czwartek, 1 marca 2018

Igrając z ogniem


Anna Cieplak, Lata powyżej zera, Znak Literanova, Kraków 2017, s. 270.

    Powieści pokoleniowe pojawiają się cyklicznie, mniej więcej co dekadę, a niektórzy z ich autorów uznani zostają za "głosy pokolenia". Są cykliczne niczym święta, choć akurat w przypadku tych książek zwykle nie za bardzo jest co świętować. To nie żadna rewelacja, jedynie proste stwierdzenia faktu. I nie ma nic dziwnego w tym, że kolejne pokolenia piszących starają się ukazać własne - mniej lub bardziej zmitologizowane - początki, osadzić się w rzeczywistości i umiejscowić na ciągle zmieniającej się mapie literatury. Powieści pokoleniowe nieodmiennie budowane są wedle powtarzalnego w nieskończoność schematu opowieści inicjacyjnej (pierwsza miłość, pierwsze zetknięcie ze śmiercią, pierwsze wybory życiowe...) obudowanej playlistami najważniejszych piosenek, wyliczankami "lektur formujących", odniesieniami do najważniejszych wydarzeń historycznych z lat dziecięcych i nastoletnich oraz szkolnymi anegdotkami. Właściwie powieści pokoleniowe są przewidywalne jak brak słońca w listopadzie. Bez czytania wiadomo, jak są zbudowane i jak się skończą. Zmieniają się w nich jedynie drobne elementy tła. W jednym "rzucie" tych powieści jest dojmujący brak Teleranka i gumy Donald z obrazkami, w drugim - zawalające się dwie wieże i ostatnia kaseta VHS. Krótko rzecz ujmując, nie za bardzo jest powód, aby je czytać, jeśli odbyło się już kilka pokoleniowych rund.
    Ziemowit Szczerek, zachęcając do przeczytania powieści Anny Cieplak Lata powyżej zera, stwierdza, że jest to "pokoleniowy manifest" i dodaje: "Koniecznie. To jest książka o was". "Manifest" uznaję oczywiście za wpisaną w poetykę blurba przesadę. Zdawałem sobie też sprawę, że w moim przypadku będzie to z pewnością lektura niekonieczna, ponieważ w owym "was" moje "ja" z pewnością się nie mieści. Jednak przeczytałem powieść Cieplak, nawet dwukrotnie, co nie jest wielkim osiągnięciem, ponieważ książka jest krótka. A później zacząłem zadawać sobie pytania. Odpowiedź na pierwsze z nich jest oczywista. Po co przeczytałem Lata powyżej zera? Z ciekawości krytyka literackiego, którego zainteresował fenomen autorki Ma być czysto, ostatnio jakże często nominowanej i nagradzanej. Z odpowiedzią na pytanie drugie, czy jest w nowej powieści Cieplak coś wartościowego albo choćby intrygującego, miałem już większy problem.
    Jak już wspominałem, szkieletem każdej powieści pokoleniowej jest historia dojrzewania. Jak prezentuje się ona w powieści Cieplak? Rzekłbym, jak każda inna. Główną bohaterką powieści, a zarazem narratorką, jest Anita, urodzona w 1987 roku, mieszkająca w Będzinie. Pochodzi z przeciętnej rodziny (ojciec budowlaniec pracujący w szarej strefie, matka fryzjerka), mieszka na blokowisku, jest trochę osobna ("Nie nadawałam się do czynności grupowych", s. 26), ale nie aż tak, by nie mieć przyjaciół i znajomych. Mimo iż pozuje na "kolorowego ptaka", właściwie jest zwyczajną nastolatką. Akcja powieści zaczyna się w roku 2001, kiedy bohaterka jest jeszcze w gimnazjum. Po kolei opisywane są kolejne wtajemniczenia Anity, pierwszy papieros palony za śmietnikiem i pierwszy alkohol, fascynacje chłopcami a potem mężczyznami, poszukiwanie życiowej pasji (muzyka, fotografia), doświadczenie utraty bliskiej jej babki, nieszczęśliwa miłość zakończona gwałtem, wyjazd do pracy w Szkocji. Tak w skrócie. Nie ma w historii Anity nic oryginalnego, nie jest ani specjalnie pogłębiona, ani zwyczajnie ciekawa. Cieplak po prostu zestawia ciąg scenek i anegdotek obrazujących blaski i cienie czasów dojrzewania. Nawet istotny i ważny motyw przemocy seksualnej, który aż prosił się o rozwinięcie, został w powieści potraktowany po łebkach. Anita po pierwszym szoku kwituje sprawę gwałtu pełnym nastoletniego fatalizmu (podobnie jak jej przyjaciółka niechcianą ciążę) stwierdzeniem, że jest źle, a będzie jeszcze gorzej.
