środa, 9 czerwca 2021

Lee Child, Andrew Child, Strażnik

 

Reacher reformowany


Lee Child, Andrew Child, Strażnik, przeł. Jan Kraśko, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2021, s. 416.


    Cykl z Reacherem uwielbiam bezmiernie i – dotąd – zawsze czekałem w napięciu na kolejną jego część. Jednak kiedy usłyszałem, że Strażnika, nową odsłonę przygód byłego żandarma wojskowego, Lee Child napisał z bratem (Andrew również jest pisarzem), poczułem niepokój. Każdy kto kiedykolwiek pisał powieść w duecie (mnie się zdarzało), zdaje sobie sprawę, że jest to bardzo trudne, a efekty czasami bywają co najmniej wątpliwe. Wprawdzie bracia w wywiadzie dołączonym do polskiego wydania powieści zapewniali, że w duecie pisało im się świetnie, że wzajemnie się inspirowali a i efekt współpracy ich zadowala, ale właściwie… co innego mogli powiedzieć. Cóż, trzeba było zastosować sprawdzian w rodzaju – po owocach ich poznacie. I owoce okazały się niezbyt smaczne.
    Początek Strażnika to stary, dobry Reacher w solidnym wydaniu. Bohater trafia do Nashville i pomaga muzykom oszukanym przez właściciela knajpy, w której zagrali koncert. Jak to on – bezinteresownie, w imię ochrony słabszych i pokrzywdzonych. Ale dalej… Dalej jest już gorzej. Reacher trafia do prowincjonalnej mieściny, której nazwy nie warto zapamiętywać. Jest świadkiem próby porwania mężczyzny i oczywiście interweniuje (skutecznie). Niedoszłym porwanym okazuje się informatyk, Rusty Rutherford,  który do niedawna pracował dla władz miasta. Miejskie systemy informatyczne zostały zhakowane, nic w mieście nie działa, a kozłem ofiarnym został  Rusty, który w miasteczku traktowany jest niczym wróg publiczny numer jeden. A do tego dybią na niego mroczne, świetnie wyszkolone typy. Reacher postanawia chronić informatyka (choć oczywiście nie musi) a przy okazji chce się dowiedzieć, w jaką aferę Rusty się wpakował i dlaczego.
    Niby fabuła w powieści Childów nie odbiega zbytnio od innych z cyklu z Reacherem, niby to jest wciąż ten sam bohater, którego lubię, ale tym razem powieść Childa (i jego brata) czytało mi się dosyć ciężko, bez lekkości szybko przewracanych stron, napędzanej ciekawością co dalej, jak to było w przypadku innych książek z cyklu. Po tym jak dotarłem do ostatniej kropki, zacząłem się zastanawiać, co tym razem poszło nie tak.
    Powiada się, że co dwie głowy, to nie jedna. W przypadku Strażnika ta maksyma się nie sprawdziła, bo bracia Child nie wykazali się przesadną oryginalnością i kreatywnością. W powieści ważną rolę odgrywają wątki walki wywiadów i neonazistowskich grup z amerykańskiego zadupia. To już było i to po wielokroć. Mimo iż idea całego cyklu z Reacherem zasadza się na replikowanym książka po książce schemacie, ten przyrządzony przez braci Child, wielokroć odgrzewany kotlet (ileż można pisać o rosyjskich szpionach w Stanach!) jest średnio strawny i niezbyt smaczny. Nawet byłem jednak gotowy go przełknąć. Są jednak w Strażniku motywy i rozwiązania, które mi nie pasują i które – moim skromnym zdaniem – zdecydowanie psują tę część serii.
    Wydaje mi się, że słaba dynamika akcji Strażnika w dużym stopniu wynika z faktu, że jej bardzo istotnym elementem są wątki informatyczne: cyberterroryzm, pojedynki hakerów działających na usługach rządowych agencji… Tłumaczenie tych wątków, szczególnie w powieściowym uniwersum Reachera, który jest mocno na bakier z nowoczesnymi technologiami, wymaga sporo miejsca, co w dużym stopniu spowalnia akcję. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że zwyczajnie nie przepadam za powieściami sensacyjnymi, w których mocno zostaje wyeksponowany temat wszelakiej cyberprzestępczości, więc mogę być zwyczajnie uprzedzony. Jest jednak poważniejsza kwestia, ponieważ autorzy Strażnika postanowili pomajstrować przy schemacie głównego bohatera. Reacher, do tej pory zdecydowany przeciwnik wszelkich technologicznych nowinek, który – dla przykładu – z map uznawał tylko papierowe i nie uważał za niezbędne posiadanie telefonu komórkowego, w Strażniku posługuje się komórką (chociaż nie swoją). Ale to nie jedyna zmiana, bo bohater, który wcześniej wolał problemy swoje oraz osób, którym niósł pomoc, rozwiązywać samemu, w nowej powieści coraz bardziej otwiera się na współpracę z innymi. Niby nie są to wielkie zmiany, niby Reacher wciąż jest tym samym samotnym wilkiem, który bez celu włóczy się po Stanach ze szczoteczką do zębów i paroma dolarami w kieszeni, ale widać już w jego kreacji pewne przesunięcia, które – jak mi się zdaje – niespecjalnie w Strażniku się sprawdziły. Oczywiście, ktoś mi może zarzucić, że jestem nazbyt zachowawczym fanem serii Childa, że wolę przewidywalny schemat od nowinek. Otóż jak najbardziej wolę, bo uważam, że w dużym stopniu czar serii z Reacherem polega na tym – mówię o własnych odczuciach – że w kolejnych książkach dostawałem dokładnie to, czego się spodziewałem. A w Strażniku zaczęło się kombinowanie, które nie przyniosło nic dobrego. Wręcz przeciwnie.
    Nie mam pojęcia (i nie zamierzam dociekać), czy zmiany na gorsze w Strażniku spowodowane zostały tym, że Lee Child dobrał sobie współautora. Jakoś zwyczajnie po ludzku rozumiem angielskiego pisarza. Miał prawo zmęczyć się i serią, i bohaterem, pewnie potrzebował nowych bodźców, nowego podejścia do pisania tego cyklu. Nie będę ukrywał, że po Strażniku czuję spory zawód, jednak nie jest tak, że z miejsca rzucę całą serię w cholerę. Będę czekał na kolejną książkę z opowieścią o Reacherze, choć być może nie tak niecierpliwie, jak to było wcześniej.

poniedziałek, 31 maja 2021

 


 Nadzwyczaj uroczy seryjny


Przemek Corso, Serca twego chłód, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2021, s. 452.


