niedziela, 30 sierpnia 2020

Marta Matyszczak, Las i ciemność

 


 

Gucio i Spółka. Z nieograniczoną nieodpowiedzialnością


Marta Matyszczak, Las i ciemność, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2020, s. 302.


    Jak to szybko zleciało… Ledwie w roku 2017 Marta Matyszczak zadebiutowała powieścią kryminalną Tajemnicza śmierć Marianny Biel, a całkiem niedawno wyszła już ósma część serii Kryminał pod psem zatytułowana Las i ciemność. Matyszczak pisze lekkie, niespecjalnie krwawe czy brutalne komedie kryminalne (osobiście wolę wymyślone przez Marcina Wrońskiego określenie krymi zgrywa, której jednak przyjęło się zdecydowanie słabiej w narracji o prozie kryminalnej). Ich wyróżnikiem jest, co wskazuje sama nazwa serii, że jednym z głównym bohaterów tego cyklu autorka uczyniła sympatycznego kundelka o imieniu Gucio, który na swój sposób uczestniczy w śledztwach (o ile właśnie nie tropi ukrytej gdzieś kiełbasy śląskiej) i komentuje szaleństwa „człowieków”. A tych, jak to w tego rodzaju kryminałach, nie brakuje.
    Przyznam od razu, że mam słabość do kryminałów autorki z Chorzowa, która ujęła mnie – wspomnianą już - postacią Gucia czy wplatanymi w kolejne powieści elementami tak kultury i obyczajowości Śląska, jak i języka śląskiego, co w rodzimym kryminale wciąż należy do rzadkości. Dobrym rozwiązaniem jest umieszczanie akcji kolejnych powieści z serii w różnych lokalizacjach, rozrzuconych niemal po całej Polsce. W Lesie… jest to środek Puszczy Augustowskiej – z tego co sobie przypominam, miejsce w ogóle wcześniej niewyzyskane w kryminałach. Prywatny detektyw Solański oraz jego wybranka Kwiatkowska (główni bohaterowie serii) jadą tam, by w przyjemnych okolicznościach przyrody (i niepowtarzalnych) wziąć… ślub. Oczywiście, jak zwykle w przypadku tej pary wszystko idzie na opak, plany się walą a w śluzie na Kanale Augustowski zostają znalezione zwłoki mężczyzny, który niekoniecznie zginął na skutek wypadku. Oboje próbują jako tako rozwiązać zagadkę kryminalną i przygotować się do uroczystości, co prowadzi do serii absurdalnych, dziwnych czy śmiesznych sytuacji. A do tego Kwiatkowska mierzy się z „demonami” przeszłości, bo odwiedziła już dużo wcześniej Puszczę Augustowską, będąc nastolatką. I wcale nie były to wakacje jej życia.
    Jak to zazwyczaj w komediach kryminalnych bywa, w nowej powieści Matyszczak znajduje się bardzo dużo rozmaitego humoru, od słownego po sytuacyjny. Z poczuciem humoru bywa tak, że jest bardzo różne, czyli – inaczej rzecz ujmując – to co śmieszy jednych, drudzy zbywają wzruszeniem ramion albo uważają wręcz za niesmaczne. W Lesie… nie zawsze śmiałem się w tych miejscach, które – jak przypuszczam – autorka pisała z nastawieniem, że mają czytelnika rozweselać. W niektórych miejscach narracja powieści jest „przefajnowana” – to znaczy, że za dużo jest, jak dla mnie, elementów z założenie humorystycznych na stronie czy w rozdziale. Ale generalnie lektura Lasu… wprawiła mnie w dobry humor, a o to w komediach kryminalnych głównie chodzi.
    Trochę niepokoi mnie, że kolejne części serii Kryminał pod psem powstają szybko, co – niestety – odbija się na jakości tekstu, szczególnie w warstwie językowo-stylistycznej. Sporo jest Lesie… zdań za szybko „puszczonych” spod palca, niedopracowanych akapitów. Ale po części jest to wina także osób odpowiedzialnych za redakcję tekstu, która powinna być zrobiona z większą starannością.
    Czy tak, czy siak, komedia kryminalna Las i ciemność Matyszczak przyniosła mi sporo zabawy. Już czekam na następną część przygód Gucia i Spółki, zastanawiając się, jakie nowe miejsce opisze autorka z Chorzowa.