    Spotkałem się z opiniami, że wartością samą w sobie jest, że powieść pokoleniową napisała kobieta, wchodząc na teren wcześniej zarezerwowany dla pisarzy. Nie zgodzę się. Wystarczy przypomnieć sobie spór z lat 90. ubiegłego wieku dotyczący prozy męskiej i "prozy menstruacyjnej", który po latach wydaje się bzdurny, by nie rzec, żenujący, czy choćby powieść Doroty Masłowskiej Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną (zresztą przywoływaną w książce Cieplak), aby stało się jasne, że autorka Lat powyżej zera nie przedziera się przez chaszcze, wytaczając nowy szlak.
    Jeśli wątek inicjacyjny nie jest wiele wart, to może Cieplak ciekawie pokazuje polską prowincję lat pierwszych? Właściwie można by to uznać za pytanie retoryczne, zważywszy, że nasz prowincja została już gruntownie opisana zarówno w prozie fabularnej, jak i reportażach, więc trudno się było spodziewać, że autorka Lat powyżej zera znajdzie zupełnie nowy patent opisu Polski B. Oczywiście, jest w powieści garść obserwacji socjologicznych tyczących życia na prowincji w pierwszej dekadzie nowego wieku: problemy z pracą, balansowanie na granicy ubóstwa, masowe wyjazdy na brytyjskie wyspy szczęśliwe. Problem jednak w tym, że bohaterkę prowincja absolutnie nie obchodzi. Małą ojczyzną Anity nie jest Zagłębie czy Będzin tylko blokowisko ("Nasze Zagłębie to już inna historia. Ale zasadniczo zupełnie nie ma dla nas znaczenia, skąd jesteśmy i co się z tym wiąże", s. 167). Tyle tylko że Cieplak o mikroświecie blokowiska nie mówi (znowu) nic nowego.
    W takim razie jeśli nie inicjacja i socjologia, to może chociaż język? Może Cieplak wymyśliła niebanalny styl opisu tego, co dobrze rozpoznane i wielokroć opisane? Nie do końca. Trudno jest odmówić autorce Lat powyżej zera językowego szwungu. Umie zakręcić frazą, wymyślić zgrabny bon mot, miksować elementy pochodzące z różnych rejestrów mowy. Jednak dostrzegam w nowej powieści Cieplak pewną językową zachowawczość. Warstwa językowa powieści utkana została po trosze z wszystkiego: mowy potocznej, pełnej popkulturowych odniesień, młodzieżowego slangu, tanich poetyzmów, jakże charakterystycznych dla nastolatków, i słów powszechnie uznawanych za obelżywe. Jednak tak na prawdę jest to styl zrobiony "na miękko", w ten sposób, aby właściwie był dla każdego czytelny i nikogo specjalnie nie raził. Mogę w tym miejscu przywołać ulubioną przez blogerów literackich frazę: "Dobrze i szybko się czyta"... Daleko Cieplak do językowej wynalazczości i bezkompromisowości Masłowskiej.
    Jest jednak w Latach powyżej zera wątek, który naprawdę mnie zaintrygował. Nazwałbym go kwestią naiwności. Anita, w odróżnieniu od swojej najlepszej przyjaciółki, nie chce pozostać w osiedlowym światku. Jak sama to określa, zatacza coraz większe kręgi - poza osiedle, poza Będzin. Jest ciekawa nowych ludzi, kolejnych wyzwań. Poszukuje, jak to wrażliwa nastolatka. Tyle tylko że jest zbyt naiwna, emocjonalnie rozedrgana, albo zwyczajnie nazbyt niedoświadczona, żeby panować nad tym, co dzieje się z nią i wokoło niej. Rzuca się głową w dół w świat, którego do końca nie rozumie. Nietypowe związki, mordercze imprezy, niebezpieczne zachowania. Staje się, że odwołam się do tytułu powieści Stiega Larssona, dziewczyną, która igra z ogniem. Pod koniec powieści okazuje się, że były chłopak Anity ma HIV. Książka ma otwarte zakończenie, nie wiemy, co dalej będzie z bohaterką. I dopiero w tym momencie zaczyna robić się ciekawie. Tyle tylko że narracja się urywa. bo urwać się musi. To już nie jest porządek opowieści pokoleniowo-inicjacyjnej. A szkoda.
    Z powieściami pokoleniowymi jest ten problem, że zwykle poruszają jedynie czytelników z tego samego pokolenia co autor. Jestem z innego pokolenia niż Cieplak, więc stało się, jak się stać miało. Przeczytałem Lata powyżej zera (dwa razy, że przypomnę) i w sumie mogę napisać jedynie tyle - książka do przeczytania i zapomnienia.