    Od ładnych kilku lat unikam książek, których głównymi bohaterami są seryjni mordercy, ponieważ zwyczajnie zaczęły mnie nudzić. Albo nawet irytować. Tym bardziej że ostatnio ponad miarę rozpleniły się w naszej prozie niezwykle brutalne kryminały czy thrillery z postaciami psychopatycznych seryjnych morderców, nieodmiennie reklamowane przez wydawców sloganami typu: „opowieść o prawdziwej naturze zła”. Wolne żarty! W ogóle nie jestem pewien, czy da się ująć istotę natury zła w słowa, a jeśli nawet – to na pewno nie w prozie fabularnej. Kończy się więc na tym, że powstają powtarzalne i przewidywalne do bólu historie, w których (z grubsza) chodzi o to, żeby przedstawić jak najwymyślniejsze sposoby mordowania i wylać hektolitry krwi. Kiedy więc na czwartej stronie powieści Przemka Corso odczytałem ni mniej, ni więcej, że „Kuba jest bezwzględnym seryjnym mordercą”, pomyślałem: No f..king way, nie czytam. Jednak wiedziony niezrozumiałym dla mnie  impulsem czytać zacząłem… I w sumie nie żałuję.
    Kuba jest wysokofunkcjonującym, niezwykle inteligentnym, pozbawionym emocji psychopatą. Pracuje w korporacji na stanowisku dyrektorskim, świetnie zarabia i ma - przynajmniej jego zdaniem - udane małżeństwo. A poza tym od młodych lat realizuje swoje prywatne, skryte „projekty”, czyli morduje ludzi, zwykle w taki sposób, aby śmierć wyglądała na taką z przyczyn naturalnych. Robi to na zimno, morderstwa drobiazgowo planuje i długo się do nich przygotowuje, więc jest praktycznie niewykrywalny. Poza Kubą jest w powieści Corso kilka innych ważnych postaci, powiązanych z nim więzami rodzinnymi: Justyna, jego przecudnej urody żona, gwiazda Instagramu, szwagier Andrzej, upadły, straumatyzowany policjant, który pije, ćpa i wpada w spiralę niespłacalnych długów, żona szwagra… Kuba kontroluje każdy aspekt swojego życia, tyle tylko że pozostaje w bliskich relacjach z ludźmi, których – jak się okazuje – nie da się do końca „zaprogramować”, nawet jeśli ma się niezwykłe umiejętności manipulacji. I to bliscy ściągają na Kubę problemy, tym bardziej że w Warszawie pojawia się kolejny seryjny morderca, który rzuca mu wyzwanie.
    Historia, którą wymyślił Corso, nie jest oczywiście odkrywcza, bo opowieści o fascynujących, na swój sposób uroczych psychopatach było już w literaturze (a i w filmie czy serialach) całkiem sporo. Została jednak przez autora zgrabnie podana, a do tego jest w niej pewien smaczek. Kuba jest bohaterem dynamicznym, ponieważ zmienia się – ku swojemu wielkiemu zdziwieniu. Na wieść, że jego idealna żona, którą zdawał się w pełni kontrolować, zdradziła go, Kuba zaczyna odczuwać emocje (gwałtowne), z którymi na początku nie umie sobie poradzić. Do pewnego stopnia Serca twego chłód jest powieścią o wchodzeniu w świat emocji przez człowieka, który wcześnie nie odczuwał emocji albo nie był z nimi skomunikowany, co samo w sobie jest ciekawe od strony psychologicznej.
    Akcja w Serca twego chłód jest porządnie skrojona, wartka, sporo w niej zwrotów akcji, jednak wydaje mi się, że w gruncie rzeczy opiera się nie na tzw. dzianiu się, ale rozmowach poszczególnych postaci, które często przyjmują formę swoistych pojedynków na słowa, mających na celu zdominowanie rozmówcy albo zmuszenie go do mówienia prawdy (prawie wszyscy bohaterowie powieści mają swoje duże albo małe tajemnice). Lubię tego rodzaju rozwiązanie fabularne, wybijające dialogi na plan pierwszy, szczególnie w przypadku powieści, w których istotne są wątki psychologiczne. W powieści Corso jest tego rodzaju dialogów sporo i zazwyczaj autor dobrze sobie z nimi radzi. Czasami jednak (na przykład w rozmowie Kuby z Andrzejem na stronach 233-243) Corso pozwala swoim bohaterom na nadmierne gadulstwo, co raz, spowalnia akcję, dwa, często pojawiają się w nich informacje i kwestie wcześniej znane czytelnikowi. Myślę, że część z tych dialogów można by – z korzyścią dla tekstu – skrócić i podrasować.
    Jest jeszcze kwestia mroku w Serca twego chłód, czy raczej mroku, bo taki (wyboldowany) zapis konsekwentnie stosowany jest w powieści. Kubę otacza, spowija mrok, czyli rodzaj objawionego czy upostaciowanego zła, które steruje nim i poniekąd go chroni. Bohater ma świadomość, że ów mrok ciągle z nim, obok niego jest. Co więcej, są ludzie, jak Andrzej i jedna z jego córek, którzy ten mrok widzą i to wcale nie „oczyma duszy”. Mniejsza nawet o to, że cały wątek mroku trąci mi tanim mistycyzmem, ale do tego niesie zbędnym naddatek znaczeniowy. Inaczej rzecz ujmując, i tak wiem, że Kuba jest zły i zło rozplenia, więc nie potrzebuję do czytelniczego szczęścia, by otaczała go realna mroczna aureola. Ja bym z tego motywu zrezygnował, ale tak to sobie Corso wykombinował, więc tak ma. Przechodzę nad tym mrokiem vel mrokiem do porządku dziennego podobnie jak nad wielorybami, które unoszą się nad miastem, w niektórych książkach Szczepana Twardocha. Choć pewnie niektórych czytelników może to nieco drażnić.
    Trochę powydziwiałem na powieść Corso, co nie zmienia faktu, że moim zdaniem jest to (szczególnie w kategorii opowieści o psychopatycznych seryjnych mordercach) jeden  z ciekawszych thrillerów, które ostatnio czytałem. A do tego jest naprawdę solidnie językowo i z zachowaniem reguł gatunku napisany. Cóż, czekam na więcej.
    
