środa, 19 grudnia 2018

Mamusia, tatuś i spękany synek

  

Nazwisko zmienił, ale wciąż był Inny. A potem zwariował.
Aleksander Kaczorowski, Ota Pavel. Pod powierzchnią 1)

    Ota Pavel... Autor Śmierci pięknych saren (1971), jednego z najlepszych zbiorów opowiadań w historii literatury europejskiej, książki która jest ceniona i chętnie czytana po dziś dzień. Człowiek, który był (...) Żydem. Pół-Żydem. Zebrą, jak mawiał w żartach ojciec (AK, s. 36) i którego naznaczyły tragedie wpisane w żydowski los w XX wieku. Po II wojnie światowej dziennikarz i członek Komunistycznej Partii Czechosłowacji, który napisał wiele propagandowych agitek. W końcu - cyklofrenik, który kilka lat spędził w zamkniętych oddziałach szpitali psychiatrycznych. Przy takich faktach z życia biografowi łatwo jest skusić się na podbicie, wyeksponowanie rozrachunkowych czy bardziej sensacyjnych wątków w opowieści o osobie, o której pisze. Tym bardziej obecnie, kiedy na rynku wydawniczym jest spore zapotrzebowanie na biografie czy opowieści biograficzne zorientowane na „odkrywanie całej prawdy” albo „nowych, nieznanych faktów” na temat mniej lub bardziej znanych postaci z historii. Aleksander Kaczorowski oparł się tej pokusie. Oczywiście, łatwo rzecz całą skwitować stwierdzeniem, że autor biografii Bohumila Hrabala i Vaclava Havla zbyt ceni pisarstwo Pavla, by jego kosztem zapewnić sobie tani poklask i duży nakład. Jak mi się zdaje, Kaczorowskiemu chodziło nie tylko o przybliżenie sylwetki świetnego czeskiego pisarza, ale przede wszystkim o odkrycie, kim był i dlaczego dokonywał takich a nie innych wyborów życiowych. Wymagało to od autora biografii nie tylko sumienności, ale również znalezienia odpowiedniej konstrukcji tekstu biografii. I Kaczorowski znalazł nośny schemat konstrukcyjny, stawiając na przeplatanie trzech konsekwentnie prowadzonych wątków, co koresponduje z wielowątkowością nowelistyki czeskiego pisarza.

Syn mamusi, która za męża miała mojego tatusia 2)
   
