wtorek, 31 marca 2020



Puzzle zła


Dominik Rutkowski, Złe dzieci, Świat Książki, Warszawa 2020, s. 303.


    Bywają książki, których lektura przypomina układanie skomplikowanych puzzli bez znajomości obrazka, który ma się wyłonić z drobnych elementów. Śledzenie ich fabuły wymaga skupienia, które jednak łatwo jest utrzymać, bo czytającego napędzają ciekawość i napięcie. Co się objawi po dopasowaniu kolejnego fragmentu? Czy przed oczyma zamajaczy choćby cień całości? Jedną z nich są Złe dzieci Dominika Rutkowskiego.
    Powieść Rutkowskiego ma na wielu poziomach skomplikowaną konstrukcję. Akcja rozgrywa się na trzech planach czasowych. W 1944 roku do Warszawy przybywa kobieta w ciąży, by wziąć udział w pogrzebie swojego narzeczonego, oficera SS wysoko postawionego w hierarchii, który został zabity w wyniku akcji zbrojnej polskiego podziemia. Jak się okazuje, do końca nie chodzi wyłącznie o pogrzeb, a kobieta, pałająca nienawiścią do Polaków, popełnia zbrodnię. W 1984 roku w Warszawie zjawia się para Norwegów. Po stolicy oprowadza ich młody przewodnik Mietek, ale obcokrajowców samo miasta zdaje się zupełnie nie obchodzić, za to bardzo interesują ich cmentarze. Do tego Norwegowie zdają się być nieco dziwni, nic więc wyjątkowego że intrygują przewodnika, ale również zostają wzięci na cel przez esbeków. I w końcu współcześnie ta sama para z Norwegii znowu przyjeżdża do Warszawy i po raz kolejny wizytuje głównie cmentarze. Mietek za wszelką cenę postanawia odkryć skrywaną przez nich tajemnicę.
    Fabułę Złych dzieci komplikuje także mieszanie w nich przez autora wspomnień i wyobrażeń, faktów i mniej lub bardziej prawdopodobnych zmyśleń. Nie przez przypadek poszczególne całostki fabularne zaczynają się od fraz: „Wspominam…”, „Wyobrażam sobie…” Dwójka Norwegów i polski przewodnik starają się – napędzani różnymi motywacjami – rozwikłać zagadkę z przeszłości (nie mogę zdradzić zbyt wiele, żeby nie spojlerować), mając bardzo mało twardych, sprawdzonych faktów. Dlatego w wątkach, w których brakuje im ich, odwołują się do domysłów czy zwykłych fantazji. W powieści Rutkowskiego bardzo istotne, by nie rzec – kluczowe, jest pytanie o to, czego bohaterowie (a pośrednio czytelnicy) szukają, badając przeszłość: prawdy czy raczej w miarę spójnego mitu, który dawałby choćby namiastkę porządku w chaosie faktów, spełniając swoistą funkcję terapeutyczną; nawet jeśli miałby to być mit naznaczony okrucieństwem.
    Do tego jeszcze Złe dzieci są nieoczywiste gatunkowo, ponieważ Rutkowski połączył w książce schematy powieści obyczajowej (szczególnie w wątku tyczącym Polski lat 80. XX wieku), czegoś w rodzaju historycznego reportażu śledczego (tajemnica przeszłości Norwegów) czy powieści sensacyjnej.
    Trudno jest pokusić się o jednoznaczną interpretację tak nieoczywistej powieści jak Złe dzieci. Wspominałem już o kwestii stosunku do historii, jej statusu czy pożytków płynących z jej odkrywania. Równie ważna jest w powieści Rutkowskiego problematyka zła – choć powinienem raczej napisać Zła, jako fatum niszczącego kolejnych ludzi, kolejne pokolenia. Zło wojny dotyka kobietę, która przybywa do Warszawy w 1944 roku, ale też ziarno zła zdaje się w niej tkwić wcześniej, będą częścią jej natury. To zło, dodatkowo wzmocnione traumami i obsesjami, sprawia, że po wojnie na dziesięciolecia razem z bliskimi prawie całkowicie izoluje się od świata, zamieszkując na niewielkiej wyspie u wybrzeży Norwegii. Zło niszczy jej życie i życie bliskich. Czy definitywnie? Czy dla bohaterów istniej szansa na wyjście z głębokiego cienia Zła w jako takim zdrowiu psychicznym? To czytelnik powieści musi sam udzielić sobie odpowiedzi na te pytania.
    Moim zdaniem są w książce Rutkowskiego motywy dyskusyjne. Naznaczenie i tak złej kobiety, która zamyka się na wyspie z bliskimi, jeszcze rysem mocno perwersyjnej seksualności wydało mi się nadmiarowe. Nie dość jasne są dla mnie motywacje Mietka do poszukiwań prawdy o parze Norwegów – choć pewnie tłumaczy go podobna jak u nich skłonność do ulegania obsesjom. Pomimo tych drobnych zastrzeżeń jedno stwierdzę wyraźnie – Złe dzieci Rutkowskiego są bez wątpienia jedną z najbardziej intrygujących i nieoczywistych powieści, które ostatnio czytałem.