 

niedziela, 23 maja 2021



Bolesne bilanse

Wojciech Chmielewski, Jezioro Dargin, SW „Czytelnik”, Warszawa 2021, s. 221.


    A może by tak rzucić wszystko i wyjechać w… Nie, nie, wcale nie w Bieszczady. Główny bohater a zarazem narrator nowej powieści Wojciecha Chmielewskiego jedzie na Mazury, nad tytułowe jezioro. I nie tyle sam z własnej woli rzuca wszystko, co zostaje zmuszony (albo skłoniony) do takiego kroku przez okoliczności. Nieprzyjemne.
    Na pozór w powieści nie dzieje się zbyt wiele. Bohater biwakuje nad jeziorem, kąpie się, czasami zrobi spacer po lesie albo wycieczkę po okolicznych miejscowościach. Zajada się pierogami z kempingowego barku. Wchodzi w interakcje (raczej luźne) z ludźmi, którzy biwakują obok niego. A później wraca do Warszawy. Jednak wszystko, co najważniejsze, właściwie dzieje się „w głowie” bohatera, który musi dokonać bilansu (bolesnego) swojego życia. Do wyjazdu nad Jezioro Dargin i rozliczenia się z własnym życie zmusiły go dwa wydarzenia. Przez lata bohater pracował jako redaktor działu kulturalnego w radiu, ale nagle (dla niego) został zwolniony z pracy. A do tego po ciężkiej chorobie umarł jego przyjaciel, prawdę powiedziawszy jedyna (jako tako) bliska mu osoba. To sprawiło, że bohater postanowił ruszyć się z Warszawy, aby przewietrzyć głowę, ale też spróbować zrozumieć, w jakim i dlaczego miejscu życia się znalazł. I – chyba przede wszystkim – postarać się wymyślić, co dalej ze sobą zrobić.
    Jednym z głównych tematów powieści Chmielewskiego jest praca żałoby. Bohater przeżywa śmierć przyjaciela, czasami nawet się rozkleja, ale przede wszystkim stara się zrozumieć, dlaczego życie przyjaciela potoczyło się tak a nie inaczej, zmierzając ku katastrofie. Przyjaciel, którego przypadkowo poznał podczas wakacji w Egipcie, miał udaną rodzinę, pracę, którą lubił i w której był doceniany. Co spowodowało, że zaprzepaścił wszystko, pijąc na umór? Czy chodziło o zwykły, replikowalny aż do bólu mechanizm choroby alkoholowej? Czy to tylko pociąg do alkoholu sprawiał, że przyjaciel, zamiast zajmować się ukochanymi dziećmi, przesiadywał w warszawskiej spelunie z „ludźmi prawdziwymi”, emerytami (głównie) ze służb mundurowych, wysłuchując ich bełkotliwych opowieści? A może przyjaciel opatrznie pojmował ideę życia pełnego zabawy i przygód? Niewykluczone jednak, że nosił w sobie jakąś skazę, gen autodestrukcji, który warunkował jego zachowania i niepowstrzymany pęd ku samozniszczeniu. I którego nie dostrzegał ani on sam, ani ludzie, którzy go na co dzień otaczali.
    Bohater raz po raz zadaje sobie również pytanie, czy mógł zrobić coś więcej dla przyjaciela, niż tylko towarzyszyć mu do końca? I nie znajduje jasnej odpowiedzi, głównie dlatego że łączyła ich specyficzna relacja. Ów przyjaciel był dla bohatera praktycznie jedyną bliską osobą. Przy tym byli ludźmi bardzo odmiennymi, choć mocno łączyło ich zainteresowanie kulturą, długie rozmowy o książkach, filmach czy muzyce. Bohater z wyboru był samotnikiem, ograniczającym kontakty z innymi do niezbędnego minimum. Latami żył w przekonaniu, że wystarcza my egzystowanie w stworzonym przez siebie (bezpiecznym) kokonie utkanym przede wszystkim z kultury. Lektury ulubionych pisarzy (głównie niemieckich), muzyka, samotne zwiedzanie zabytków europejskiej czy światowej kultury – to wszystko było dla bohatera istotniejsze niż budowanie relacji z innymi. Także z kobietami, do tego stopnia, że mimo iż jest w wieku średnim, wciąż jest prawiczkiem (sic!). Pobyt nad Jeziorem Dargin i żałoba po przyjaciel stają się dla bohatera pretekstem do podróży w głąb samego siebie, która ma na celu znalezienie odpowiedzi na pytania, kim właściwie jest i czy jego wcześniejszy pomysł na życie wypalił.