 

 

piątek, 21 sierpnia 2020

Robert Małecki, Żałobnica

 

 

Kobieta spękana


Robert Małecki, Żałobnica, Wydawnictwo Czwarta Strona, Poznań 2020, s. 383.


    Nowości! Po trzykroć nowości! Taki początek recenzji nowej powieści Roberta Małeckiego, zatytułowanej Żałobnica, aż cisnął mi pod palce stukające w klawiaturę komputera. Po trylogii sensacyjnej oraz trzech tomach udanej serii kryminałów z komisarzem Grossem (smakoszem kanapek z pasztetem) autor z Torunia postanowił sprawdzić się w nowym gatunku – thrillerze psychologicznym. Poza tym Małecki po raz pierwszy w centrum opowieści ustawił kobietę, trzydziestotrzyletnia Annę, która jest zarazem główną bohaterką, jak i narratorką Żałobnicy. Bo wreszcie – Małecki pierwszy raz napisał powieść w narracji pierwszoosobowej (kto próbował, wie, że to nie lada jaka sztuka…). Wielu autorów prozy gatunkowej wymyśla jednego bohatera i jeden schemat fabularny, a później powiela je w kolejnych powieściach (aż do znudzenia siebie samych albo czytelników). Oczywiście, rozumiem takie podejście, bo przecież jest spora grupa odbiorców literatury lubiących czytać książki, które już znają. Osobiście zdecydowanie bardziej cenię pisarzy poszukujących, testujących własne możliwości w rozmaitych gatunkach czy formach literackich. Małecki do nich bez wątpienia należy. I chwała mu za to!
    Dobrze, ale miało być o Żałobnicy… Prawdę powiedziawszy, na początku było mi dosyć trudno wkręcić się w lekturę nowej powieści Małeckiego, głównie przez rwany, nerwowy rytm narracji, w której sporo jest bardzo krótkich, często jednowyrazowych akapitów. Nie przepadam za taką formą pisania, ale szybko załapałem, że stoi za tym celowy zamysł autora. W ten sposób – nie wprost – Małecki charakteryzuje główną bohaterkę. Kobietę spękaną.
    Jak dla mnie kreacja Anny jest najmocniejszym punktem powieści. Małecki stworzył skomplikowaną, pogłębioną i niejednoznaczną postać kobiecą. I do tego zwyczajnie ciekawą, której losy chce się poznać. Punktem wyjścia fabuły jest śmierć męża oraz pasierbicy Anny w wypadku samochodowym na przejeździe kolejowym. Co zmusza bohaterkę do gruntownej zmiany własnego życia i zmierzenia się z demonami przeszłości (są i takowe). Do tego znika dróżniczka odpowiedzialna za wypadek, a Anną zaczyna się interesować policja (dokładniej pewna policjantka, swoją drogą, też dobra postać drugiego planu). Pomijając traumatyczną sytuację, w której znajduje się Anna, sama w sobie jest, jako się rzekło, spękana. Albo rozchwiana, jak kto woli. Na pozór dobra, kochająca żona, która ma jednak swoje za uszami. Kłamczucha, która nie umie kłamać. Na zewnątrz sprawiająca wrażenia zimnej, w środku wulkan emocji. Kobieta z tajemnicą (a nawet kilkoma). Więcej nie mogę zdradzać. I tylko jeszcze drobna uwaga na marginesie – często piszący mężczyźni mają spore problemy z kreowaniem kobiecych bohaterek. Na pewno jednak nie Małecki.
    Fabuła Żałobnicy poprowadzona jest sprawnie, choć autor ułożył ją w dużej mierze z czytelnych, ogranych schematów i motywów. O wypadku samochodowym już wspominałem, a do tego jeszcze – dla przykładu – ważnym wątkiem w powieści jest historia trudnej przyjaźni dwóch nastolatek. Ostatnimi laty historii przyjaźni nastolatków i ich rozlicznych traum było wiele tak w powieściach, jak i choćby serialach, więc reaguję na nie napadami ziewania. Poza tym jak dla mnie w zakończeniu Żałobnicy napięcie zamiast rosnąć, malało. Ale może to jedynie mój problem, bo nastawiłem się na fajerwerki, które nie wybuchły. Ale cóż, od takiego autora jak Małecki wymagam trochę więcej.
    Czytałem już tu i ówdzie, że Żałobnica jest najlepszą powieścią Małeckiego. Nie zgodzę się z tym twierdzeniem, bo jak na mój gust lepsza jest choćby Skaza. Co nie zmienia faktów, że w nowej powieści pisarza z Torunia jest świetna główna bohaterka, bardzo dobry tytuł i sprawnie poprowadzona opowieść. Żałobnicą Małecki potwierdził, że ma ewidentny dryg do pisania thrillerów. I że nie brakuje mu świeżych pomysłów. Jeśli postanowi dalej pisać thrillery, sądzę, że stworzy świetne teksty. Czego Małeckiemu z serca życzę.
 