    Szkieletem książki Kaczorowskiego jest, jak łatwo się domyślić, historia życia Pavla. Pisarz urodził się w 1930 roku jako Otto Popper w rodzinie mieszanej, jego ojciec był Żydem, matka czeską katoliczką (choć niepraktykującą). Dzieciństwo Otto miał szczęśliwe, Popperom nieźle się powodziło, bo jego ojciec Leon był odnoszącym sukcesy w pracy przedstawicielem handlowym szwedzkiej firmy Elektrolux, produkującej sprzęt gospodarstwa domowego (Pavel najpełniej pisał na ten temat w opowiadaniu W służbie Szwecji z tomu Śmierć pięknych saren). Potem przyszła wojna i Popperowie oraz cała ich rodzina, mimo iż bardziej czuli się Czechami niż Żydami, wciągnięci zostali w tryby nazistowskiej machiny śmierci. Ojciec Pavla oraz jego dwaj starsi bracia trafili do obozów zagłady (przeszli między innymi przez obóz koncentracyjny w Terezinie), ale udało im się przeżyć, tak samo jak przyszłemu pisarzowi i jego matce, Herminie, którzy w czasie wojny mieszkali w niewielkiej miejscowości niedaleko Pragi. Po wojnie Otto zaczął pracę w radio, przez lata (z przerwą na służbę wojskową) zajmował się robotą dziennikarską, specjalizując się przede wszystkim w tekstach o tematyce sportowej (napisał między innymi zbiór reportaży o piłkarzach świetnej drużyny klubowej Dukli Praga, zatytułowany Dukla mezi mrakodrapy, 1964). W 1955 roku cała rodzina Oty zmieniła nazwisko z Popper na Pavel. Na początku roku 1964 dotknął pisarza pierwszy atak choroby psychicznej, o którym tak pisał w tekście Epilog: Dostałem pomieszania zmysłów na olimpiadzie w Innsbrucku. Mózg mi się zaćmił, jak gdyby spłynęła mgła z Alp. Zobaczyłem pewnego pana jako diabła w całej okazałości, miał rogi, kopyta, sierść i wiekowe spróchniałe zęby. Potem poszedłem w górę nad Innsbruckiem, żeby podpalić zabudowania wiejskie. Byłem przekonany, że taka jasność rozproszy mgłę (OP, s. 214). Dla Pavla zaczęły się lata szpitalnej gehenny, kolejne hospitalizacje, krótkie momenty poprawy stanu zdrowia, myśli samobójcze i dopiero terapia, nowatorska na ówczesne czasy, węglanem litu, pozwoliła pisarzowi w miarę normalnie żyć, choć miała poważne skutki uboczne i najprawdopodobniej przyczyniła się do jego przedwczesnej śmierci (Kaczorowski dotarł do ludzi, których zdaniem nastąpiła ona na skutek niewłaściwej opieki w szpitalu psychiatrycznym i złego dawkowania leków). Pavel przeszedł na rentę, mniej zajmował się tekstami stricte dziennikarskimi, za ta skupił się na tym, co chciał robić już od jakiegoś czasu - pisaniu prozy. Za życia pisarza ukazał się tylko jeden tom jego opowiadań, Śmierć pięknych saren. Zmarł 31 marca 1973 roku.
    Proza Pavla, mimo iż autor dotyka w niej trudnych tematów, takich chociażby jak Zagłada, pełna jest akceptacji życia, ciepła i harmonii, co do pewnego stopnia brało się z faktu, że opisywał w niej (przede wszystkim w Śmierci pięknych saren) lekko zmitologizowaną krainę dzieciństwa. Paradoksalne może więc się zdawać, że czeski pisarz był człowiekiem wewnętrznie spękanym, rozchwianym nie tylko z powodu choroby psychicznej; człowiekiem, rzekłbym, „pomiędzy”. Pavel miał żydowskiego tatusia, jednak przez długi czas zdawał się nie interesować żydowskim dziedzictwem; zmianę nazwiska na czeskobrzmiące przyjął bez emocji. Dopiero choroba i zwrócenie się ku pisaniu prozy sprawiły, iż zrozumiał, (...) że czeskość i żydowskość współistnieją w nim; że on sam może je współtworzyć swoim pisaniem (AK, s. 217), i w końcu Odnalazł swój żydowski krąg (AK, s. 218), dodam - także kulturowy. Był komunistą, jako młody człowiek aktywnie uczestniczył w propagowaniu nowego ustroju, później dostrzegał „błędy i wypaczenia”, ale nie przeciwstawiał się im, nie protestował, w odróżnieniu od wielu kolegów po piórze. W końcu - był cenionym dziennikarzem sportowym, który bardzo chciał być pisarzem, przez co w środowiskach tak dziennikarzy, jak i pisarzy traktowany był z dystansem. Jedna z czeskich dziennikarek tak postrzegała miejsce Pavla: Literaci uważali go wyłącznie za sprawnego dziennikarza sportowego, podczas gdy dziennikarze sportowi za zakompleksionego literata (AK, s. 267).
