postacią Gucia czy wplatanymi w kolejne powieści elementami tak kultury i obyczajowości Śląska, jak i języka śląskiego, co w rodzimym kryminale wciąż należy do rzadkości. Dobrym rozwiązaniem jest umieszczanie akcji kolejnych powieści z serii w różnych lokalizacjach, rozrzuconych niemal po całej Polsce. W Lesie… jest to środek Puszczy Augustowskiej – z tego co sobie przypominam, miejsce w ogóle wcześniej niewyzyskane w kryminałach. Prywatny detektyw Solański oraz jego wybranka Kwiatkowska (główni bohaterowie serii) jadą tam, by w przyjemnych okolicznościach przyrody (i niepowtarzalnych) wziąć… ślub. Oczywiście, jak zwykle w przypadku tej pary wszystko idzie na opak, plany się walą a w śluzie na Kanale Augustowski zostają znalezione zwłoki mężczyzny, który niekoniecznie zginął na skutek wypadku. Oboje próbują jako tako rozwiązać zagadkę kryminalną i przygotować się do uroczystości, co prowadzi do serii absurdalnych, dziwnych czy śmiesznych sytuacji. A do tego Kwiatkowska mierzy się z „demonami” przeszłości, bo odwiedziła już dużo wcześniej Puszczę Augustowską, będąc nastolatką. I wcale nie były to wakacje jej życia.
    Jak to zazwyczaj w komediach kryminalnych bywa, w nowej powieści Matyszczak znajduje się bardzo dużo rozmaitego humoru, od słownego po sytuacyjny. Z poczuciem humoru bywa tak, że jest bardzo różne, czyli – inaczej rzecz ujmując – to co śmieszy jednych, drudzy zbywają wzruszeniem ramion albo uważają wręcz za niesmaczne. W Lesie… nie zawsze śmiałem się w tych miejscach, które – jak przypuszczam – autorka pisała z nastawieniem, że mają czytelnika rozweselać. W niektórych miejscach narracja powieści jest „przefajnowana” – to znaczy, że za dużo jest, jak dla mnie, elementów z założenie humorystycznych na stronie czy w rozdziale. Ale generalnie lektura Lasu… wprawiła mnie w dobry humor, a o to w komediach kryminalnych głównie chodzi.
    Trochę niepokoi mnie, że kolejne części serii Kryminał pod psem powstają szybko, co – niestety – odbija się na jakości tekstu, szczególnie w warstwie językowo-stylistycznej. Sporo jest Lesie… zdań za szybko „puszczonych” spod palca, niedopracowanych akapitów. Ale po części jest to wina także osób odpowiedzialnych za redakcję tekstu, która powinna być zrobiona z większą starannością.
    Czy tak, czy siak, komedia kryminalna Las i ciemność Matyszczak przyniosła mi sporo zabawy. Już czekam na następną część przygód Gucia i Spółki, zastanawiając się, jakie nowe miejsce opisze autorka z Chorzowa.


 

 

piątek, 21 sierpnia 2020

Robert Małecki, Żałobnica

 

 

Kobieta spękana


Robert Małecki, Żałobnica, Wydawnictwo Czwarta Strona, Poznań 2020, s. 383.