sobota, 28 marca 2020



Niewidoczny człowiek


Andrzej Duda, Człowiek, a nie człowiek, Wydawnictwo WasPos.


    Do powieści Człowiek, a nie człowiek Andrzeja Dudy mam stosunek szczególny, bo towarzyszyłem jej powstawaniu niemal od fazy pomysłu na książkę. Nic w tym niezwykłego – Duda był moim studentem na podyplomowych Studiach Literacko-Artystycznych UJ, a tekst tej powieści przedstawiony został jako praca dyplomowa. Od samego początku widziałem w tej historii spory potencjał, obserwowałem, jak się zmienia w trakcie pisania i – by tak rzec – rośnie.
    Akcja Człowieka… rozgrywa się współcześnie w Polsce, w konkretnym "tu i teraz", ale ma wymiar iście Kafkowski. Głównym bohaterem jest Markijan Sowa, w połowie Polak, w połowie Ukrainiec, który przyjeżdża do Polski, by szukać lepszego życia; po trosze jest to też rodzaj ucieczki od traum po nieudanym związku. Jednak znajduje tutaj głównie problemy. Następuje splot nieszczęśliwych przypadków: Markijan nie dostaje obiecanej pracy, zostaje okradziony a potem oszukany przez człowieka, od którego wynajmował mieszkanie. Bez dokumentów, pieniędzy i najniezbędniejszych rzeczy ląduje jako bezdomny na dworcu w Gliwicach.
    Tekst Dudy ma skomplikowaną, mozaikową konstrukcję. Główną osią fabuły jest historia Markijana, jednak autor ukazuje również losy ludzi, którzy stają na drodze głównego bohatera. Może raczej należałoby rzec, że Markijan się od nich odbija, bo relacje interpersonalne w prozie Dudy przypominają grę w bilard - Sowa jest niczym wystrzelona swobodnie bila, która po odbiciach od innych bil porusza się w niespodziewanych kierunkach. Są to ludzie bardzo odmienni: Krzysztof Wiśniowski, który oszukał Markijana, jest imbecylem i alkoholikiem, Małgorzata, która nie udzieliła bohaterowi pomocy, to egzaltowana kobieta nad działanie przedkładająca jałowe rozważania, Anita Ferens jest pustą kobietą, goniącą za seksualnym spełnieniem. Do tego dochodzą jeszcze policjanci czy bezdomni z dworca i jego okolic, z którymi spotyka się bohater. Chaotyczne relacje z innymi nie pomagają Markijanowi wydostać się z trudnej sytuacji, wręcz przeciwnie - zdają się jeszcze bardziej go pogrążać, prowadząc do ostatecznej tragedii.
    Markijan - nie z własnej winy - zostaje wmanewrowany w sytuację, której nie jest w stanie pojąć. Jak to się stało, że on, który zawsze dawał sobie radę w życiu, wylądował na dworcu bez grosza przy duszy? Dlaczego każda próba wyjścia z impasu sprawia, że wpada on w jeszcze większe kłopoty, na przykład z policją? Bohater przechodzi od nerwowej aktywności do zupełnej apatii, nie umiejąc poradzić sobie z sytuacją, która go przerasta. Inna sprawa, że jego wołania o pomoc pozostają bez odpowiedzi. Powieść Dudy odczytać można jako studium samotności i bezradności, historię człowieka, który w chwili ostatecznej próby zostaje pozostawiony samemu sobie. Wiąże się to z poruszanym przez autora powieści tematem bezdomności i biedy. Duda ukazuje mechanizm, który ludzi zepchniętych na margines społeczny - nie zawsze z własnej winy - czyni przezroczystymi, właściwie niewidocznymi dla ludzi, którzy prowadzą normalne życie. Nie zmieniają tego stanu rzeczy drobne gesty, jak jałmużna, którą w niedzielę daje Markijanowi młody, dobrze ubrany mężczyzna. W gruncie rzeczy jest to pusty gest, rodzaj odruchu, który jeszcze bardziej upokarza "niewidocznego człowieka".
    Praca ze studentami – ostatnimi laty głównie w ramach warsztatów prozatorskich – sprawia mi zwykle wiele satysfakcji, która zdecydowanie wzrasta, kiedy udaje się im wydać książkę, bo jest to potwierdzenie, że nasza wspólna praca ma sens i przynosi efekty. Jak w przypadku powieści Dudy zatytułowanej… No właśnie, mnie zawsze będzie się kojarzyła ze swoim pierwotnym tytułem. Jakim? Tego nie zdradzę.