piątek, 14 sierpnia 2020

Tomasz Duszyński, Toksyczni

 

 

 Gliniarz, który zapomina


Tomasz Duszyński, Toksyczni, Wydawnictwo SQN, Kraków 2019, s. 383.


    Pisarstwo Tomasza Duszyńskiego było dla mnie – bez wątpienia – jednym z objawień zeszłego roku. Szczególnie przypadła mi do gustu proza retro tego autora, cykl zapoczątkowany powieścią Glatz (2019). W prywatnym rankingu zdecydowanie niżej oceniłem współczesną powieść sensacyjną Duszyńskiego zatytułowaną Toksyczni. Dlaczego? Bo jednak swoją sensację autor uszył z czytelnych – by nie powiedzieć: zgranych – schematów. Są więc w Toksycznych mafie i mafijki, prokurator, który kolekcjonuje haki na ważne persony, brudni gliniarze, psychol zza wschodnie granicy, który jest maszyną do zabijania. Jest oczywiście zagrożenie życia osoby bliskiej głównym bohaterom. I tak dalej, i w ten deseń. Oczywiście, Toksyczni są świetnie napisani, co mnie nie dziwi. Moim zdaniem – i chyba nie popadam w zbytnią przesadę – Duszyński spokojnie mieści się w trójce – obok Marcina Wrońskiego i Zygmunta Miłoszewskiego – najsprawniejszych pod względem językowo-stylistycznym autorów rodzimej prozy gatunkowej.
    Tak więc specjalnie nie spieszyło mi się do pisania o Toksycznych. Ale w końcu zebrałem się – a to z powodu Nowickiego, jednego z dwóch, obok Ultrasa, głównych bohaterów powieści. Nowicki jest sześćdziesięcioletnim, emerytowanym policjantem. Swego czasu bardzo cenionym i skutecznym. Kimś w rodzaju lokalnej policyjnej legendy. Poznajemy go w momencie, kiedy ma początki Alzheimera, nie domknął żałoby po śmierci żony, niespecjalnie dogaduje się z córką-jedynaczką. Nowicki nie tyle żyje, co dryfuje przez życie, coraz bardziej zagubiony, pogrążony w smutku i marazmie. Kiedy jednak nadchodzi czas próby, oczywiście Nowicki daje radę. Nie w tym jednak rzecz… W powieściach kryminalnych czy sensacyjnych dosyć rzadko pojawiają się główni bohaterowie w wieku senioralnym. Już za samo to należą się Duszyńskiemu wyrazy uznania. Poza tym udało się autorowi ukazać postać Nowickiego w powieści w sposób pogłębiony psychologicznie, pełen niuansów, bez zbędnych uproszczeń czy przegięć. A to w powieściach sensacyjnych wcale nie jest częste.
    Naprawdę, dla samego Nowickiego warto przeczytać Toksycznych  Duszyńskiego.
 

piątek, 7 sierpnia 2020

Robert Ziębiński, Dzień wagarowicza

 

Zimnowojenne potwory


Robert Ziębiński, Dzień wagarowicza, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2020, s. 274.