poniedziałek, 26 lutego 2018

Zaaresztowane słowa


Mariusz Sieniewicz, Plankton, Wydawnictwo Znak, Kraków 2017. s. 348.

    Mariusz Sieniewicz już od debiutanckiej Prababki (1999) jawił się jako pisarz otwarty na rzeczywistość i czujny obserwator przemian społeczno-obyczajowo-politycznych. Jak wielu prozaików z tzw. roczników 70. w dużym stopniu bazował na doświadczeniach własnych i swoich rówieśników, jednak pisarz z Olsztyna wyróżniał się tym, że w niewielkim stopniu zajmowały go publicystyczne aktualia, nie gonił za głośnymi tematami. Sieniewicza interesowały (i wciąż interesują) nie tyle ulotne fakty i wydarzenia, których "żywotność" w dobie medialnej nadprodukcji "informacji" jest krótka, co raczej opisywania i analizowanie mechanizmów zmiany. Prawdopodobnie dlatego tak chętnie sięgał po formę dystopii - po raz kolejny w nowej powieści zatytułowanej Plankton.
    Akcja powieści rozgrywa się w roku 2092, po dwóch krwawych wojnach z islamistami, które diametralnie zmieniły sytuację geopolityczną w Europie. Wyznawcy Mahometa między innymi zajęli Włochy, co spowodowało, że papież przeniósł się do Sztokholmu, stoją też u południowych granic Polski. Choć właściwie takiego kraju już nie, jest Polacja, coś w rodzaju federacji autonomicznych, zamkniętych miast, których stolicą formalnie jest Olsztyn. Terytoriów pomiędzy miastami właściwie nikt w pełni nie kontroluje. Zaś miastami rządzi kler katolicki. Sieniewicz kreśli wizję państwa, w którym "(...) religia jest głównym i wiodącym dyskursem publicznym" (s. 186). Księża i zakonnicy zarządzają wszelkimi dziedzinami życia, od spraw ducha po sprawy materii. Wprawdzie istnieje fasadowa klasa polityczny, ale jest ona do tego stopnia pozbawiona wpływów i znaczenia, że na kluczowe stanowiska laickie wyznaczane są androidy. Kościół nie tylko faktycznie rządzi Polacją, ale dąży do tego, aby sprawować absolutną władzę nad mieszkańcami kraju, kontrolować nie tylko ich zachowania, ale nawet myśli, marzenia czy wspomnienia, czemu służą nowinki technologiczne wykorzystywane bardzo umiejętnie przez kler jako swoistą (zazwyczaj wirtualną) smycz na obywateli. Celem działań Kościoła, określanym nie wprost, jest całkowite ujednolicenie mieszkańców Polacji, pozbawienie ich podmiotowości i koniec końców doprowadzenie do stanu, kiedy wszyscy będą myśleć tak samo, pragnąć tego samego, co osiągane jest dzięki wszechobecnej propagandzie, ale również fizycznemu "formatowaniu" umysłów ludzi niepokornych, co odbywa się przy użyciu specjalnych urządzeń, na przykład onirografów. Co koniec końców sprawia, że jak to ujmuje zakonnik Artur -  mieszkańcy Polacji żyją "w świecie projektowanym" (s. 287). Albo, inaczej rzecz ujmując, zmienią się w tytułowy plankton ("[...] nowy człowiek to homo planctus", s. 303), bezwolną masę "żyjątek" unoszącą się na fali, której pływami steruje Kościół.
    To właśnie braciszek Artur, należący do zakonu kapucynów, jest głównym bohaterem a zarazem narratorem powieści. Kapucyni traktowani są przez inne zakony z przymrużeniem oka jako swoiści prostaczkowie boży, którym przydziela się mniej ważne zadania i funkcje. Co nie znaczy, że mogą robić, co im się żywnie podoba. Artur podczas wycieczki rowerowej z córką (w wykreowanej przez Sieniewicza rzeczywistości Kościół zniósł celibat) łamie zakaz wypuszczania się poza granice Olsztyna. Za karę zostaje wysłany do Krakowa, który na skutek ataku terrorystycznego został nieomal zmieciony z powierzchni ziemi. Bohater myśli, że będzie tam przede wszystkim niósł pomoc i pociechę potrzebującym, szybko jednak okazuje się, że machina kościelna, której jest częścią, ma inny cel. Pod przykrywką poszukiwania "islasusłów", czyli zakamuflowanych agentów wroga, zaczyna się w ruinach Krakowa "zwieranie szeregów", czyli eliminowanie ludzi niepokornych, innych albo jedynie nie w pełni zgadzających się z obowiązującą doktryną. Artur próbuje buntować się, ale z mizernym skutkiem, bo szybko zostaje poddanym ujednolicającej resocjalizacji. Działania Kościoła są przygotowaniami do kolejnej wojny z niewiernymi, a znakiem jej początku staje się - przedstawiona w ostatnim rozdziale powieści - wielkopiątkowa procesja, na czele której idą dzieci, co jest oczywistym nawiązaniem do słynnej krucjaty.
    Dystopie zasadzają się na chwycie, polegającym na tym, że współczesne zagrożenia, problemy czy lęki są ekstrapolowane w świat przyszłości czy też odmienny od rzeczywistego świat fikcyjny. Nie inaczej jest w nowej powieści Sieniewicza. Olsztyński pisarz nie żałuje czarnej farby w odmalowywaniu wizji przyszłości wywiedzionej z teraźniejszości. Nazwałbym Plankton summą wszystkich współczesnych strachów do n-tej potęgi. Powieść stanowi istny katalog jakże dobrze znanych nam problemów: zamykanie się społeczeństw z obawy przed (rozmaicie nazywanymi) obcymi, prześladowanie inności, rozwój technologii, które stanowić mogą źródło inwigilacyjnej opresji, katastrofa ekologiczna itd., itp. Jednak Sieniewicza najbardziej zdają się interesować (albo inaczej - najbardziej leżą pisarzowi na sercu) dwie kwestie, które zresztą od jakiegoś czasu stanowią wektory rozwoju jego pisarstwa: religii, czy ogólniej - religijności, oraz kobiet. Autor kreśli wizję Polacji jako państwa teokratycznego, w którym wszelkie aspekty życia podporządkowane są religii a absolutną władzę sprawuje Kościół katolicki. Jak każdej władzy, tak w tym przypadku Kościołowi zależy, aby sprawnie zarządzać i realizować własne cele, a najłatwiej tego dokonać, mając do czynienia z homogenicznym i całkowicie kontrolowanym społeczeństwem. Być może jest to jeszcze jakaś, choć upiorna, wersja katolicyzm, ale z chrześcijaństwem nie ma już nic wspólnego. W rzeczywistości zaprojektowanej przez Sieniewicza po raz kolejny odrodził się patriarchat, na straży którego stoi Kościół, przyjmujący bardzo opresyjne formy. Wystarczy podać przykład, że zakonnicom zostaje odebrane prawo głosu - dosłownie, wycina im się języki. I właśnie - język...