    Nowości! Po trzykroć nowości! Taki początek recenzji nowej powieści Roberta Małeckiego, zatytułowanej Żałobnica, aż cisnął mi pod palce stukające w klawiaturę komputera. Po trylogii sensacyjnej oraz trzech tomach udanej serii kryminałów z komisarzem Grossem (smakoszem kanapek z pasztetem) autor z Torunia postanowił sprawdzić się w nowym gatunku – thrillerze psychologicznym. Poza tym Małecki po raz pierwszy w centrum opowieści ustawił kobietę, trzydziestotrzyletnia Annę, która jest zarazem główną bohaterką, jak i narratorką Żałobnicy. Bo wreszcie – Małecki pierwszy raz napisał powieść w narracji pierwszoosobowej (kto próbował, wie, że to nie lada jaka sztuka…). Wielu autorów prozy gatunkowej wymyśla jednego bohatera i jeden schemat fabularny, a później powiela je w kolejnych powieściach (aż do znudzenia siebie samych albo czytelników). Oczywiście, rozumiem takie podejście, bo przecież jest spora grupa odbiorców literatury lubiących czytać książki, które już znają. Osobiście zdecydowanie bardziej cenię pisarzy poszukujących, testujących własne możliwości w rozmaitych gatunkach czy formach literackich. Małecki do nich bez wątpienia należy. I chwała mu za to!
    Dobrze, ale miało być o Żałobnicy… Prawdę powiedziawszy, na początku było mi dosyć trudno wkręcić się w lekturę nowej powieści Małeckiego, głównie przez rwany, nerwowy rytm narracji, w której sporo jest bardzo krótkich, często jednowyrazowych akapitów. Nie przepadam za taką formą pisania, ale szybko załapałem, że stoi za tym celowy zamysł autora. W ten sposób – nie wprost – Małecki charakteryzuje główną bohaterkę. Kobietę spękaną.
    Jak dla mnie kreacja Anny jest najmocniejszym punktem powieści. Małecki stworzył skomplikowaną, pogłębioną i niejednoznaczną postać kobiecą. I do tego zwyczajnie ciekawą, której losy chce się poznać. Punktem wyjścia fabuły jest śmierć męża oraz pasierbicy Anny w wypadku samochodowym na przejeździe kolejowym. Co zmusza bohaterkę do gruntownej zmiany własnego życia i zmierzenia się z demonami przeszłości (są i takowe). Do tego znika dróżniczka odpowiedzialna za wypadek, a Anną zaczyna się interesować policja (dokładniej pewna policjantka, swoją drogą, też dobra postać drugiego planu). Pomijając traumatyczną sytuację, w której znajduje się Anna, sama w sobie jest, jako się rzekło, spękana. Albo rozchwiana, jak kto woli. Na pozór dobra, kochająca żona, która ma jednak swoje za uszami. Kłamczucha, która nie umie kłamać. Na zewnątrz sprawiająca wrażenia zimnej, w środku wulkan emocji. Kobieta z tajemnicą (a nawet kilkoma). Więcej nie mogę zdradzać. I tylko jeszcze drobna uwaga na marginesie – często piszący mężczyźni mają spore problemy z kreowaniem kobiecych bohaterek. Na pewno jednak nie Małecki.
    Fabuła Żałobnicy poprowadzona jest sprawnie, choć autor ułożył ją w dużej mierze z czytelnych, ogranych schematów i motywów. O wypadku samochodowym już wspominałem, a do tego jeszcze – dla przykładu – ważnym wątkiem w powieści jest historia trudnej przyjaźni dwóch nastolatek. Ostatnimi laty historii przyjaźni nastolatków i ich rozlicznych traum było wiele tak w powieściach, jak i choćby serialach, więc reaguję na nie napadami ziewania. Poza tym jak dla mnie w zakończeniu Żałobnicy napięcie zamiast rosnąć, malało. Ale może to jedynie mój problem, bo nastawiłem się na fajerwerki, które nie wybuchły. Ale cóż, od takiego autora jak Małecki wymagam trochę więcej.
    Czytałem już tu i ówdzie, że Żałobnica jest najlepszą powieścią Małeckiego. Nie zgodzę się z tym twierdzeniem, bo jak na mój gust lepsza jest choćby Skaza. Co nie zmienia faktów, że w nowej powieści pisarza z Torunia jest świetna główna bohaterka, bardzo dobry tytuł i sprawnie poprowadzona opowieść. Żałobnicą Małecki potwierdził, że ma ewidentny dryg do pisania thrillerów. I że nie brakuje mu świeżych pomysłów. Jeśli postanowi dalej pisać thrillery, sądzę, że stworzy świetne teksty. Czego Małeckiemu z serca życzę.
 

piątek, 14 sierpnia 2020

Tomasz Duszyński, Toksyczni

 

 

 Gliniarz, który zapomina


Tomasz Duszyński, Toksyczni, Wydawnictwo SQN, Kraków 2019, s. 383.


    Pisarstwo Tomasza Duszyńskiego było dla mnie – bez wątpienia – jednym z objawień zeszłego roku. Szczególnie przypadła mi do gustu proza retro tego autora, cykl zapoczątkowany powieścią Glatz (2019). W prywatnym rankingu zdecydowanie niżej oceniłem współczesną powieść sensacyjną Duszyńskiego zatytułowaną Toksyczni. Dlaczego? Bo jednak swoją sensację autor uszył z czytelnych – by nie powiedzieć: zgranych – schematów. Są więc w Toksycznych mafie i mafijki, prokurator, który kolekcjonuje haki na ważne persony, brudni gliniarze, psychol zza wschodnie granicy, który jest maszyną do zabijania. Jest oczywiście zagrożenie życia osoby bliskiej głównym bohaterom. I tak dalej, i w ten deseń. Oczywiście, Toksyczni są świetnie napisani, co mnie nie dziwi. Moim zdaniem – i chyba nie popadam w zbytnią przesadę – Duszyński spokojnie mieści się w trójce – obok Marcina Wrońskiego i Zygmunta Miłoszewskiego – najsprawniejszych pod względem językowo-stylistycznym autorów rodzimej prozy gatunkowej.
    Tak więc specjalnie nie spieszyło mi się do pisania o Toksycznych. Ale w końcu zebrałem się – a to z powodu Nowickiego, jednego z dwóch, obok Ultrasa, głównych bohaterów powieści. Nowicki jest sześćdziesięcioletnim, emerytowanym policjantem. Swego czasu bardzo cenionym i skutecznym. Kimś w rodzaju lokalnej policyjnej legendy. Poznajemy go w momencie, kiedy ma początki Alzheimera, nie domknął żałoby po śmierci żony, niespecjalnie dogaduje się z córką-jedynaczką. Nowicki nie tyle żyje, co dryfuje przez życie, coraz bardziej zagubiony, pogrążony w smutku i marazmie. Kiedy jednak nadchodzi czas próby, oczywiście Nowicki daje radę. Nie w tym jednak rzecz… W powieściach kryminalnych czy sensacyjnych dosyć rzadko pojawiają się główni bohaterowie w wieku senioralnym. Już za samo to należą się Duszyńskiemu wyrazy uznania. Poza tym udało się autorowi ukazać postać Nowickiego w powieści w sposób pogłębiony psychologicznie, pełen niuansów, bez zbędnych uproszczeń czy przegięć. A to w powieściach sensacyjnych wcale nie jest częste.
    Naprawdę, dla samego Nowickiego warto przeczytać Toksycznych  Duszyńskiego.