    W tle tego wszystkiego, o czym już napisałem, pojawia się kwestia eskapizmu, podobnie jak przewija się ona przez całą fabułę. Bohater, nieco obsesyjnie, czasami przywołując te same strzępy opowieści, powraca do natury związków przyjaciela z „ludźmi prawdziwymi”. Początkowo głównie dlatego, że ich nie rozumie, nie ma pojęcia, co przyjaciela przyciągało do nich. Bo przecież nie tylko i włącznie wspólnie pity alkohol. I z każdym obrotem myśli bohater coraz wyraźniej uświadamia sobie, że jego trwanie w kokonie kultury, w którym ważniejsze od żywych ludzi były idee czy fantazmaty, było niczym innym jak formą ucieczki. Przed bliskością, który bywa trudna i często przynosi rozczarowania. Przed bólem spowodowanym odrzuceniem albo zranieniem. Przed banałem czy trywialnością, które wydawały mu się niskie i w pewien sposób obrażające jego wyrafinowane i wrażliwe (czy na pewno) ego. Z czasem bohater zaczyna skłaniać się ku wnioskowi, że egzystował w bezpiecznym, lecz sztucznym świecie, i że unikanie ludzi, choćby nawet tak go irytujących i odpychających jak „ludzie prawdziwi”, jednak było błędem. Przebywając nad Jeziorem Dargin, bohater bohater ostrożnie i powoli otwiera się na innych. Rozmawia z dwoma młodymi Niemcami, z małżeństwem z kampera. W przypływie niezrozumiałego dla nie impulsu przechodzi inicjację seksualną. I zaczyna zauważać,  odczuwać, że obecność innych, choćby nawet przelotna, może mieć znaczenie, może mieć wartość.
    Jezioro Dargin jest powieścią momentami przejmująco smutną, ponieważ przynosi  świadectwo człowieka zagubionego, pogrążonego w niepewności i w pewien sposób nieszczęśliwego. Koniec końców przynosi jednak nadzieję czy może – ostrożniej rzecz ujmując – jej zapowiedź. Przesłanie powieści można by wyłożyć tak: nigdy w życiu nie jest za późno na zmiany. Że nieco trywialne? Nie szkodzi. Moim zdaniem wartość tej prozy Chmielewskiego polega na tym, że autor stawia ważne i poważne pytania, których zazwyczaj w naszym, pędzącym nie wiadomo dokąd, świecie, nie zadajemy sobie, bo nie mamy na to czasu albo zwyczajnie boimy się je zadawać, by nie wypaść z indywidualnej strefy komfortu. Odpowiedzi na nie każdy czytelnik powinien poszukać samemu. Tak jak szuka ich bohater powieści – ze świadomością, że nigdy nie znajdzie definitywnych odpowiedzi.
    Na koniec zwrócę uwagę na jeden aspekt nowej powieści Chmielewskiego. Do tej pory ten autor kojarzył mi się głównie z przestrzeniami miejskimi i podmiejskim. To właśnie miasto i jego obrzeża zdawały mi się żywiołem Chmielewskiego, w który autor chętnie się zanurzał i z wyczuciem go opisywał. W Jeziorze Dargin zaś dał się poznać jako czuły obserwator natury, jego ulotnego i kuszącego piękna. Coraz mniej jest w naszej prozie ciekawych opisów przyrody, coraz częściej traktowana jest tylko jako niezbędne tło towarzyszące akcji. A przecież opisy przyrody mogą być też rodzajem dookreślania, charakteryzowania bohatera. Sztuką jest w taki właśnie sposób opisywać przyrodę. Chmielewskiemu się to udało.
  