    Jak dla mnie w Planktonie najciekawsze są wątki związane z językiem, a dalej - także twórczością i literaturą. W świecie wymyślonym przez pisarza z Olsztyna język ma być narzędziem kontroli nad społeczeństwem. Jak we wszystkich ustrojach totalitarnych albo ku totalitaryzmowi zmierzających. Narrator stwierdza: "Świat po zamachach domagał się jednoznaczności, czerni i bieli" (s. 153). W takim świecie język, aby skutecznie spełniał funkcje kontrolne i propagandowe, także musi być jednoznaczny. Znaczenia słów muszą być jasno zdefiniowane, nie ma miejsca na na semantyczne niuanse i swobodne interpretacje. Jednak język nieodmiennie ma w sobie potencjał zmiany, by nie rzec - anarchii. Dlatego Kościół tworzy specjalne agendy, które kontrolują sieć i usuwają z niej słowa nazbyt wieloznaczne lub z jakichś powodów niewygodne, "aresztując" je i zamykając w "obozie koncentracyjnym języka" (s. 254). W sytuacji, kiedy w dyskursie publicznym język jest formatowany, niemożliwa staje się jakakolwiek prawdziwa twórczość literacka, a pisarz staje się kimś w społeczeństwie zbędnym, a nawet z założenia podejrzanym: "Słowo 'pisarz" stało się synonimem persony mętnej, judaszowej, ale też w gruncie rzeczy - kompletnie bezużytecznej społecznie" (s. 194). Ale też potencjalnie groźnej, ponieważ groźny w świecie jednoznaczności jest sam język. Nieprzypadkowo główny bohater w momentach buntu czy choćby uświadomionej niezgody na to, co dzieje się wokoło niego i w czym musi uczestniczyć, traci kontrolę na własnym językiem. Zaczyna się jąkać, plątać słowa, tworzyć kontaminacje wyrazów i ich ciągi, które nabierają zupełnie nowych, niespodziewanych znaczeń. W tych momentach gładka powłoka (nowo)mowy narzuconej mu z zewnątrz pęka, a spoza niej wyziera jego własna, nieskrępowana myśl, którą próbuje wyrazić się na swój własny sposób. Indywidualny i niepowtarzalny. Myśl, która nie jest spacyfikowana wymogiem jednoznaczności, w której jest miejsce na wyrażanie zwątpienia i emocji, niepewności i rozchwiania. Być może jest ona kaleka, "zająkliwa", ale jest własną myślą. Tyle tylko że - jak już wspomniałem - brat Artur zostaje spacyfikowany. W ostatnim rozdziale już się nie jąka. Gładkie i w gruncie rzeczy pozbawione znaczenia frazy płyną bez przeszkód z jego ust. Już się nie waha, nie wątpi. Ale też w gruncie rzeczy nie mówi, podobnie jak pozbawione języka zakonnice, staje się jedynie tubą dla sformatowanego, propagandowego języka. Nie ma więcej żadnej nadziei? Również dla nas, skoro Plankton jest projekcją w przyszłość doświadczanych przez nas zagrożeń i lęków?
    Nowa powieść Sieniewicza jest pełna stylistycznych zadziorów, chropawa, drażniąca i dręcząca; naszpikowana piętrową metaforyką, neologizmami i "trudnymi słowami", których tak nie lubią współczesne media. Sam miałem problem, żeby przeczytać za jednym razem więcej niż 20-30 stron tekstu. Spotkałem się z opiniami, że powieść jest językowym dziwolągiem pozbawionym ciekawej fabuły, rodzajem "językowej jazdy po bandzie" (określenie Huberta Klimko-Dobrzanieckiego). Zgoda, fabuła jest taka sobie, ale też - będę się przy tym upierał - w Planktonie nie chodzi o "dzianie się" czy nawet katalogowanie współczesnych strachów. W Planktonie chodzi o język. W słowie odautorskim Sieniewicz wskazuje, że powieść jest - między innymi - "epilepsją języka", co potwierdza, że autor świadomie wybrał taki a nie inny styl i jednocześnie zaprojektował w tekście określony tryb lektury. Zająkliwy styl (jak jąkanie się bohatera) wytrąca z rytmu lektury, stawia opór. Zmusza do wysiłku, namysłu nieomal nad każdym słowem, zdaniem. Pokazuje jak język odkształca obraz rzeczywistości. Może ją zakłamywać, ale równie dobrze - pomagać w dotarciu poza iluzoryczną powłokę tworzoną przez uproszczone, spreparowane przez specjalistów od manipulowania społeczeństwami "narracje". A jest to temat obecnie niezwykle ważny i poważny. Żyjemy w czasach niszczenia języka, celowego upraszczania, odzierania z mnogości sensów i znaczeń. W mediach, o internecie nawet nie wspominając, dominuje lekkostrawna językowa papką, która na dodatek często niewiele ma wspólnego z poprawną polszczyzną. Bo trzeba mówić szybciej, bo trzeba podawać jak najwięcej "informacji". I nic to że najczęściej są to informacje "puste", które niewiele albo zgoła nic nie komunikują odbiorcy. Niestety pisarze nie przeciwstawiają się stanowczo niszczeniu języka, co więcej, widać wyraźnie, że z roku na rok coraz więcej jest książek pisanych "stylem zero", przezroczystym. Rezygnacja z sygnatury autorskiej, własnego języka jest niebezpieczna. Język stanowi jedno z narzędzi poznawania i opanowywania świata. Pozbawieni własnego, indywidualnego języka stajemy się bardziej podatni na zmanipulowane "narracje", by odwołać się do słowa odmienianego przez wszystkie przypadki w dyskursie publicznym. Plankton Sieniewicza odczytuję głównie jako wezwanie do - by przywołać tytuł innej, ważnej powieście pisarza - rebelii językowej, która będzie walką o sens i wartości. Bez własnego języka będziemy bezbronni. Tego należy się lękać. I to już nie jest jedynie strach z zaprojektowanej przyszłości. On właśnie zagląda nam w oczy.