    Ostatnimi laty proza gatunkowa ma się w Polsce całkiem dobrze, za jednym wyjątkiem – horroru. Zresztą z horrorem jest u nas problem od bardzo dawna i to nie tylko w literaturze, ale również w filmie. Mało autorów, mało tytułów i jeszcze mniej lekturowej satysfakcji dla czytelników. W ostatnich miesiącach coś się zaczęło w tej kwestii zmieniać. Delikatnie. W marcu (nieszczęśliwie w początkach pandemii) miał premierę filmowy slasher w reżyserii Bartosza M. Kowalskiego W lesie dziś nie zaśnie nikt. I jest to chyba jedyny polski horror, który obejrzałem z zaciekawieniem do końca, chociaż nie jestem pewien, czy reżyser chciał nakręcić pastisz gatunku, czy też horror na poważnie. Niedawno opublikowana została powieść Robert Ziębińskiego Dzień wagarowicza, w której autor nawiązuje do konwencji horroru z lat 50. ubiegłego wieku i opowieści o obłąkanych naukowcach zmieniających naturę świata zawsze z tym samym skutkiem – na gorzej.
    Akcja powieści rozgrywa się wiosną 1956 roku. Do rządowej daczy nad Jeziorem Śniardwy przyjeżdża grupa nastolatków, z córką jednego z partyjnych przywódców Ochaba na czele, by na zabawie spędzić kilka dni. W okolicznych lasach znajduje się tajna placówka badawcza nadzorowana przez Rosjan, w której naukowcy pracują nad projektem, mogącym mieć wielkie znaczenie dla towarzyszy z Moskwy. W niedalekiej wsi mieszka Roman, były cyngiel AK, który zaszył się na Mazurach, by wymknąć się komunistom, ale również w samotności przeżywać traumy z przeszłości. Coś zabija konie Romana a dalej… A dalej to już wiadomo, bo przecież horrory tego typu budowane są na czytelnych schematach. Dalej jest masakra.
    Cenię horrory, których autorzy, jak choćby niezrównany Stephen King, dużą wagę przykładają do ukazywania tła, miejsca akcji. Na szczęście należy do nich również Ziębiński. Rzeczywistość Mazur lat 50. XX wieku została w powieści umiejętnie wpleciona w makabryczną akcję. Ziębiński ze znawstwem ukazuje realia regionu, ale przy tym nie zarzuca czytelnika zbędnymi szczegółami, opisami – daje ich tyle, by oddać klimat i miejsca, i czasów. W ogóle dałbym autorowi dużego plusa za wybór Mazur lat 50. na miejsce akcji Dnia wagarowicza, bo o ile o Dzikim Zachodzie, czyli zachodnich ziemiach odzyskanych pisano już w prozie gatunkowej sporo, o tyle powojenne Mazury wciąż jeszcze są lokacją słabo wykorzystaną przez pisarzy.
    Akcji powieści Ziębińskiego też nie mam nic do zarzucenia. Kto ma zginąć, ginie, w scenach mordów autor nie przesadza z makabrą i okrucieństwem, akcja trzyma właściwe tempo do samego końca, a postaci są wyraziste w wystarczającym stopniu. Oczywiście, jak już wspomniałem, historia zbudowana została ze schematów, które dla odbiorców obeznanych z gatunkiem są czytelne, więc trudno o większe zaskoczenia. Ale w slasherach chodzi głównie o to, aby cieszyć się fabułą porządnie zbudowaną ze znanych elementów. A Ziębiński bez wątpienia stworzył swoją opowieść o mazurskiej makabrze ze znawstwem.
    Trochę zgrzytał mi momentami nazbyt prosty i skrótowy styl prozy Ziębińskiego. Jednak wiem, że mam rodzaj stylistycznej fiksacji (nic na to nie poradzę). Poza tym – tak, zdaję sobie sprawę, że horrory czyta się nie po to, by smakować piękno językowych fraz i podziwiać kunsztowne zdania.
    Dzień wagarowicza to porządna rzemieślnicza robota w dziedzinie horroru wykonana przez fachowca. Da się i w Polsce? Da się.

czwartek, 9 lipca 2020




Podejrzana wiedza


Robert Harris, Drugi sen, przeł. Andrzej Szulc, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2020, s. 383.