poniedziałek, 10 maja 2021

Pierre Lemaitre, Kolory ognia

 


 Finezyjnie i dotkliwie


Pierre Lemaitre, Kolory ognia, przeł. Joanna Polachowska, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2020, 479.


    Jednym z moich ulubionych filmów nieodmiennie pozostaje Żądło (1973) w reżyserii George’a Roy’a Hilla, opowiadający historię zmyślnej, brawurowej zemsty. Wspominam o tym filmie, ponieważ nowa książka francuskiego pisarza Pierre’a Lemaitre’a Kolory ognia także traktuje o zemście, a poza tym akcja książki osadzona została w tym samym okresie co akcja filmu. Tyle tylko że Lemaitre stworzył historię zemsty z iście francuską lekkością i finezją.
    Powieść zaczyna się od trzęsienia ziemi, a później jest już tylko gorzej – dla głównej bohaterki, Madeleine Péricourt. Jest rok 1927, umiera jej ojciec, wpływowy bankier. Do tego jej kilkuletni syn Paul podczas ceremonii pogrzebowej wypada z okna (wspaniała, choć straszna scena, kiedy dziecko spada na trumnę dziadka) i na skutek tego zdarzenia zostaje sparaliżowany. Madeleine skupia się na opiece nad dzieckiem i nie zauważa, że ponoć bliskie i zaufane osoby robią wszystko, by pozbawić ją majątku. Efekt jest taki, że ląduje wraz z synem w małym mieszkanku w kamienicy, niemal bez środków do życia. Otrząsa się jednak z niemocy i wraz z pewnym zdeterminowanym i skutecznym mężczyzną zaczynają realizować plan zemsty. Koniec końców okazuje się, że nawet bezwzględni i chciwi mężczyźni nigdy nie powinni poniewierać inteligentną, zdesperowaną i gotową na wszystko kobietą, bo słono za to zapłacą.
    Wbrew pozorom nie zdradzam w tym miejscu zbyt wiele z fabuły Kolorów ognia. Opowieści o zemście – bardzo liczne tak w literaturze, jak i filmach – oparte są na tym samym schemacie. Finał jest przewidywalny, ale najciekawsze jest to, w jaki sposób przygotowywana jest pułapka, w którą wpaść mają źli ludzie bądź zdrajcy. Lemaitre już we wcześniejszych książkach udowodnił, że potrafi tworzyć niebanalne historie, ale akcja w Kolorach ognia jest chyba najbardziej skomplikowana, precyzyjna i zaskakująca – rzekłby finezyjna w niewymuszony sposób, jakby francuski autor był człowiekiem, dla którego planowanie zemsty jest chlebem powszednim. Poza tym kolejne kroki, które prowadzą przeciwników Madeleine prosto w pułapkę, także przeprowadzają czytelnika przez barwną historię polityczną i gospodarczą, tak samej Francji, jak i w ogóle Europy lat 20. i 30 XX wieku. Kolory ognia nie są tylko i wyłącznie opowieścią o zemście, ale także skreśloną z iście epickim rozmachem historią tamtych czasów. Barwnych, ale naznaczonych niepewnością i strachem przed przyszłością, która nie rysowała się w jasnych barwach, co doskonale przejawia się w losach postaci wykreowanych przez francuskiego pisarz.
    Właśnie – bohaterowie powieści… Lemaitre przyzwyczaił już czytelników, że umie stworzyć niebanalne, psychologicznie pokomplikowane postacie, więc żadne to zaskoczenie, że i takie są w nowej powieści. Przy czym na plan pierwszy wysuwają się postaci kobiece, co jest pewnym novum w prozie francuskiego pisarza. I nie chodzi tylko i wyłącznie o główną bohaterkę, Madeleine. W Kolorach ognia jest kilka naprawdę wybornych postaci kobiecych drugiego a nawet trzeciego planu. Jest więc w powieści ekscentryczna śpiewaczka Solange, którą z synem Madeleine łączy specyficzna przyjaźń, jest także Vladi, Polka (taki smaczek dla naszych czytelników), opiekunka syna głównej bohaterki, która początkowo nie mówi ni w ząb po francusku, ale świetnie porozumiewa się ze swoim podopiecznym - i która jest szczerą katoliczką i równie szczerą nimfomanką. A to nie wszystkie ciekawe bohaterki tej powieści.
    Dla mnie dużą wartością nowej powieści Lemaitre’a jest jej stylistyczne wyrafinowanie. Autor świetnie operuje słowem, ale przy tym nie sili się na tanie efekciarstwo i językowe popisy dla samych popisów. Lemaitre pisze tego rodzaju prozę, którą można smakować dla samego brzmienia zdań (wielkie oklaski dla tłumaczki powieści!), co w dzisiejszej literaturze, głównie stawiającej na akcję i jeszcze raz akcję, nie jest częste. Po prostu – w każdym zdaniu, każdym akapicie potwierdza się, że obcuję z pisarzem – może powinienem napisać: Pisarzem – a nie zwykłym autorem książek.
    Bardzo ceniłem Lemaitre’a jako autora kryminałów, twórcę cyklu z komisarzem paryskiej policji, niziutkim Camille'em Verhoevenem (na przykład świetne, choć dosyć brutalne powieści Alex i Ofiara). Wydaje mi się jednak, że dopiero po tym jak francuski autor porzucił ten cykl i zaczął tworzyć fabuły niekryminalne (prawdę powiedziawszy nie do końca, bo i w Do zobaczenia w zaświatach, i w Kolorach ognia pojawiają się wątki przestępstw czy nawet zbrodni), w pełni rozwinął skrzydła. Inaczej rzecz ujmując, stał się lepszym, pełniejszym pisarzem. Może schematy powieści kryminalnej ograniczały Lemaitre’a, może zwyczajnie potrzebował czasu, aby rozwinąć w sobie potencjał do tworzenia innego rodzaju prozy. Nie mam pojęcia, jak rzeczywiście było, ale w gruncie rzeczy nie ma to większego znaczenia. Nie dociekam nadmiernie i zwyczajnie raduję się Kolorami ognia. Od dawna nie czułem chęci, by drugi raz przeczytać tę samą powieść. Jestem pewien, że po Kolory ognia sięgnę po raz kolejny. I to niebawem.

niedziela, 21 marca 2021

Anna Rozenberg, Maski pośmiertne

 


 Spokojnie, bez napinki


Anna Rozenberg, Maski pośmiertne, Wydawnictwo Czwarta Strona, Poznań 2021, s. 379.