    Będąc człowiekiem „pomiędzy”, Pavel - świadomie bądź nie - szukał stałych punktów odniesienia, które pozwoliłyby mu dookreślić się, wyznaczyć kierunki w drodze ku znalezieniu jako tako spójnej tożsamości. Bez wątpienia poszukiwał ich pośród bliskich, w rodzinie. Bardzo ważną osobą dla pisarza był ojciec, człowiek mocny i wyrazisty, któremu nie przez przypadek poświęcił wiele miejsca w swoich opowiadaniach. Z drugiej strony, pierwszy zbiór opowiadań Pavel zadedykował mamusi, która miała za męża mojego tatusia, a nie tatusiowi, który miał za żonę moją mamusię. Matka była dla pisarza ważna, kto wie, czy nie pisałby o niej więcej, gdyby dane było mu żyć dłużej. Inny punktem odniesienia była natura. Pavel był zapalonym wędkarzem, właściwie cały drugi tom opowiadań pisarza, Jak spotkałem się z rybami, skonstruowany został wokół tematu wędkowania. Chociaż nie chodziło w tym przypadku tylko i wyłącznie o łowienie ryb, lecz właśnie o kontakt z naturą, ukochaną rzeką Berounką, nad brzegi której wracał przed całe życie, szukając spokoju, szczęścia i harmonii, której nie czuł w sobie. Autor Śmierci pięknych saren tak pisał o tej rzece: I właściwie to nie wiedziałem, dlaczego tak rzekę kocham. Może dlatego, że są w niej ryby, albo też dlatego, że jest wolna i nie spętana? Że nigdy się nie zatrzymuje? A może dlatego, że szumi i nie daje zasnąć? Może dlatego, że jest tu od wieków, albo dlatego, że codziennie jej wody umierają gdzieś w dali? Albo dlatego, że możesz po niej płynąć i że możesz w niej umrzeć (OP, s. 131). I wreszcie ostatnim, i najpewniej najważniejszym punktem odniesienia w życiu Pavla stało się samo pisarstwo. Dosyć szybko zdał sobie sprawę, że chce pisać prozę, że nosi w sobie historie, które domagają się ubrania w słowa. Nie wiedział jednak, jak się do tego zabrać. Był perfekcjonistą, znanym z tego, że wielokrotnie poprawiał niemal każdy przygotowywany tekst, miał też świadomość własnych braków - nie miał studiów, jako dziecko i nastolatek niemal nie czytał książek, starał się więc dokształcać na własną rękę, przede wszystkim czytając klasyków literatury, kiedy tylko miał na to czas. Dopiero po tym kiedy zachorował, Pavel na poważnie wziął się do pisania opowiadań, traktując to do pewnego stopnia jako element terapii. W jednym z listów do najstarszego brata Hugona tak Pavel pisał: Wiem, że już tylko praca może mnie ocalić (...), moim najskrytszym pragnieniem - jeśli mi zdrowie pozwoli - jest napisać o zwyczajnym życiu. O starym Prošku, o Frańku z pensjonatu U Rozvědčika, o pustelniku ze Skryj, tom opowiadań o naszym tatusiu i mamusi (AK, s. 308). Chęć zostania prozaikiem była u Pavla niemal obsesyjna. Kaczorowski stwierdza: Pisarstwo rzeczywiście było jego kuracją (AK, s. 236). Ale czy nie stanowiło ono nie tylko kuracji, ale również objawu choroby? I tu dochodzę do kluczowego dla zrozumienia losów czeskiego pisarza zagadnienia choroby psychicznej.
    U Pavla lekarze zdiagnozowali cyklofrenię, chorobę efektywną dwubiegunową. Dlaczego pisarz zachorował? Psychiatrzy podejrzewali, że przyczyną choroby Pavla było długotrwałe przepracowanie, ogólne osłabienie organizmu, a także obciążenie genetyczne (wśród jego krewnych ze strony ojca były przypadki schorzeń psychicznych) (AK, s. 191). Bez wątpienia sensowne wytłumaczenie. Jednak czy do nagłego ataku choroby nie przyczyniły się problemy pisarza z tożsamością, samookreśleniem czy - w końcu - zaakceptowaniem własnej Inności? Pavel był wychowywany jak zwyczajne czeskie dziecko, dopiero w czasie wojny w bestialski sposób uświadomiono mu, że jest Inny, a i po wojnie kolejne antysemickie nagonki przypominały mu, kim jest - Pół-Żydem. Zebrą, a więc nie-swoim. Wydawało się, że przez wiele lat pisarz nie miał problemu z żydowskim dziedzictwem. Nie mówił na ten temat, ani nie pisał, a przynajmniej nie pozostawił świadectw tekstowych na ten temat. Zarządzoną przez ojca zmianę nazwiska wszystkich członków rodziny na czeskie, jak już wspominałem, Pavel przyjął bez komentarza. Podobnie zresztą jak nie komentował rosnącego zawodu komunistyczną utopią. Ale czy Pavla to nie dręczyło, nie bolało? Nie niszczyło go od środka? Być może jego częste wyjazdy nad rzekę, na ryby były rodzajem ucieczki od skomplikowanego świata i niekonkluzyjnych myśli ku rzeczywistości prostych doznań i wartości. Tego do końca nie wiemy. Pavel bardzo mało pisał o doświadczeniu choroby psychicznej, nie chciał się odsłaniać, słusznie podejrzewając, że niekoniecznie spotka się ze zrozumieniem. Kaczorowski w biografii czeskiego pisarza nie szuka ostatecznych odpowiedzi na pytania o chorobę psychiczną Czecha. Wysłuchuje różnych ludzi, podaje możliwe wersje zdarzeń, mnoży wątpliwości, spekuluje. Myślę, że to dobra strategia, ponieważ spękanych osobowości nie powinno się opisywać tak, jakby były one spójną całością, bo wtedy nazbyt mogą się zbliżać do bałamutnych projekcji.