wtorek, 24 marca 2020

 

Cykl – Zaległe lektury czasu pandemii

 




O chleb i ideę


Dariusz Zalega, Śląsk zbuntowany, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019, s. 224.


    W okolicach premiery Śląsk zbuntowany Dariusza Zalegi przedstawiany był jako reportażowa opowieść o Ślązakach (przede wszystkim z Górnego Śląska), którzy wzięli udział w hiszpańskiej wojnie domowej (1936-39), walcząc po stronie Republiki głównie w oddziałach Brygad Międzynarodowych. I faktycznie, znajduje się w tej książce ciekawy, ukazywany ze specyficznej perspektywy i pełen mało znanych szczegółów obraz tej krwawej i brutalnej wojny, który – jak sądzę – zadowoli czytelników zainteresowanych historią konfliktów zbrojnych w XX wieku w ogóle, a wojny domowej w Hiszpanii w szczególności. Jednak mnie zaciekawiło w tym tekście coś innego, opis lokalnych uwarunkowań i przemian społecznych (zawartych w trzech pierwszych rozdziałach książki: Korzenie, Granice, Emigracja), które koniec końców doprowadziły do tego, że spora grupa Ślązaków krętymi ścieżkami dotarła do Hiszpanii.
    Przeciętny Polak o historii Górnego Śląska wciąż wie niewiele, a jeśli już – pewnie kojarzy powstania śląskie czy problemy z identyfikacją narodowościową mieszkańców tego regionu. Zalega ukazuje historię Śląska w początkowych dekadach XX wieku przez inny niźli narodowościowy pryzmat. W posłowiu do książki autor pisze, że interesuje go „plebejska historia regionu”, co może brzmi nieco abstrakcyjnie. Wykładając to prościej – Zalega skupia uwagę na losach zwykłych śląskich robotników, ich problemach z utrzymaniem pracy i zapewnieniem bytu, kromki chleba sobie oraz bliskim, co w niepewnych czasach konfliktów zbrojnych i granic państwowych przesuwanych po terenie regionu było nie lada wyzwaniem, jak również – co w książce jest istotne – przedstawia walkę klasową i polityczną, która miała spory wpływ na życiowe wybory sporej części Ślązaków.
    W Śląsku zbuntowanym Zalega wykorzystuje już dobrze sprawdzoną w narracjach historyczno-reportażowych metodę przybliżania makrohistorii przez mikrohistorie. Szkieletem książki są zachowane wspomnienia kilkunastu Ślązaków, dzięki czemu opowieść Zalegi jest – by tak rzec – plastyczna, pełna konkretów i ciekawych szczegółów. Naprawdę sporo dowiedziałem się z niej o życiu codziennych Ślązaków tamtych czasów, często rozpaczliwych zmaganiach o byt, strajkach, potyczkach (nierzadko krwawych) z funkcjonariuszami wszystkich władz, które rządziły Śląskiem; o ich losach i wciąż jeszcze mało znanych oraz słabo opisanych epizodach z ich historii. Przykładem jest choćby opis międzywojennej emigracji zarobkowej Ślązaków do Francji i Belgii – wątek w książce poboczny, ale bardzo ważny. I oczywiście bardzo wiele miejsca w tej książce autor poświęcił przybliżeniu działalności rozmaitych ruchów robotniczych czy partii politycznych, przede wszystkim lewicowych, od socjalistycznych przez komunistyczne aż po anarchistyczne. Każdy, kto zaliczył edukację w czasach PRL-u, pewnie pamięta, jaką mordęgą było wkuwanie historii polskiego i światowego ruchu robotniczego. Autorowi Śląska zbuntowanego udało się kwestie polityczne, historię zmagań klasowych, między- i wewnątrzpartyjnych tarć ukazać w przejrzysty a przy tym zwyczajnie intrygujący sposób. Zapisałbym to autorowi na duży plus.
    Z tego co widzę, Śląsk zbuntowany przeszedł trochę bez echa. Właściwie trudno się dziwić, bo ani historia tego regionu, ani jego współczesność wciąż niespecjalnie interesują resztę kraju. A szkoda, bo można się z niej sporo dowiedzieć nie tylko o samym Śląsku i Ślązakach. Więc tak na koniec – w tej książce pojawia się morał, wprawdzie wyrażony nie wprost, lecz wyraźnie wybrzmiewający: ci, którzy poświęcają się dla idei, prędzej czy później dostają po rzyci. I nie dotyczy to wyłącznie Ślązaków.