    Tak, oczywiście, ten tekst będzie o Maskach pośmiertnych, jednak nie mogę sobie odmówić, by nie zacząć od kilku uwag na temat książek debiutanckich w ogóle, ponieważ w przypadku powieści Anny Rozenberg jest to kwestia i ciekawa, i ważka. Często zdarza się, że długie oczekiwanie na debiut nie wychodzi autorom na dobre, ponieważ w efekcie powstają teksty „przenoszone”. Autorzy mają zbyt wiele pomysłów, powstaje zbyt wiele wersji tekstu, za wiele jest poprawek, a koniec końców tworzą tekst albo przekombinowany, albo naznaczony debiutancką niepewnością. W przypadku debiutów kryminalnych wielu autorów chce zacząć z przytupem, za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę czytelników (o co w czasach nadprodukcji prozy kryminalnej jest coraz trudniej), więc stawia na pomysł: Im więcej, mocniej, tym lepiej. Zwykle prowadzi to do mnożenia rozmaitych (niekoniecznie zgranych ze sobą) tematów i wątków zestawianych na zasadzie: A może coś chwyci. Albo do mnożenia makabry i zachlapywania kolejnych stron krwią. Łatwo przewidzieć, jaka jest wartość takiego debiutu.
    Maski pośmiertne są debiutem Rozenberg, na który autorka (a i ja też) czekała długo (bardzo). I jest to oczywiście powieść kryminalna. Rozenberg udało się brawurowo ominąć wszelkie pułapki, dzięki czemu jest to jeden z najciekawszych debiutów kryminalnych ostatnich lat. A w dodatku jeden z najlepiej zbalansowanych kryminałów, jakie ostatnio czytałem (i nie chodzi mi wyłączenie o debiuty). Napisanym na spokoju i bez zbędnej debiutanckiej napinki. Po swojemu.
    Ale do rzeczy, czyli do powieści. Akcja rozgrywa się w Anglii w roku 2013 w niezbyt dużym mieście Woking koło Londynu. Zostaje zamordowana Polka, która niedawno przyjechała tam wraz z mężem, którego policja nie może namierzyć. Śledztwo prowadzi inspektor David Redfern, nowy w tym mieście, który zmaga się nie tylko z kolegami policjantami, którzy niezbyt mu ufają, ale również ze sprawą swojego dawnego przyjaciela i partnera, którego w dramatycznych okolicznościach zastrzelił. Sprawą, która okazuje się bardziej złożona, niż to się wcześniej inspektorowi wydawało.
    Przyznam szczerze, że znudziło mnie już ogrywanie przez naszych autorów kryminałów wciąż tych samych miejsc. Ciągle ta Warszawa (zwykle ukazywana jako pępek świata), na zmianę z Krakowem, Trójmiastem czy Wrocławiem. Albo jakieś polskie prowincjonalne miasteczka odbijane z jednej sztancy. Dlatego duży plus dla Rozenberg za realia angielskie. Widać, że autorka świetnie je znam, umie oddać ich specyfikę i klimat. Dobrze wpasowuje intrygę kryminalną w przestrzeń Woking a do tego nie zarzuca czytelnika nadmiarem informacji na temat miasta, w którym rozgrywa się akcja, czy Anglii w ogóle. Wymaga to fabularnego wyczucia, którego często brakuje innym naszym autorom kryminałów, umieszczającym powieściową akcję za granicą. Przykładem jest choćby Bardzo zimna wiosna Katarzyny Tubylewicz, w której to powieści (akcja rozgrywa się w Szwecji) niemal z każdej strony bije po oczach przesłanie: Zobaczcie, ludkowie, ile ja o tej Szwecji wiem.
    Gdybym miał wskazać najmocniejszą stronę Masek pośmiertnych, bez wątpienia postawiłbym na kreacje bohaterów. Na plan pierwszy oczywiście wysuwa się Redfern, policjant o ciekawych, splątanych jamajsko-polskich korzeniach. Wpisuje się on w powszechny (a i zgrany) schemat policjanta po przejściach: rozwiedzionego, samotnego, naznaczonego niedawną traumą i przewlekłą chorobą… Rozenberg zrobiła jednak wiele, żeby nadać Redfernowi oryginalny rys, na przykład obdarzając go niemal chorobliwą nieśmiałością i bezradnością wobec kobiet  (więcej nie chcę zdradzać, żeby nie psuć innym lekturowej frajdy). Ale nie tylko Redfern przykuwał w Maskach pośmiertnych moją uwagę. Bardzo intrygująca jest postać Marty, córki zamordowanej kobiety. A nawet postaci zupełnie epizodyczne, jak choćby starzec opiekujący się cmentarzem, skreślone są z – tak bym to ujął – autorską czułością i dbałością. Inaczej rzecz ujmując, nie są one jedynie niezbędnymi „elementami” akcji – są jakieś.
    Jak już wspomniałem, intryga kryminalna w powieści Rozenberg składa się z dwóch wątków – śledztwa w sprawie zabójstwa Polki oraz historii zabitego przyjaciela Redferna, który nawet po śmierci ściąga na inspektora problemy. Akcja toczy się niezbyt szybko, co akurat mi nie przeszkadza, chociaż końcówka mogłaby mieć nieco więcej dynamiki. Świetnym posunięciem było wplecenia w intrygę wątku losów Polaków w Anglii w czasie II wojny światowej i po niej, losów czasami tragicznych, bo – nie ma co kryć – po zakończeniu wojny Anglicy potraktowali niedawnych sojuszników podle. Wiem, że niektórym czytelnikom takie wtręty historyczne wydają się zbędne, jedna ja je cenię, bo – będę to powtarzał do znudzenia – kryminały mogą mieć walor nie tylko rozrywkowy, ale i poznawczy.
    Rozenberg zadebiutowała powieścią kryminalną, która wcale nie wygląda na debiut. I nie chodzi mi tylko o łatwy paradoks, który ma okrasić końcówkę mojego tekstu. Autorka wszystkie fabularne puzzle ułożyła z taką precyzją, że nie ma między nimi żadnych szczelin. Jest w Maskach pośmiertnych tyle zbrodni, obyczaju, historii i realiów, ile trzeba. I są ciekawi bohaterowie, których dalsze losy chcę dalej poznać. Na debiut Rozenberg czekałem dekadę. Mam nadzieję (cichą), że druga część serii z Redfernem pojawi się nieco szybciej. 

PS. I wreszcie, Rozenberg posługuje się polszczyzną, która nie rani mojego polonistycznego serca, więcej - sprawia, że bije ono jakby żwawiej.
     

niedziela, 28 lutego 2021

Jutro nie mieści się w głowie. Dzienniki czasu pandemii


 

 Tak samo – nie tak samo


Ka Klakla, Jarosław Księżyk, Marek Mżyk, Sonia Pohl, Monika Prylińska, Joanna Stryjecka, Agata Tuszyńska, Jutro nie mieści się w głowie. Dzienniki czasu pandemii, Wydawnictwo Blue Bird, Warszawa 2020, s. 271.