niedziela, 11 lutego 2018

Dlaczego?


David Vann, Legenda o samobójstwie, przeł. Dobromiła Jankowska, Wydawnictwo Pauza, Warszawa 2018, s. 256.

    Pisarze nie tak znowu często dotykają tematu samobójstwa. Dlaczego? Otóż właśnie dlatego, że clou problemu samobójstwa jest odpowiedź na pytanie, dlaczego ktoś zdecydował się odebrać sobie życie? To zagadka dla tych, którzy zostają i próbują odnaleźć motywacje samobójcy. Wbrew temu, o czym często czyta się w powieściach kryminalnych czy widzi w filmach, wcale nie jest normą, że samobójcy zostawią listy pożegnalne. Zostawiają po sobie raczej niepewność, niepokój i ból. I oczywiście to pytanie - dlaczego? Na które zazwyczaj nie ma jasnej, prostej odpowiedzi. Bliskim samobójcy pozostają zazwyczaj jedynie spekulacje na temat motywów targnięcia się kogoś na własne życie.
  Napisać dobrą, pogłębioną psychologicznie powieść o samobójstwach nie jest łatwo. Najczęściej to się nie udaje. Amerykańskiemu pisarzowi Davidowi Vannowi też łatwo nie było. Debiutancką książkę zatytułowaną  Legenda o samobójstwie pisał prawie dziesięć lat, ponad dekadę szukał jej wydawcy. W końcu znalazł, książka trafiła do czytelników i odniosła sukces. I dobrze, bo dzięki temu mamy okazję czytać naprawdę świetną prozę. Vannowi nie było lekko także z tego powodu, że swoją prozę oparł na wyraźnym wątku autobiograficznym - jego ojciec popełnił samobójstwo, kiedy pisarz był dzieckiem.
    Można się spierać, czy Legenda o samobójstwie jest zwykłą powieścią czy też powieścią w opowiadaniach, fakt faktem - składa się z pięciu krótszych tekstów i jednego, zatytułowanego Wyspa Sukkwan, dłuższego, jak dla mnie kluczowego i najlepszego w całej książce. Wszystkie rozwijają się wokół sprawy samobójstwa pogubionego życiowo i emocjonalnie mężczyzny w średnim wieku. Vann wybrał rozwiązanie ryzykowne, które w efekcie dało jednak porażający efekt. I historię samobójstwa ojca, i pokomplikowanych relacji między bohaterami ukazuje przede wszystkim poprzez postać bohatera dziecięcego, chłopca, który zbyt wcześnie wciągnięty został w skomplikowane, momentami okrutne gry między dorosłymi. W Legendzie o samobójstwie dorośli krzywdzą się jakby bezwiednie, ranią, zdradzają, porzucają, a potem idą dalej, próbując od nowa, po raz kolejny, poukładać sobie życie. Chłopiec zdaj się stać jakby z boku "walk" pomiędzy dorosłymi. Dostrzega je, ponosi ich konsekwencje, ale nie wydaje się być mocno dotknięty czy zraniony. To jednak tylko pozór. Złe emocje odkładają się gdzieś na dnie nieukształtowanej jeszcze psychiki, w chłopcu narasta tłumiona agresja. Stąd tyle w książce Vanna scen zabijania zwierząt: zastrzelona wiewiórka, przejechany gołąb, rybki spuszczone w toalecie...; stąd tyle wzmianek o broni i strzelaniu, które nie są jedynie przejawem fascynacji Amerykanów wszystkim, co strzela. Przekonuje o tym opowiadanie Legenda o dobrych ludziach, w którym chłopak, bez wiedzy dorosłych, gromadzi prawdziwy arsenał i rozstrzeliwuje dom (jakże to symboliczne...); na razie tylko dom.
    Książkę Vanna porównuje się do twórczości wybornego amerykańskiego pisarza Cormaca McCarthy'ego - całkiem słusznie. Potwierdza takie rozpoznanie Wyspa Sukkwan, która jest  zbudowana na podobnym pomyśle co słynna Drogą McCarthy'ego. W Drodze ojciec i syn przemierzają postapokaliptyczny świat, szukając ocalenia czy choćby cienia szansy na przeżycie. W tekście Vanna ojciec, którego kolejny związek z kobietą się rozpadł, zabiera dwunastoletniego syna z pierwszego małżeństwa na bezludną alaskańską wyspę, aby tam spędzić przynajmniej rok. Chłopak nie ma specjalnej ochoty porzucić swojego, dobrze oswojonego świata i przenieść się na bezludzie. Wyczuwa jednak, że tego właśnie oczekują od niego dorośli i godzi się, by przeżyć tę - z założenia - traperską przygodę, która - jak łatwo się domyślić - zmienia się katastrofę. Ojciec-nieudacznik jest nieprzygotowany do życia w surowych warunkach. I źle znosi samotność we dwóch. Właściwie nie jest do końca jasne, po co ciągnął ze sobą syna na pustkowie. Żeby mieć widza swoich powtarzających się załamań? Żeby przenieść na dziecko część rozpaczy, którą miał w sobie? Żeby napawać się strachem dziecka, które nie rozumie, co dzieje się z ojcem? Mężczyzna rozpada się psychicznie, staje na skraju samobójstwa, ale nie jest w stanie się zabić. Syn obserwuje tę ojcowską psychodramę z dziwnym spokojem, nawet ratuje go, gdy rodzic podejmuje próbę samobójstwa, raczej udawaną niż rzeczywistą. Ale w końcu w chłopaku coś pęka, nagle, i strzela sobie głowę z broni ojca. Można by rzec, że syn złożył siebie samego w ofierze, aby uratować ojca. W powieści McCarthy'ego zło czaiło się na zewnątrz ojca i syna, było łatwe do zauważenia, choć trudne do uniknięcia. U Vanna drzazgi zła tkwią w środku, w psychice bohaterów, trudne do odkrycia, ale - jak się okazuje - zabójcze.
      Warto zwrócić uwagę, w jaki sposób Vann konstruuje fabułę w książce. Rozwija się ona wokół historii samobójczej śmierci mężczyzny, który był dentystą i mieszkał na Alasce. Jednak w kolejnych tekstach ta historia przedstawiana jest coraz to inaczej. Zwykle to mężczyzna strzela do siebie, ale przecież w Wyspie Sukkwan to syn popełnia samobójstwo. Przedstawiane są rozmaite okoliczności i motywacje samobójstwa oraz jego wpływ na bliskich mężczyzny. Ale przecież to "legenda" tycząca konkretnego przypadku samobójstwa, rodzaj mitu, który - jak wiadomo - zwykle ma charakter wariantowy. W ten sposób, nie wprost, Vann wskazuje, że na pytanie dlaczego ktoś odebrał sobie życie, nie ma i nie będzie definitywnej odpowiedzi, że prawda na temat tego wydarzenia nigdy nie wyjdzie na jaw. Można tylko krążyć wokół poszukiwanej odpowiedzi, to oddalając się, to zbliżając, tak jak zrobił to w swojej prozie amerykański pisarz.
    Styl prozy Vanna jest gęsty, momentami duszny, rozpięty między pewnego rodzaju czułością, widoczną choćby w opisach przyrody, a realistycznym, miejscami nawet naturalistycznym, konkretem obecnym w w przedstawieniach relacji między ludźmi. Inaczej rzecz ujmując - jest rozedrgany, a przez to frapujący. I świetnie przystaje do napięć między bohaterami, ich emocjonalnej drżączki. Bo Vann tworzy prozę pełną dusznych sytuacji, skrywanych emocji, które rozkładają bohaterów od wewnątrz, psychologicznych powikłań.
    Vann napisał książką mocną i mądrą, choć przy tym, a może właśnie dlatego, paraliżująco smutną. Ale w końcu, czy literatura jest tylko po to, żeby dostarczać nam lekturowej rozrywki?

środa, 24 stycznia 2018

Wypatroszeni


Mads Peder Nordbo, Dziewczyna bez skóry, przeł. Justyna Haber-Biały, Agata Lubowicka, Burda Książki, Warszawa 2017, s. 416.