poniedziałek, 16 marca 2020



Pogromca chaosu


Lee Child, Zgodnie z planem, przeł. Jak Kraśko, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2020, s. 414.


    Nie było żadnego zaskoczenia w Zgodnie z planem, bo Jack Reacher kolejny raz wysiadł z autobusu, choć wcale nie musiał, i z miejsca zaczęła się krwawa jatka „w imię zasad”. Wysiadł w amerykańskim półmilionowym prowincjonalnym mieście, którego nazwa nie pada, w jakimś bliżej nieokreślonym stanie, by pomóc starszemu, doświadczonemu przez los i ludzi człowiekowi. I wplątał się przez przypadek w brutalną wojnę gangów. Jak łatwo przewidzieć, skończyło się to źle. Dla gangów.
     Seria Childa z Reacherem jest dla mnie prawdziwym fenomenem. Dobrze ponad dwadzieścia powieści w cyklu, schemat wciąż ten sam, jasny i przejrzysty. Czytając kolejną książkę o perypetiach byłego oficera żandarmerii wojskowej, doskonale wiedziałem, jak będzie przebiegała akcja, co się za chwilę stanie a nawet jaki będzie finał. To jeszcze nic – miałem świadomość, w którym momencie i jaki padnie żart, jak będą wyglądały opis (specyficzne) walk czy jak ułożą się relację Reachera z innymi bohaterami. A jednak Zgodnie z planem wciągnęło mnie równie mocno, jak poprzednie powieści z tej serii. Sposób, w jaki Child panuje nad czytelnikiem, prowadzi go naprawdę ma w sobie coś z magii. Oczywiście, magia – by tak rzec – ufundowana została na doprowadzonym do perfekcji rzemiośle pisarskim brytyjskiego autora, w którego tekstach nie ma zbędnych elementów. Ujmę to inaczej: Child dostarcza nam sterylnie czystą sensację najwyższej próby.
    Ale jednak – będę się przy tym upierał – jest w powieściach z Reacherem element magii. Od lat próbuję go uchwycić, z dosyć miernym skutkiem. Może magiczna moc przyciągania w tych powieściach zasadza się na tym, że ich główny bohater jest pogromcą chaosu? Żyjemy w czasach coraz większej niepewności, narastającego chaosu, tym groźniejszego że pełzającego, trudno uchwytnego, ale wpływającego na nasze życie. Choć właściwie teraz, w czasach pandemii koronawirusa, chaos wokoło jest aż nazbyt widoczny i dotkliwy. Child opowiada – swoją drogą, doskonale przecież znaną od wieków – bajkę o samotnym mścicielu i obrońcy słabych oraz pokrzywdzonych, który pojawia się znikąd, karze złych, opanowuje chaos i przywraca aksjologiczny porządek, czyli zgodnie z planem (własny) zaprowadza porządek. Oczywiście, jedynie na chwilę i bardzo lokalnie. I ja, jako czytelnik, przez chwilę po lekturze powieści Childa odczuwam coś w rodzaju katartycznego oczyszczenia. Może to właśnie o to chodzi. Choć nie musi. Może wystarczy powiedzieć, że Child jest autorem świetnych powieści sensacyjnych i nie dorabiać do tego prostego stwierdzenia jakiejkolwiek ideologii.