Przypadki wiejskich Żydów
   
    Ważnym dopełnieniem biografii Pavla jest konsekwentnie rozwijany przez Kaczorowskiego przez całą książkę wątek historii czeskich Żydów, począwszy od końca XVIII wieku, dokąd sięga udokumentowana historia rodu Popperów, a skończywszy na latach 70. XX. Na terenach obecnych Czech na skutek regulacji prawnych wprowadzonych przez Habsburgów społeczność żydowska kształtowała się w specyficzny sposób, inny niż chociażby w na terenach Polski. W dużym stopniu składała się z Landesjuden, czyli Żydów wiejskich (jak Popperowie), żyjących w niewielkich skupiskach w czeskich wsiach, łatwo się asymilujących, niezbyt przewiązanych do tradycji czy religii przodków. Ojciec pisarza był Żydem, nosił niemieckie nazwisko, ale uważał się za czeskiego patriotę i w takim duchu wychował synów (AK, s. 36). Dlatego doświadczenia wojenne, zinstytucjonalizowany antysemityzm napędzający mechanizm Zagłady, tak mocno, wręcz traumatycznie dotknął Popperów i wpłynął na ich powojenne wybory. Ojciec Pavla, jego bracia a w końcu sam pisarz zapisali się do partii komunistycznej, zaufali komunistycznej utopii, ulegając złudzeniu, że komunistyczny internacjonalizm to najlepsze remedium na antysemityzm (AK, s. 91). I bardzo szybko przekonali się, że to faktycznie nic innego jak tylko złudzenie. W czasach stalinowskich zaostrzał się terror, w roku 1952 odbył się proces sekretarza generalnego KPCZ Rudolfa Slánský’ego i innych prominentnych komunistów oskarżonych o to, że stanowią syjonistyczno-amerykańską agenturę. Na czternastu oskarżonych jedenastu było Żydami. To był cios dla ojca pisarza, który w opowiadaniu Bieg przez Pragę w przejmującej scenie opisał rozpacz ojca po procesie, stwierdzając, że właśnie wtedy rodzic przestał być komunistą i znowu stał się Żydem. A co z samym Pavlem? Kaczorowski sugeruje, że pisarz po trzydziestce (...) nie był już naiwnym, czeskim komunistą, który miał „żydowskiego tatusia” (AK, s. 216), ale też nigdy nie stał się czeskim dysydentem. Może walcząc z chorobą, zwyczajnie nie miał dość sił, by jeszcze walczyć z system. A może zadziałał jego „ucieczkowy” charakter. Pavel uciekał nad ukochaną rzekę, uciekał również w pisanie. I to właśnie w swojej prozie zmagał się z problem żydowskiego dziedzictwa.
    W ostatnich dziesięcioleciach wielu polskich reportażystów, by wspomnieć tylko Mariusza Szczygła czy Mariusza Surosza, na różne sposoby pisało o historii Czechosłowacji. Chyba jedna nikt nie ukazał w tak pełny i konsekwentny sposób pogmatwanej historii czeskich Żydów, jak Kaczorowski.

Zobaczyć, poczuć

    W biografii Pavla znajduje się, wprawdzie niewielki, acz znaczący, wątek (może nawet nie tyle wątek sensu stricto, co raczej garść uwag spisywanych na marginesie), w którym objawia się sam biograf. Część zawartych w nim uwag ma charakter, by tak rzec, dokumentacyjny; Kaczorowski na przykład zdaje w nich relacje ze spotkań z ludźmi, którzy znali pisarza. Inne z nich na pierwszy rzut oka zdają się dosyć oderwanymi od głównego toku narracji biograficznej komentarzami i zwierzeniami, a to o dziecięcej fascynacji biografa kolarskim Wyścigiem Pokoju, to znowu o dziadku, który trafił do obozu zagłady. Czy chodzi tylko o rodzaj autotematycznych wtrętów, mających niejako od kuchni pokazać proces powstawania biografii Pavla, ubarwić tekst? Chyba nie do końca. Kaczorowski, jak mi się zdaje, poszukuje przestrzeni wspólnoty z czeskim pisarzem. Oczywiście, nie chodzi o wspólnotę pokoleniową, bo o takiej mowy być nie może, lecz o wspólnotę doznań, przeżyć i przemyśleń. Dlatego między innymi Kaczorowski odwiedza miejsca, w których przebywał Pavel, wędruje wzdłuż rzeki Berounki. Chce chyba nawet nie tyle zrozumieć Pavla, co poczuć go, odnaleźć jego „ducha”, odkryć to, co znajduje się „pod powierzchnią” życia objawiającego się w udokumentowanych świadectwach. Poza tym co napisane, raczej w przeżyciu niźli słowie. 
   