    Rok temu (z okładem) zaczęła się pandemia, która wywróciła do góry nogami życie wszystkich ludzi. Także autorów książek. Wielu z nich zadeklarowało, że pisze rozmaite „pandemiczne” teksty – dzienniki, zapiski, powieści. Po roku dziwnego życia widać, że niespecjalnie wiele z tego wynikło. Właściwie kojarzę tylko jeden tego rodzaju projekt (oczywiście coś mogło umknąć mojej uwadze), który został doprowadzony do końca, czyli powieść sensacyjną (udaną) Wojciecha Chmielarza Prosta sprawa, którą autor początkowo zaczął pisać w odcinkach, udostępnianych w mediach społecznościowych. Być może potrzeba czasu, dystansu do tematu, prawdopodobnie inne „pandemiczne” teksty będę się pojawiały.
    I jest oczywiści inna książka „czasu zarazy”, która wyszła drukiem, czyli właśnie Jutro nie mieści się w głowie. Warto wspomnieć o genezie jej powstania. Na początku kwarantanny, kiedy uczelnie przeszły na zdalne nauczanie, pisarka i reportażystka, a zarazem wykładowczyni na podyplomowych Studiach Literacko-Artystycznych UJ, Agata Tuszyńska poprosiła swoich studentów, aby prowadzili dziennikowe zapiski. I tak to się zaczęło. Pomysł niby prosty i oczywisty, który jednak stał się katalizatorem bardzo ciekawych tekstów.
    Jak dla mnie Jutro… stało się książką licznych zaskoczeń i niespodzianek. Nim otworzyłem książkę, spodziewałem się, że będzie to zwykły zestaw siedmiu, krótszych bądź dłuższych, dzienników, tymczasem książka ma zupełnie inną strukturę opartą na fragmencie. Zmieniony został zwykły schemat dziennika, przez to że opowieść o pandemicznych losach poszczególnych autorów zastąpiony został opowieścią o pandemii (tak, to ona jest tu główną bohaterką) utkaną z fragmentów zapisków, przemyśleń autorów. Uważam, że postawienie na fragment, o którym zresztą wspomina Agata Tuszyńska w otwierającym książkę rozdziale, było trafnym wyborem. Raz, że fragmentaryzacja dobrze oddaje obecny stan ducha wielu ludzi. Dotychczasowe życie zostało rozbite, plany są niepewne. Coraz częściej żyje się chwilą. Ciągłość została zerwana. Pozostały nam fragmenty – tak to bym ujął. Dwa, fragmentaryzacja dobrze oddaje bezradność nas, jako piszących, wobec tego co aktualnie przeżywamy. Inaczej rzecz ujmując, żyjemy w środku czegoś, czego nie da się ująć w spójną opowieść, a przez to zrozumieć.
    Dosyć łatwo odnaleźć we fragmentach napisanych przez wszystkich autorów książki jeden, dominujący wzorzec losu czy doświadczenia, który stał się udziałem praktycznie wszystkich nas. Niepokój, nawet strach, poczucie niepewności i zagubienia, bezradność wobec siły, na którą nie mamy wpływu, czasami rozpacz pomieszana ze złością – znaleźć to można w tekstach wszystkich autorów książki. Niby więc jest tak samo, ale jednak nie do końca. Bardzo ciekawe było odczytywanie drobnych różnic, przesunięć, które ukazują, że na pozór mocno unifikujące doświadczenie jednak nie zamazuje indywidualności a momentami – może nawet paradoksalnie – je wzmacnia. Pewne różnice są oczywiste, bo jedna osoba traci firmę, którą tworzyła latami, druga ma w pandemii jeszcze więcej pracy niż zwykle. Jedna osoba skupia się bardziej na sobie i własnych doznaniach, druga koncentruje na relacjach z innymi, które wcześniej zaniedbywała. Jedni autorzy na „czasy zarazy” reagują bardziej emocjonalnie drudzy raczej refleksyjnie. Jak mi się zdaje, najciekawsze w Jutro… są drobne, mniej oczywiste przesunięcia i różnice widoczne chociażby w pojawiającym się w książce wątku macierzyństwa, któremu sporo miejsca w swoich zapiskach poświęcają dwie autorki, Monika Prylińska i Joanna Stryjecka. Dla Prylińskiej intensywniejszy w czasie pandemii kontakt z córką staje się do pewnego stopnia źródłem siły i otuchy (choć momentami trudnej), dla Stryjeckiej, która dopiero oswaja się z rolą matki, opieka nad córką jest nowym, skomplikowanym wyzwaniem, które dodatkowo wzmaga niepewność w pandemicznym czasie.
    Jeśli chodzi o formę Jutro… zaskakująca jest spójność tej książki, mimo iż poszczególne fragmentaryczne zapiski mają bardzo rozmaity charakter. Ka Klakla ujmuje swoje pandemiczne doświadczenia w formę wierszy, chyba nawet dobrych (nie rozstrzygam, bo nie jestem „panem od poezji”). Fragmenty Sonii Pohl czy Jarosława Księżyka chyba najbliższe są formie klasycznego zapisu diarystycznego. Zapiski Prylińskiej przyjmują charakter lekko fabularyzowanych scen z życia rodzinnego. Mimo tych różnic wszystkie zapiski strukturalnie łączą się – jak już wspomniałem – w spójną tekstową całość, choć prawdopodobnie głównie dlatego że temat pandemii tworzy tutaj mocny „kościec” całości narracji.
    I wreszcie jeszcze jedno zaskoczenie, być może dla mnie największe, po lekturze tej książki. Jako wykładowca Studiów Literacko-Artystycznych miałem przyjemność uczyć wszystkich autorów Jutro… (oczywiście poza Agatą Tuszyńską), część z nich pisała pod moim kierunkiem prace dyplomowe. Wydawało mi się, że znam moich studentów, jednak ta książka uświadomiła mi, jak w gruncie rzeczy niewiele o nich wiem.
    Sporo w moim tekście o Jutro… pisałem o pandemii, jednak nie uznałbym tej książki za „druk ulotny”, napisany i wydany w czasie pandemii tylko dlatego że autorom przyszło mierzyć się z wirusem. Myślę, że ta książka się nie zestarzej, nie zdezaktualizuje wyjęta z covidowego kontekstu, bo koniec końców jest w nią wpisana (rozpisana na głowy) uniwersalna opowieść o przeżywaniu i oswajaniu traum. A tych – wszystko na to wskazuje – w przyszłości nie zabraknie.
 