poniedziałek, 9 marca 2020

 

 Traumy i sztuka



Grzegorz Skorupski, Dłonie śmierci, Wydawnictwo Oficynka, Gdańsk 2019, s. 390.


    Wydawać by się mogło, że czas polskiego kryminału retro, który w dużym stopniu przyczynił się do rodzimego boomu kryminalnego (ukłony dla Marka Krajewskiego…), powoli się kończy. Wydawcy chętniej sięgają po kryminały współczesne, czytelnicy częściej wybierają historie osadzone w naszym „tu i teraz”. Rzecz normalna w literaturze – jedne nurty zmieniają się w wąską strugę, zaś inne rozlewają się szeroko. Co – oczywiście – nie znaczy, że retro niebawem zniknie. Wciąż powstają – i zapewne wciąż będą powstawać – świetne kryminały historyczne. Prawdziwym objawieniem zeszłego roku była świetna powieść Glatz Tomasza Duszyńskiego, której akcja rozgrywa się w 1920 roku w Kłodzku. Ciekawie rozwija się pisanie kilku autorów, którzy już wcześniej postawili na retro opowieści o zbrodniach. Jednym z nich jest dla mnie Grzegorz Skorupski. I to o książce tego autora będzie piosenka. W sensie – recenzja.
    Akcja Dłoni śmierci (poetycko-patetyczny tytuł, jak na mój gust, nieco zgrzyta) rozgrywa się w 1920 roku w wielkopolskim Gostyniu, niby już polskim, ale wciąż naznaczony administracyjno-polityczną tymczasowością. W ciągu kilku dni zostaje zabitych w makabryczny sposób kilkoro mieszkańców miasta. Dzieło seryjnego zabójcy, "poetycznego", bo zostawia przy ofiarach kartki z fragmentami wierszy? Na to pytanie szuka odpowiedzi prokurator, który tymczasowo szefuje także miejscowej policji, Adam Karski i jego podwładni.
    Skorupski postawił w nowym kryminale na przerażające, wymyślne zabójstwa. Jasne, Marek Krajewski w serii o Mocku wyznaczył w tej kwestii pewne standardy, wielu autorów idzie wskazaną przez wrocławskiego pisarza drogą. Mnie ten kierunek średnio pasuje, by nie rzec - wcale, mnożenie makabrycznych opisów, choć może się wydawać poruszające, wydaje mi się po prostu słabe. Oddam jednak Skorupskiemu, że część zabójstw w Dłoniach śmierci miało być czymś w rodzaju dzieł sztuki, a sztuka czy literatura odgrywają w tej powieści sporą rolę (autor ma za to u mnie plusa), więc te pokręcone sposoby odbierania życia mają w tej opowieści jako takie uzasadnienie.
    Przyczepić się też muszę do wątku związanego psychologią u początków lat 20. XX wieku. W słowie Od autora przeczytałem, że pisarz konsultował ze specjalistami zagadnienia psychologiczno-psychiatryczne, jednak w niektórych momentach Karski i psychiatra doktor Dolsberg za bardzo analizują sprawę od strony psychologicznej jak współcześni profilerzy, co trąci lekkim anachronizmem.
    Jednak moim zdaniem w Dłoniach śmierci więcej zapisałbym Skorupskiemu na plus niż minus. Pisarz w ciekawy, pogłębiony sposób rozwinął temat traum wojennych, które mocno dotykają nie tylko samych żołnierzy, którzy doświadczyli piekła I wojny światowej, ale również ich bliskich. Do tego dał w Prologu naprawdę świetny kawałek prozy wojennej, co w polskim kryminale wciąż należy do rzadkości. Dłonie śmierci uwodzą też świetnie oddanym kolorytem lokalnym i realiami początków II RP na terenie Wielkopolski. Inaczej rzecz ujmując, powieść Skorupskiego jest naprawdę solidnym kryminałem miejskim, w którym Gostyń ukazany został w sposób plastyczny i pełny, ale bez zbędnego balastu encyklopedycznej wiedzy na temat miasta.
    Na pisanie Skorupskiego zwróciłem uwagę już przy okazji Smaku błękitu. Dłoniami śmierci pisarz potwierdził, że uczy się i rozwija. I to już niemało, szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy tak wielu pisarzy i „pisarzy” stawia na taśmową produkcję tekstów, a nie – na samorozwój pisarski.