    W skandynawskiej prozie kryminalnej sporo jest książek, których akcja rozgrywa się na północnych rubieżach skandynawskich krajów, zwykle w małych, hermetycznych społecznościach, często sterowanych przez specyficzne związki wyznaniowe, jak choćby w powieści Åsy Larsson, która u nas funkcjonuje pod dwoma tytułami Burza z krańców ziemi i Burza słoneczna. Duńczyk Mads Peder Nordbo akcję swojej powieści umieścił jeszcze dalej - na Grenlandii, autonomicznym terytorium zależnym Danii, miejscu w surowy sposób pięknym, w którym jednak żyje się ciężko, o czym świadczy zatrważająca statystyka samobójstw wśród miejscowej ludności, z których zdecydowaną większość stanowią Inuici. Rzecz dzieje się przede wszystkim w stolicy Grenlandii miasteczku Nuuk. 
    Nordbo posłużył się w powieści klasycznych schematem fabuły kryminalnej, w którym współczesna zbrodnia odsyła do zbrodni i tajemnic sprzed lat. W lądolodzie odkryte zostają zmumifikowane zwłoki. Naukowcy mają nadzieję, że są to zwłoki wikinga, co byłoby archeologiczno-historyczną sensacją. Mumia znika a na jej miejscu znalezione zostaje ciało policjanta wypatroszonego niczym foka. I to nie koniec bestialskich mordów. Śledztwo podejmuj dziennikarz miejscowej gazety Duńczyk Matthew. Odkrywa, że kilkadziesiąt lat wcześniej doszło w Nuuk do serii zabójstw mężczyzn, którzy również zostali wypatroszeni. Im dłużej zajmuje się sprawą, tym więcej osób przestrzega go, że nie powinien odkrywać tajemnic z przeszłości.
    Zacząłem od pisania o zbrodniach i trupach, choć jak dla mnie akurat w Dziewczynie bez skóry warstwa kryminalna jest najmniej interesująca. Oparto ją na schematach powszechnie wykorzystywanych w prozie kryminalnej, takich jak na przykład wspomniana już zbrodnia z tajemnicą z przeszłości w tle czy postać głównego bohatera z traumą (Matthew w wypadku samochodowym stracił żonę i nienarodzone dziecko, a potem uciekł na Grenlandię, by pogrążyć się w żałobie). Jak na mój gust w powieści jest zbyt wiele wypatroszonych trupów, ale rozumiem, że takie nastały czasy, że autorzy kryminałów lubują się w zasypywaniu czytelników stosami wymyślnie zamordowanych ludzi. Poza tym duet Matthew - Tupaarnaq nazbyt przypomina sławną parę Blomkvist - Salander z książek Stiega Larssona. Tupaarnaq jest młodą Grenlandką, która została skazana za zamordowanie bliskich, ma tatuaże niemal na całym ciele, spore umiejętności hakerskie i styl bycia bliski Salander. Myślę, że inspiracja w tym przypadku zamieniła się w lekkie kalkowanie.
    Jeśli więc nie intryga kryminalna, to co? Nordbo dotyka tematu poważnego i ponurego, czyli kwestii wykorzystywania seksualnego dzieci i maltretowania kobiet. Nie on pierwszy w kryminałach i najpewniej nie ostatni, ale zaryzykowałbym twierdzenie, że ujęcie tego problemu w wersji Duńczyka jest jednym z bardziej poruszających (może nawet szokujących), jakie znam. Autor Dziewczyna bez skóry przedstawia szerokie tło społeczno-polityczne tego problemu. Pisze o Inuitach, którym Duńczycy chcieli od nowo zaplanować życie (na przykład przesiedlając do miasta), co jedynie wzmagało zagubienie i frustrację miejscowych. O przybyszach z Danii panoszących na Grenlandii. O politykach, dla których los kilku dziewczynek czy kobiet był zdecydowanie mniej ważny niż gry lokalnych interesów. O kobietach zmagających się z traumą przez całe życie. Nordbo pisze o tym bez ogródek, szczerze, dotykając miejsc bolesnych i pokazując bezmiar okrucieństw, których dopuszczali się mężczyźni.
    Urzekły mnie też zawarte w powieści opisy Grenlandii. Surowe, groźne piękno lodowców i zimnego morza. Miasteczko Nuuk, do którego nie prowadzi żadna szosa, a dostać można się tam jedynie drogą morską albo powietrzną. Smętek rozpadu portu opuszczonego lata temu przez osadników z Wysp Owczych. Wyraźnie widać, że mieszkający na Grenlandii od kilku lat Nordbo czuje ducha (i duszę) tego miejsca.

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Między kubańskim światem a zaświatem


Adam Kwaśny, Wszystkie zajęcia Yoirysa Manuela. Opowieści kubańskie, Wydawnictwo La Compania, Kraków 2017, s. 207.