środa, 17 lutego 2021

Grzegorz Skorupski, Dom pod czerwonym dębem

 


 

Ta straszna polityka


Grzegorz Skorupski, Dom pod czerwonym dębem, Wydawnictwo Oficynka, Gdańsk 2021, s. 369.

    
    Przyznam szczerze, że po przeczytaniu kilkudziesięciu stron nowego kryminału Grzegorza Skorupskiego miałem ochotę odłożyć tę książkę i raczej do niej nie wracać. A nawet cisnąć nią o ścianę. Kołatało mi się po głowie pytanie – ale że autor chce pisać o polityce, ale że teraz, po co? Jakby w ostatnich latach mało było wokoło nas brudnej polityki i beznadziejnych polityków. Po co jeszcze dokładać do pieca i pisać kryminał o brudnej polityce i beznadziejnych politykach? Jednak wytrwałem, bo zwyczajnie lubię i cenię serię kryminałów z prokuratorem z Gostynia, Adamem Karski. I absolutnie nie żałuję!
    Akcja Domu pod czerwonym dębem – trzeciej części cyklu z Karskim – rozgrywa się w roku 1930. Sytuacja w kraju staje się bardzo napięta, prezydent Ignacy Mościcki rozwiązuje parlament a sanacja coraz bezwzględniej poczyna sobie z opozycją. Czy ma to wpływa na życie prowincjonalnego, wielkopolskiego Gostynia? Jak najbardziej. Tym bardziej że w bardzo niejasnych okolicznościach zamordowany zostaje miejscowy działacz sanacyjnego BBWR, Zygmunt Korniłowski. Przełożeni Karskiego wyraźnie sugerują, że jest to zbrodnia polityczna, więcej nawet – oni już to wiedzą. Prokurator ma wątpliwości a do tego obawia się, że „sprawa gostyńska” zostanie wykorzystana przez władzę do jeszcze mocniejszego przykręcenia śruby opozycji. Zrobi więc wszystko, żeby wyjaśnić, co naprawdę stało się w tytułowym domu. Nawet gdyby miał stracić posadę. Dlaczego? Polecę klasykiem: „w imię zasad”.
    Jeśli chodzi o warstwę kryminalną Skorupski wykorzystuje w powieści znany schemat intrygi zamkniętego pokoju. Korniłowski zostaje zamordowany podczas kolacji w jego domu, na którą zaproszeni zostali oprócz rodziny także inni miejscowi politycy oraz ksiądz – bo jakże to księdza nie zaprosić… W trakcie dochodzenia Karski dowiaduje się, że nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał, ale również odkrywa, że każdy miał motyw, by zabić Korniłowskiego (człowieka złego i bezwzględnego), choć nie każdy miał sposobność. Skorupski poprowadził intrygę bardzo sprawnie, z odpowiednią ilością mylnych tropów. Niemal do samego końca nie byłem pewien, kto zabił. Smaczku intrydze dodaje tekst w tekście (lubię taki chwyt w kryminałach, więc tym bardziej doceniam), czyli – tak to nazwę – pamiętnik zwyrodnialca. Czy to on zabija? Tego oczywiście nie zdradzę.
    Jak już wspomniałem na początku, w Domu pod czerwonym dębem bardzo ważny i rozbudowany jest wątek polityczny. Skorupski wnikliwie ukazuje mechanizmy lokalnej polityki, rozmaite brudne gierki władzy i o władzę, które zresztą są takie same jak na szczeblu krajowym. Bez trudu da się w tej powieści zauważyć – autor o to zadbał – jak bardzo rzeczywistość polityczna IV RP jest podobna do tej w II RP. Pewnie niektórych czytelników ta kwestia „podnieci” – mnie intrygowała nieco mniej, bo wprowadza ona w sferę oczywistych truizmów w rodzaju, że historia się powtarza oraz że nikt nigdy z historii się niczego nie nauczył. Zwróciłem za to uwagę na drobiazgi, przynależące do sfery odczuć i emocji związanych z polityką czy konsekwencjami zmian politycznych. Z rozmów Karskiego ze współpracownikami czy choćby żydowskim sklepikarzem wyłania się atmosfera wszechogarniającej, narastającej niepewności czy nawet strachu o los własny oraz bliskich. Do tego jeszcze dochodzi poczucie zagubienia i bezradności wobec politycznego walca, który niszczy wszystko, co napotyka na drodze. Skorupski tę sferę emocjonalną oddał z dużym wyczuciem i wyraźną empatią.
    Dom pod czerwonym dębem czytałem jeszcze w zeszłym roku i wtedy stwierdziłem, że jest to najlepszy kryminał retro, jaki przeczytałem w ostatnich miesiącach. Teraz – w lutym 2021 roku – podtrzymuję swoją opinię. W całym cyklu gostyńskim jest wyrazisty, ciekawie prowadzony główny bohater (plus kilka wartych uwagi postaci drugiego planu), jest sugestywny wizerunek prowincjonalnego miasta, są też niebanalne intrygi kryminalne. A do tego Skorupski z książki na książkę  pisze coraz sprawniej, lepiej panuje nad kryminalną materią, choć wydaje mi się, że jeszcze nie do końca wykorzystał swój pisarski potencjał. Jak sądzę, nie jest to koniec przygód prokuratora Karskiego, więc z chęcią przekonam się, czy czwarta część będzie jeszcze lepsza. Oby.