*

    Na koniec mały drobiazg, który mnie ubawił… Jeden z bohaterów Dłoni śmierci, niejaki Marciszewski, stwierdza: „Jeszcze nie spotkałem wartościowego człowieka, który by podkreślał coś w tekście książki czy wyrywał z niej kartki”. W książkach podkreślam ciągle i z pasją. Cóż, chyba nie jestem wartościowym człowiekiem…
   
   

czwartek, 2 stycznia 2020

 

W imię zemsty


Bernard Minier, Siostry, przeł. Monika Szewc-Osiecka, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2019, s. 360.

    Seria powieści kryminalnych francuskiego pisarza Bernarda Miniera z policjantem Martinem Servazem nie należy do przesadnie cenionych przez mnie, przede wszystkim dlatego że jest nierówna a poza tym autorowi zdarza się lubować w niepotrzebnie spiętrzanych brutalności i potworności. Po Siostry sięgnąłem jednak z ciekawością, bo jednym z głównych bohaterów powieści jest… poczytny autor kryminałów.
    Akcja powieści rozpięta jest pomiędzy rokiem 1988 a 2018. W roku 1993 w Tuluzie zamordowane zostają dwie młode studentki - a morderca skopiował scenę z kryminału Erika Langa. Policjanci, w tym zaczynający poważną karierę w policji Servaz, uważnie przyglądają się pisarzowi, jednak nie znajdują dowodów jego winy. Ćwierć wieku później ginie żona Langa i znowu w taki sposób, który autor wcześniej opisał w książce. Kto zabijał w 1993 i 2018 roku?
    Postać Langa nieco mnie zirytowała, bo Minier zrobił z niego bufona, na dodatek epatującego tanim demonizmem. Za to całkiem ciekawie w Siostrach przedstawiony został świat fanów pisarzy. Zmyślna w powieści jest intryga kryminalna zbudowana wokół motywu zemsty, w której pojawia się naprawdę zaskakujący twist (wprawdzie mało prawdopodobny, ale akurat to mi nie przeszkadzało). I na dokładkę Minier wykombinował niezwykle oryginalny patent na zabójstwo.
    Minier poprowadził fabułę Sióstr pewną ręką, stylistycznie nie zszedł z satysfakcjonującego mnie poziomu. Muszę jednak przyznać, że francuski pisarz drażnił mnie wprowadzanymi od czapy motywami proekologicznymi. Rozumiem, że globalna katastrofa klimatyczna majaczy na horyzoncie i trzeba na ten temat pisać. Może jednak niekoniecznie w każdej powieści i dowolnym miejscu.
    Najogólniej – średnia strefa lekturowych przyjemności.

wtorek, 16 lipca 2019


 

Rozjazd


Marta Guzowska, Raj, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019, s. 391.