    Zadebiutować porywającą, szeroko zakrojoną historią alternatywną świata po II wojnie światowej? Nie ma sprawy, tak oto powstał Vaterland. Stworzyć powieści historyczne, zbudowane wokoło problemu władzy, z czasów starożytnego Rzymu? Ależ proszę bardzo, można na ten temat napisać całą trylogię rzymską. Zamienić historię gier politycznych, toczących się za murami Watykanu, w sensacyjną opowieść? Nic prostszego, co potwierdza Konklawe… A przecież wspomniałem jedynie o części dorobku Roberta Harrisa. Angielski autor jest jednym z najwszechstronniejszych pisarzy współczesnych, który z zadziwiającą swobodą posługuje się różnymi odmianami prozy gatunkowej i podgatunkami powieści, co szczególnie warte jest podkreślenia (i docenienia) w czasach, kiedy dominują pisarze wąsko wyspecjalizowani, tworzący w jednym gatunku albo wręcz powielający do znudzenia (czytelników, a i pewnie po trosze siebie samego) w kolejnych książkach schemat, który przyniósł im sukces. Harris ciągle poszukuje dla siebie nowych form powieściowych, testuje ich możliwości – moim zdaniem z sukcesem, ponieważ w kolejnych powieściach nie schodzi poniżej bardzo porządnej średniej. W najnowszej powieści również przygotował dla czytelników niespodziankę, bo Drugi sen jest powieścią postapokaliptyczną, choć oczywiści Harris potraktował tę formułę powieściową po swojemu. Z jakim skutkiem? Niezłym.
    Akcja Drugiego snu opiera się na czytelnym, często wykorzystywanym schemacie – oto młody bohater, który ma jasno wytyczoną ścieżkę życia i kariery, trafia na Tajemnicę, odkrywanie której całkowicie go odmieni. Jest nim ksiądz Fairfax, który ma na pozór proste zadanie do wykonania: jechać na głęboką angielską prowincję, by pochować proboszcza wiejskiej parafii i zaraz wracać. Na miejscu jednak okazuje się, że okoliczności śmierci proboszcza są mocno niejasne, zaś zmarły miał na plebanii mnóstwo zakazanych przez Kościół druków wydanych przez zdelegalizowane „Towarzystwo Antykwaryczne”. Czym się „antykwariusze” zajmowali i dlaczego podpadli Kościołowi?
    „Antykwariusze” zgrzeszyli zainteresowaniem badaniami pozostałości upadłej cywilizacji. Akcja powieści rozgrywa się w 1468 roku, realia mniej więcej przypominają późne średniowiecze albo wczesny renesans, ale jest to wiele wieków po zagładzie cywilizacji takiej, jaką znamy. Ludzkość powoli podniosła się z upadku, odwołując się do podstaw wiary o oddając się we władzę Kościołowi, natomiast traktując jako zło wcielone wszystko, co miało związek z nauką czy techniką. „Antykwariusze” poszukiwali pozostałości upadłej cywilizacji, których nie ostało się zbyt wiele: trochę plastykowych czy szklanych przedmiotów, tabliczki z symbolem nadgryzionego jabłka, które zapewne służyły do jakiejś formy komunikacji, szczątki budowli o nie do końca znanym przeznaczeniu. „Antykwariusze” są zdania, że wiedza o technicznych dokonaniach przodków może pomóc w rozwoju cywilizacyjnym, sprawić, że ludziom będzie żyło się lepiej. Tyle tylko że wiedza to władza. A władzę nad ludźmi niepodzielnie sprawuje Kościół, który pomógł przetrwać ludzkości w czasach upadku, i nie zamierza się nią z nikim dzielić.
    Jak już wspomniałem, postapokaliptyczna wizja Harrisa jest specyficzna i autor tak naprawdę więcej sugeruje, niż opisuje. Nie wyjaśnia, co spowodowało nagłą zagładę znanej nam cywilizacji, nie przedstawia dokładnie, w jaki sposób nastąpiło odrodzenie ludzkości. Ukazuje jedynie jego efekty, w niektórych dziedzinach życia dosyć wątpliwe. Czytelnicy, którzy szukają w powieściach szczegółowych opisów świata po apokalipsie, mogą czuć się powieścią Harrisa zawiedzeni. Mnie takie rozwiązanie, które otwiera przestrzeń dla wyobraźni odbiorcy, jak najbardziej odpowiada.
    Fabuła Drugiego snu zbudowana jest wokół zagadki kryminalnej, której punktem wyjścia jest śmierć prowincjonalnego proboszcza. Fairfax uparcie dąży do jej wyjaśnienia, ryzykując nie tylko kościelną karierę, ale i życie. I koniec końców ją rozwiązuje. Jak dla mnie wątek kryminalny w powieści Harrisa jest nazbyt schematyczny i niedopracowany. Podobnie jak zakończenie powieści, w którym autor funduje głównym bohaterom… Co? Tego oczywiście nie zdradzę, zaznaczę jedynie, że po finale Drugiego snu spodziewałem się nieco więcej. Co jednak nie zmienia mojej ogólnej oceny, że nowa powieść Harrisa przynosi ciekawą, autorską wersję powieści postapokaliptycznej z wyrazistym głównym bohaterem i akcją, która może jest nieśpieszna, ale przykuwająca uwagę.
    Koniec końców – Harris po raz kolejny dał radę.