    Adam Kwaśny napisał książkę, jakiej jeszcze u nas nie było. I nie, nie jest to pusty znaczeniowo slogan rodem z blurba czy innego paratekstu promocyjnego. To zwyczajne stwierdzenie faktu. Autor, który od dawna włóczy się po Kubie i - jak mi się zdaje - kocha zarówno tę wyspę, jak i jej mieszkańców, postanowił wreszcie o tym miejscu napisać. Mógł wykorzystać sprawdzone już, popularne formuły gatunkowe. Mógł napisać "prozę podróżną" w typie tworzonej przez Andrzeja Stasiuka, w której pisarz po równi skupia uwagę na odwiedzanych miejscach, jak i własnych przemyśleniach. Mógł odwołać się do formy reportażu, jakże dzisiaj popularnej, i dać pogłębiony obraz swoistego fenomenu socjo-politycznego, jakim jest współczesna Kuba. Kwaśny jednak nie zrobił tego. Inaczej rzecz ujmując - opowiada o Kubie po swojemu. I w tym miejscu pojawia się już pierwsza wątpliwość: czy faktycznie Wszystkie zajęcia Yoirysa Manuela są tylko i wyłącznie opowieścią o Kubie?
   Bez wątpienia akcja napisanych przez Kwaśnego opowiadań (a raczej jednak opowieści, to ważne rozróżnienie, do wyjaśnienia którego wrócę), które składają się w narracyjną całość, rozgrywa się współcześnie na Kubie. Tylko tylko że nie ma w nich landszaftowych obrazków egzotycznej wyspy czy opisów komunistycznego skansenu, w którym zmuszeni są bytować miejscowi. Nie pobrzmiewają w nich kołyszące frazy z Buena Vista Social Club, nie czuć melancholii kubańskiego życia jakże dobrzej oddanej przez Leonardo Padurę w kryminalnym cykl Cztery pory roku. Choć czuć w tej prozie smak ciepłego rumu i drażniący zapach dymu z cygar. Znamienny jest już wybór miejsca akcji dokonany przez Kwaśnego - nie nieomal oczywista Hawana, lecz Trinidad, miasteczko położone nad południowym wybrzeżem Kuby, niemal pośrodku wyspy. Oczywiście, powikłana historia Kuby i jej niepewna teraźniejszość przewijają się przez strony Wszystkich zajęć...: ciągle żywe w pamięci Kubańczyków wspomnienia mrocznych czasów niewolnictwa, weterani wojny w Angoli, zapijający traumy, których zapić się nie da (chyba że na śmierć), absurdalne śledztwo policyjnych nieudaczników, obnażające specyfikę działania władz i służb na wyspie (opowiadanie Mięso czarowników) czy historia wyburzenia całej dzielnicy miasteczka po to, by móc bez przeszkód prowadzić budowę hotelu. Tak, to wszystko w książce Kwaśnego jest, jednak zdecydowanie w tle, opowiadane jakby mimochodem. Ot, fakty, które się zauważa, ale nie przywiązuje się do nich zbytniej wagi. Autor nie pisze kolejnej książki, próbującej przybliżyć specyfikę Kuby, "kiedyś" i "teraz" wyspy, nie sili się na antropologiczne czy socjologiczne uogólnienia. Kwaśnego interesują przede wszystkim ludzie. I to na dodatek bardzo specyficzni.
    We Wszystkich zajęciach... jest wiele oryginalnych, barwnych postaci. Taczkarz-poeta Maurilio, baron Nemesio, miejscowy bogacz, właściciel gospodarstwa rolnego i kapłan ginącego indiańskiego kultu, kowboj Carlito, niegdysiejszy wicemistrz Kuby w rodeo, tancerz-pucybut Leo, ksiądz Maes cierpiący na dziwną psychiczną przypadłość sprawiającą, że nie jest w stanie wytrzymać w ubraniu dłużej niż czterdzieści dwie minuty. Jednak na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się dwójka bohaterów. Pierwszy jest oczywisty, bo jego nazwisko umieszczone zostało w tytule zbioru. Yoirys Manuel ma trzydzieści pięć lat, jest kapłanem religii palo monte, która dotarła na wyspę z Afryki wraz z nieszczęsnymi niewolnikami. Ale też kimś w rodzaju czarownika, bo palo ma wielką moc wpływania na rzeczywistość. Zdecydowanie większą niż santeria, którą praktykuje Violeta, druga z głównych bohaterek książki ("Santeria jest dobra - mówi często [Violeta - przyp. RO]. - Jest szlachetna, ale palo, palo jest mocniejsze"). Oboje przewijają się przez prawie wszystkie teksty zbioru, ponieważ są bardzo ważnymi postaciami lokalnego światka. Na nich skupia się uwaga autora przede wszystkim dlatego, że książka jest nie tyle opowieścią o współczesnej Kubie, co o duchowości mieszkańców wyspy. Przedziwnym i fascynującym miksie wierzeń oraz kultów przeniesionych z Afryki i miejscowych przemieszanych z katolicyzmem. W tej duchowości świat miesza się z zaświatem, bardzo ważny jest kult zmarłych, obecność duchów/dusz niemal namacalna dla żyjących, wpływ rozlicznych bóstw, które mogą pomagać, ale również szkodzić. A na granicy dwóch światach stoją właśnie kapłani i czarownicy, którzy opiekują się ludźmi, dbają, by nie stała im się krzywda. Dla ludzi z zewnątrz kubańskie rytuały religijne mogą wydawać się dziwaczne: ofiary składane zmarłym, rytuały ociekające krwią, rumem i miodem, ekstatyczne obrzędy przy dźwięku bębnów... Jednak dla Kubańczyków sfera duchowa jest bardzo istotna, nierozerwalnie spleciona z realnym życiem, głęboko przeżywana. Opisy kubańskiej duchowości - jak sądzę - mogą robić szczególne wrażenie na Polakach. W prawie monoreligijnym, katolickim kraju, jakim jest Polska, dominuje religijność obrzędowa, w której uświęcona tradycją katolicka forma w niewielkim stopniu wypełniona jest duchową treścią. Inaczej rzecz ujmując - u nas religię się kultywuje, nie traktując jako przeżycia duchowego. Kwaśny ukazuje zupełnie inny rodzaj religijności i duchowości, może naiwny, ale jednak głęboko przeżyty, ekstatyczny.
    Narratorem w tekstach Kwaśnego jest Europejczyk, który jednak mocno zakorzenił się w kubańskim świecie, choćby dlatego że dotknął miejscowej religijności. Jest kimś, kto dobrze zna mieszkańców Trinidad i jest przez nich akceptowany. Jednak pewien nieusuwalny dystans obcości pozwala narratorowi wnikliwie opowiadać o przypadkach współczesnych Kubańczyków. Właśnie - opowiadać. Na okładce Wszystkich zajęć... czytam: "Adam Kwaśny (...) nawiązuje do tradycji kubańskich cuenteros, czyli opowiadaczy historii, którzy byli i są pamięcią wyspy". Przekładając to na rodzime realia, Kwaśny nawiązuje do formuły gawędy, gatunku całkowicie u nas zarzuconego. Forma swobodnej opowieści przesyconej mową potoczną, pełnej wtrętów i dygresji, oddającej zmienne nastroje i narratora, i bohaterów nadaje prozie Kwaśnego lekkości i przydaje autentyczności.
    Dzięki - jak już wspominałem - oryginalnej prozie Kwaśnego wszedłem w fascynujący świat kubańskiej duchowości. I mam coraz większą ochotę, aby wreszcie odwiedzić Kubę. Choć na religię palo monte chyba raczej nie przejdę.

środa, 17 stycznia 2018

Spękana, stłuczona...


Joanna Bator, Purezento, Wydawnictwo Znak, Kraków 2017, s. 286.