    Marta Guzowska napisała pierwszą powieść bez wątków archeologicznych – i jest to faktycznie novum w pisarstwie tej autorki. Raj jest powieścią sensacyjną, co już nowością nie jest, ponieważ seria z archeolożką i zarazem złodziejką Simoną Brenner jest z gruntu sensacyjna. Co z tego pomieszania nowego i starego wynikło?
    Akcja nowej powieści Guzowskiej rozgrywa się w galerii handlowej o nazwie – jakżeby inaczej – Raj, w ciągu jednego dnia, a głównie nocy. Pomysł to dający sporo możliwości rozwijania akcji (zamknięta przestrzeń, w której jednak jest sporo kryjówek), choć nie nowy, bo bywały już nie tyle książki, co liczne filmy o galeriach handlowych, na które napadają złoczyńcy. U Guzowskiej w zamkniętej na amen galerii zmagają się bardzo różni bohaterowie: złodziejaszek, który okradanie salonów telefonii komórkowej traktuje jako swoiste ćwiczenie przed poważniejszymi zadaniami w złodziejskim fachu, psycholożka, która nie radzi sobie z własnymi emocjami oraz emocjami innych, w tym swojej krnąbrnej nastoletniej córki, też zamkniętej w galerii, koleżanka owej córki, której marzeniem jest zostanie gwiazdą mediów społecznych, dwóch dilerów, którzy nastolatkom chcą odebrać telefony, którymi nagrały scenę sprzedaży narkotyków oraz pracownik korporacji nadzorującej powstanie i funkcjonowanie galerii. Na dokładkę są niezbyt rozgarnięci ochroniarze, którzy występują w charakterze chłopców do bicia. Bohaterowie ścigają albo są ścigani, zwrotów akcji jest sporo a koniec końców – jak łatwo się domyślić, więc nie jest to spojler – finał będzie fatalny tak dla większości bohaterów, jak i tytułowego Raju.
    W Raju jest jako tako wciągająca akcja, pełna pościgów i ucieczek, i trochę trupów na dokładkę. Guzowska – jak zwykle – opisała historię sprawnie, choć bez językowych fajerwerków, którymi urzekała mnie w początkowych tomach serii kryminałów archeologicznych (widać, że pisarka z książki na książkę upraszcza swój styl – cóż, jej wybór…). Jednak mam z tą powieścią problem, bo ewidentnie „rozjeżdża się” ona na poziomie intencji autorskich. O co chodzi? Przyjrzę się kreacjom bohaterów Raju. W przypadku niektórych postaci widać próby nakreślenia pogłębionego rysu psychologicznego. Tak jest z psycholożką – samotną matką, która nie radzi sobie z wychowaniem córki, do tego zmaga się z paradoksem psychologa, który pomaga innym zapanować na emocjami, a zupełnie nie panuje nad własnymi. Natomiast inni bohaterowie są jak wycięci tępymi nożyczkami z taniego komiksu. Istnym kuriozum jest jeden z dilerów, Rosjanin, który nieustannie pije, myśli tylko o seksie i wszystkich chciałby bić, bo oczywiście jest psychopatą. Naprawdę – stereotypy do entej potęgi, Guzowska mogła już zrobić z niego choćby Czecha czy Serba, a nie zaraz Rosjanina. Do tego dochodzi dosztukowany – jak sądzę – na siłę wątek antykonsumpcyjny, pokazujący - rzecz ujmuję w skrócie - że centrum handlowe, czyli raj tanich, natychmiastowych spełnień konsumpcyjnych jest tak naprawdę jednym z kręgów piekła konsumeryzmu. Po co to było w sensacyjnej opowieści? Nie jest dla mnie jasne, czy Guzowska chciała napisać zwykłą powieść sensacyjną, czy jednak sensację z ambicjami do jakichś (mętnych) diagnoz społecznych; czy chciała jedynie bawić czytelnika wydumaną, acz pędzącą akcją czy zmuszać go do refleksji. I tak Raj stał się powieścią bez wyraźnego adresu czytelniczego, w której intencje autorskie znoszą się już na wejściu – a przez to powieścią, nie będę krył, słabą.
    Widzę, że od pewnego czasu Guzowska szuka nowej formuły dla swojego pisania. I chwała pisarce za to, bo takie poszukiwania ostatnimi czasy nie są wcale częste. Inaczej rzecz ujmując, autorka Ofiary Polikseny szuka nowej drogi. Jak dla mnie, Rajem zabrnęła w ślepą uliczkę. Mam nadzieję, że z niej zawróci.