piątek, 10 kwietnia 2020

Kazimierz Kutz - pisarz



Cykl – Zaległe lektury czasu pandemii (odcinek 2)


Kutz - pisarz, któremu się nie chciało


Kazimierz Kutz, Klapsy i ścinki. Mój alfabet filmowy i nie tylko, Wydawnictwo Znak, Kraków 1999, s. 358.


    Kazimierz Kutz, Hanys z Szopienic zmarły w 2018 roku, był świetnym reżyserem filmowym, telewizyjnym i teatralnym. Moim zdaniem jego Sól ziemi czarnej (1969) spokojnie mieści się w dziesiątce najlepszych polskich filmów XX wieku. Pewnie jednak niewiele osób wie, że Kutz był też bardzo ciekawym pisarzem, z poważnymi zadatkami na pisarza wybitnego – tyle tylko że nie za bardzo miał czas i ochotę na pisanie, nad czym nieodmiennie ubolewał redaktor Jerzy Illg we wstępach do książek autora Klapsów i ścinków. Ale po kolei…
    Skąd w ogóle przyszedł mi do głowy pomysł, by sięgnąć po książkę Kutza wydaną ponad dwadzieścia lat temu (oczywiście poza aberracjami czasu epidemii…)? Wcześniej nie czytałem Klapsów i ścinków, pewnie teraz również bym nie przeczytał, gdyby nie wydana pod koniec zeszłego roku książką Kutza Będzie skandal. Autoportret. Skandalu – oczywiście – nie było, co nie zdziwiło mnie nadmiernie, bo reżyser Pułkownika Kwiatkowskiego od dawna znajdował się – z różnych względów - poza radarami światka kulturalnego mainstreamu skupionego wokół stolicy, więc i ta  książka przeszła bez większego echa. Co za to było w książce? Opowiedziana z wyjątkową swadą i językowym biglem historia niemal pięćdziesięciu lat polskiego kina (osobista, szczera, bez zadęcia, ale również, co niestety mógł sugerować tytuł, pogoni za tanią sensacją) oraz prywatna historia samego Kutza, jego zmagań głównie z PRL-owską rzeczywistością, a także ze stałą reinterpretacją „centralnego pejzażu”, którym była dla reżysera śląskość.  
    Jak na tle książki Będzie skandal prezentują się Klapsy i ścinki? Już na pierwszy rzut oka ten tom pokazał, jak bardzo zestarzała się pisarska formuła alfabetów (abecadeł). Rozmaicie sprofilowane alfabety, tworzone przez mniej lub bardziej znane osoby, były bardzo popularne szczególnie w latach 90. XX wieku. Najczęściej miały wymiar publicystyczny, satyryczny albo wspominkowy i bardzo doraźny, ulotny charakter, czyli inaczej rzecz ujmując, dawały (o ile w ogóle…) chwilę lekturowej frajdy, a zaraz później się o nich zapominało. Nie inaczej jest w przypadku alfabetu Kutza, zawierającego portrety, wspomnienia, anegdoty czy krótkie notki na temat głównie ludzi filmu, ale również członków rodziny, sportowców czy znajomych, którzy z różnych powodów zapadli autorowi w pamięć lub byli istotni na pewnych etapach jego życia. Spora część zawartych w niej haseł wydaje się obecnie zupełnie nijaka, ot, notatki-wspominki