    Co tu kryć, jak dla mnie dwie poprzednie książki Joanny Bator były niewypałami, Wyspa Łza - Rok królika - zdecydowanie większym. Prawdopodobnie nie tylko dla mnie. Zdaje mi się, że sama autorka zauważyła, że w którymś miejscu pobłądziła, skręciła z prostej ścieżki pisarskiego rozwoju, która wydawała się więcej niż dobra. W nowej powieści zatytułowanej Purezento (w języku japońskim słowo oznacza prezent) wróciła więc do sprawdzonych rozwiązań i tematów -  znowu pisze o Japonii, odwołuje się nie wprost do własnej biografii i upraszcza styl. Czy wyszło to Bator na dobre?
mniejszym,
    Historia w Purezento jest prosta, acz mocna - jak mocne zwykle bywają dobrze napisane opowieści o utracie bliskiej osoby i trudnej pracy żałoby. Główna bohaterka, a zarazem narratorka powieści traci w wypadku samochodowym chłopaka, z którym była pięć lat. Na dodatek dowiaduje się, że przez ostatni rok był on równocześnie z inną kobietą, Amandą. Bohaterka nie radzi sobie z utratą, popada w głęboką depresję, nieomal w życiowy stupor. Jest całkowicie rozchwiana psychicznie. W ludziach dostrzega zwierzęta, czuje, że wokół niej krążą rekiny ludojady, chcące ją pożreć. I nie są to do końca tylko i wyłącznie projekcje zbolałej psychiki. Ma też poczucie, że jej życie jest absolutnie pozbawione sensu. Niespodziewanie jej uczennica (bohaterka uczy polskiego obcokrajowców), Pani Myoko składa propozycje, by porozbijana kobieta pojechała do Japonii i zajęła się jej domem oraz kotem. Bohaterka nie tyle nawet zgadza się na niezwykłą propozycję, co pozwala nieść się wydarzeniom, iść drogą, na którą została pchnięta przez inną osobę. Przecież równie dobrze jak w Warszawie, może cierpieć w Tokio. Tam spotyka Mistrza Myo biegłego w wiekowej sztuce kintsugi - naprawy naczyń ceramicznych złotem. Mistrza namawia bohaterkę, by spróbowała sił w rzemiośle, które jest jednocześnie sztuką. A także ćwiczeniem w trudnej sztuce życia.
    Całość opowieści w Purezento zbudowana została wokół metafory skorup, rozbitych naczyń. W najbardziej oczywisty sposób odnosi się ona do stanu ducha bohaterki, która po śmierci chłopaka jest rozbita wewnętrznie i pozbawiona sensu życia tak, jak pozbawione funkcjonalności jest rozbite naczynie ([...] od jakiegoś czasu sama czuję się jak worek skorup"). Nie umie sobie poradzić z żałobą, ponieważ zatrzaśnięta jest w przeszłości, wciąż rozpamiętuje to, co było. Mistrz, dając bohaterce kolejne praco- i czasochłonne zadania, stara się wskazać, aby skupiła się na "tu i teraz". Tkwiąc w "kiedyś", bohaterka nie znajdzie odpowiedzi, których szuka. A i Mistrz - jak to Mistrz ze Wschodu - nie udzieli ich. Bohaterka musi odnaleźć je sama. W czym w specyficzny sposób pomaga jej mężczyzna, Makoto, który staje na jej tokijskiej drodze (Purezento jest także kameralną historią rodzącego się uczucia).
    Na kolejnym planie jest to historia spękanych relacji międzyludzkich ("Zostajemy w pustych związkach bez miłości i harmonii. Cali popękani"). Bohaterka ma ewidentne problemy w relacjach z ludźmi, właściwie na granicy poważnego deficytu społecznego. Nie dogaduje się z toksyczną matką, nie ma (a przynajmniej niewiele się na ten temat dowiadujemy) przyjaciół czy choćby znajomych. Wydawało jej się, że zbudowała trwała i ważną relację z chłopakiem, jednak okazało się to fikcją. Ich związek był wewnętrznie spękany i lada chwili mógł się rozpaść. Bohaterka miała pewne podejrzenia, nie miała jednak odwagi, aby zadać sobie pytania o sens i jakość związku, w którym tkwiła. Bo budowanie związków wymaga odwagi, wewnętrznej siły i spokoju. Nie da się długo utrzymać kruchego naczynia w dłoni, który mocno drży.
    I wreszcie kolejna warstwa metaforyczna - jak dla mnie najciekawsza - zorganizowana wokoło obrazów pęknięć, szczelin i rozziewów. Bohaterka trafia w miejsce i przestrzeń kulturową zupełnie dla niej obce. W Tokio nie rozumie zdecydowanej większości ludzi, z którymi się styka. Dosłownie, bo nie zna języka japońskiego. Nie rozumie także ich zachowań, sposobów bycia, rytuałów. Ma jednak w sobie coś, co nazwałbym nieśmiałą ciekawością. Wypuszcza się na coraz dalsze wyprawy rowerem, prawie zawsze z kotem w koszu. Próbuje odczytywać sensy z gestów i min ludzi, z którymi się styka. Otwiera się na inność. A jeśli - sparafrazuję znane powiedzenie - bohaterka patrzy na Inność, Inność patrzy na nią. Co powoli, niemal niedostrzegalnie zmienia bohaterkę. Koniec końców konstatuje ona, że czuje się w Japonii "swojoobca". To ciekawa kategoria, wskazująca na stan, kiedy tworzone związki z obcością nie kruszą rdzenia swojskości. Albo inaczej - jest to stan, w którym ma się świadomość, że między swojskością i obcością zawsze jest rozziew, który niekoniecznie musi dzielić. Rozziew niczym widoczne łączenie w naprawionym naczyniu.
    Warto - moim zdaniem - zwrócić uwagę na styl Purezento. W poprzednich dwóch powieściach Bator wybierała wątpliwe rozwiązania stylistyczne. W Wyspie Łzie styl był nadmiernie egzaltowany, pełen mętnej metaforyki, w Roku królika zaś autorka stworzyła niezbyt spójny miks różnych współczesnych odmian mowy. W Purezento Bator postawiła na większą stylistyczną prostotę. Jak ktoś zauważył, momentami styl w tej książce przypomina frazy z haiku. Faktycznie coś w tym jest - szczególnie jeśli chodzi o przekładanie emocji na obrazy, skupienie na tym co zewnętrze, pewną niekonkluzyjność w pewnych momentach czy swoiste zawieszenie narracyjnego głosu. Oszczędniej niż w poprzednich książkach pisarka posługuje się metaforyką, co dodaje narracji klarowności.
    Purezento jest powieścią kameralną, wyciszoną i - paradoksalnie - mimo trudnego tematu niosącą spokój. Rzecz ujmując najkrócej jak się da, jest powieścią dobrą.