ani literacko zajmujące, ani dotyczące ciekawych osób. Jednak zdarzają się w Klapsach i ścinkach prawdziwe perełki gatunku portretu literackiego. Kutz miał oko – co nie dziwi, w końcu był reżyserem – do ludzi. Nie tylko patrzył na nich, ale potrafił widzieć w niezwykłych perspektywach i skrótach. I nie bał się wyrażać opinii na ich temat – czasami mocnych i dosadnych. Co więcej, autor Klapsów i ścinków umiał w jednym, dwóch zdaniach ująć istotę prezentowanej osoby. Niech za przykład posłuży taka oto jednozdaniowa charakterystyka znanego reżysera: „Gdyby towarzystwo polskich filmowców wyobrazić sobie jako przycyrkowe zoo, to Krzysztof Zanussi byłby w nim niewątpliwie koniem paradnym”.
    Każdy prawdziwy pisarz – jestem o tym przekonany - ma kilka obrazów, scen czy historii, które określają ramy jego pisarstwa, do których mniej lub bardziej obsesyjnie powraca w kolejnych książkach. Wraca do nich, tworzy kolejne ich wersje przede wszystkim dlatego, że nie dają się łatwo uchwycić w tekście, przedstawić. W Klapsach i ścinkach jest ich naprawdę sporo. Historia „plemienia” ludzi uzależnionych od „SS-likieru”, czyli denaturatu, którzy mieszkali na hałdach pod Chropaczowem („Bryna”), romansowa opowieść o platonicznej miłości, która przetrwała dziesięciolecia (Hania-Ania Cz.) czy strzępy losów najbliższych Kutzowi osób (Matka) po prostu są świetnymi miniaturami prozatorskimi.
    Najważniejszym dziełem pisarskim Kutza jest oczywiście powieść Piąta strona świata wydana w roku 2010. Moim zdaniem jest to jedna z najlepszych polskich powieści powstałych w ostatnich dekadach – i jednocześnie jedna z najbardziej niedocenionych. Na słabą recepcję złożyło się kilka czynników. W swojej powieści Kutz połączył schematy prozy inicjacyjnej (z wyraźnie zaznaczonym wątkiem autobiograficznym) oraz „prozy małych ojczyzn”. Tyle tylko że w roku 2010 nurt „prozy małych ojczyzn” zdecydowanie wysychał i już nie cieszył się uznaniem krytyki literackiej (wtedy jeszcze krytyka literacka żyła, choć, prawdę powiedziawszy, ledwie dychała…), więc już na wejściu wieloaspektowa opowieść o Śląsku, licznych problemach śląskiej historii i tożsamości, do tego godnie doprawiona śląską godką nie mogła liczyć na entuzjastyczne przyjęcie. I nic takiego nie nastąpiło. Poza tym im dłużej się przyglądam naszej z każdym rokiem coraz bardziej centralizującej się kulturze, tym bardziej jestem skłonny przyznać rację Kutzowi, który często powtarzał, że Ślązak chcący zajmować się w swoich dziełach śląskością, raczej nie powinien liczyć w kraju na przesadne zrozumienie. Albo nawet żadne.


wtorek, 31 marca 2020



Puzzle zła


Dominik Rutkowski, Złe dzieci, Świat Książki, Warszawa 2020, s. 303.


    Bywają książki, których lektura przypomina układanie skomplikowanych puzzli bez znajomości obrazka, który ma się wyłonić z drobnych elementów. Śledzenie ich fabuły wymaga skupienia, które jednak łatwo jest utrzymać, bo czytającego napędzają ciekawość i napięcie. Co się objawi po dopasowaniu kolejnego fragmentu? Czy przed oczyma zamajaczy choćby cień całości? Jedną z nich są Złe dzieci Dominika Rutkowskiego.
    Powieść Rutkowskiego ma na wielu poziomach skomplikowaną konstrukcję. Akcja rozgrywa się na trzech planach czasowych. W 1944 roku do Warszawy przybywa kobieta w ciąży, by wziąć udział w pogrzebie swojego narzeczonego, oficera SS wysoko postawionego w hierarchii, który został zabity w wyniku akcji zbrojnej polskiego podziemia. Jak się okazuje, do końca nie chodzi wyłącznie o pogrzeb, a kobieta, pałająca nienawiścią do Polaków, popełnia zbrodnię. W 1984 roku w Warszawie zjawia się para Norwegów. Po stolicy oprowadza ich młody przewodnik Mietek, ale obcokrajowców samo miasta zdaje się zupełnie nie obchodzić, za to bardzo interesują ich cmentarze. Do tego Norwegowie zdają się być nieco dziwni, nic więc wyjątkowego że intrygują przewodnika, ale również zostają wzięci na cel przez esbeków. I w końcu współcześnie ta sama para z Norwegii znowu przyjeżdża do Warszawy i po raz kolejny wizytuje głównie cmentarze. Mietek za wszelką cenę postanawia odkryć skrywaną przez nich tajemnicę.
    Fabułę Złych dzieci komplikuje także mieszanie w nich przez autora wspomnień i wyobrażeń, faktów i mniej lub bardziej prawdopodobnych zmyśleń. Nie przez przypadek poszczególne całostki fabularne zaczynają się od fraz: „Wspominam…”, „Wyobrażam sobie…” Dwójka Norwegów i polski przewodnik starają się – napędzani różnymi motywacjami – rozwikłać zagadkę z przeszłości (nie mogę zdradzić zbyt wiele, żeby nie spojlerować), mając bardzo mało twardych, sprawdzonych faktów. Dlatego w wątkach, w których brakuje im ich, odwołują się do domysłów czy zwykłych fantazji. W powieści Rutkowskiego bardzo istotne, by nie rzec – kluczowe, jest pytanie o to, czego bohaterowie (a pośrednio czytelnicy) szukają, badając przeszłość: prawdy czy raczej w miarę spójnego mitu, który dawałby choćby namiastkę porządku w chaosie faktów, spełniając swoistą funkcję terapeutyczną; nawet jeśli miałby to być mit naznaczony okrucieństwem.
    Do tego jeszcze Złe dzieci są nieoczywiste gatunkowo, ponieważ Rutkowski połączył w książce schematy powieści obyczajowej (szczególnie w wątku tyczącym Polski lat 80. XX wieku), czegoś w rodzaju historycznego reportażu śledczego (tajemnica przeszłości Norwegów) czy powieści sensacyjnej.
    Trudno jest pokusić się o jednoznaczną interpretację tak nieoczywistej powieści jak Złe dzieci. Wspominałem już o kwestii stosunku do historii, jej statusu czy pożytków płynących z jej odkrywania. Równie ważna jest w powieści Rutkowskiego problematyka zła – choć powinienem raczej napisać Zła, jako fatum niszczącego kolejnych ludzi, kolejne pokolenia. Zło wojny dotyka kobietę, która przybywa do Warszawy w 1944 roku, ale też ziarno zła zdaje się w niej tkwić wcześniej, będą częścią jej natury. To zło, dodatkowo wzmocnione traumami i obsesjami, sprawia, że po wojnie na dziesięciolecia razem z bliskimi prawie całkowicie izoluje się od świata, zamieszkując na niewielkiej wyspie u wybrzeży Norwegii. Zło niszczy jej życie i życie bliskich. Czy definitywnie? Czy dla bohaterów istniej szansa na wyjście z głębokiego cienia Zła w jako takim zdrowiu psychicznym? To czytelnik powieści musi sam udzielić sobie odpowiedzi na te pytania.
    Moim zdaniem są w książce Rutkowskiego motywy dyskusyjne. Naznaczenie i tak złej kobiety, która zamyka się na wyspie z bliskimi, jeszcze rysem mocno perwersyjnej seksualności wydało mi się nadmiarowe. Nie dość jasne są dla mnie motywacje Mietka do poszukiwań prawdy o parze Norwegów – choć pewnie tłumaczy go podobna jak u nich skłonność do ulegania obsesjom. Pomimo tych drobnych zastrzeżeń jedno stwierdzę wyraźnie – Złe dzieci Rutkowskiego są bez wątpienia jedną z najbardziej intrygujących i nieoczywistych powieści, które ostatnio czytałem.