    We współczesnej polskiej biografistyce widać wyraźny trend, który nazwałbym dokumentacyjnym. Tego rodzaju biografie zasadzają się na bardzo skrupulatnej dokumentacji faktów z życia osoby, o której pisze biograf. W efekcie czytelnik dostaje do ręki biografię, która w dużym stopniu jest ciągiem przytoczeń - tekstów, dokumentów, świadectw; zostaje niejako zasypany mnogością suchych faktów. Nie ma w nim za wiele miejsca na niejednoznaczność, spekulację, nie ma chęci uchwycenia „ducha” przedstawianej osoby. Kaczorowski, splatając w biografii Pavla przedstawione przeze mnie wątki, wychodzi poza biograficzny konkret, co w przypadku osobowości tak skomplikowanych, niejednoznacznych, spękanych, jak czeski pisarz daje bardzo dobre efekty. Bez wątpienia Ota Pavel. Pod powierzchnią jest jedna z najlepszych biografii, jakie czytałem w ostatnim czasie.

Przypisy
1) A. Kaczorowski, Ota Pavel. Pod powierzchnią, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018, s. 235. Dalej w tekście cytaty z książki są oznaczane: AK z podaniem strony.
2) O. Pavel, Śmierć pięknych saren. Jak spotkałem się z rybami, przeł. A. Czcibor-Piotrowski, J. Waczków, Świat Literacki, Izabelin 2004, s. 5. Dalej w tekście cytaty z książki są oznaczane: OP podaniem strony.

Tekst ukazał się w dwumiesięczniku "Nowa Dekada Krakowska", nr 2-3, 2018.

niedziela, 16 grudnia 2018

Kolejna edycja Kryminalnej Piły 





I oto rusza kolejna, szósta już, edycja Nagrody Kryminalnej Piły dla najlepszej miejskiej powieści kryminalnej. Bardzo jestem ciekawy, kto w przyszłym roku otrzyma nagrodę. Przypomnę, że laureatem poprzedniej został Marek Krajewski za powieść Mock. Ludzie zoo.


Więcej informacji: 
http://blog.kryminalnapila.pl/nagroda-kryminalnej-pily-2018/?fbclid=IwAR3f9gUsekAjtU0oocnV2RIwYciZvstBCLTI8Dfz5xJCaVu3w4XWpNxjn0s

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Kryminał autotematyczny


Anthony Horowitz, Pogrzeb na zamówienie, przeł. Maciej Szymański, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2018, s. 344.

    No proszę, wydawało mi się, że jeśli chodzi o powieści kryminalne, nikt nie jest mnie w stanie niczym zaskoczyć, jednak Anthony Horowitz zdołał to jednak zrobić. Ten angielski prozaik i scenarzysta licznych seriali telewizyjnych dał się u nas poznać przede wszystkim jako pisarz ciekawie i pomysłowo wpisujący swoje fabuły w istniejące już, poniekąd  - choć nie lubię tego słowa - kultowe tekstowe światy, choćby w opowieści o Sherlocku Holmesie (na przykład powieść Moriarty) czy Bondzie (Cyngiel śmierci). W Pogrzebie na zamówienie Horowitz stworzył historię od A do Z własną, i do tego jaką! Jest to bowiem kryminalna powieść autotematyczna, czyli rzecz o pisaniu powieści kryminalnej. Czegoś takiego jeszcze nie czytałem.
    Zanim napiszę o warstwie autotematycznej w nowej powieści angielskiego pisarza, jak dla mnie najbardziej interesującej w tym tekście, słów kilka o intrydze kryminalnej, bo oczywiście jest i takowa - w końcu bez niej nie byłby to kryminał. Samotna kobieta w średnim wieku, niejaka pani Cowper odwiedza londyński zakład pogrzebowy, gdzie zamawia własny pogrzeb, dokładnie opisując, jak ma on wyglądać. I tego samego dnia zostaje uduszona we własnym mieszkaniu. Przypadek? Sprawa jeszcze bardziej komplikuje się, kiedy po pogrzebie kobiety zostaje zadźgany jej syn, znany aktor, robiący karierę w Hollywood. Londyńska policja nie przepada za tak dziwacznymi kejsami, więc zatrudnia konsultanta od co trudniejszych przypadków, byłego gliniarza Hawthorna. Ten zaś zwraca się z propozycją specyficznej współpracy do znanego pisarza... Anthony'ego Horowitza, którego poznał wcześniej, kiedy pracował jako policyjny konsultant przy serialu. Nieźle, nieprawdaż?
    Sama intryga kryminalna została wykreślona jakby od linijki, nic jej nie brakuje, są zmyłkowe tropy, punkt kulminacyjny gdzie trzeba i pełna emocji końcówka. Trochę to - by tak rzec - mechaniczne, trochę przewidywalne, bo na przykład bardzo szybko domyśliłem się, kto jest zabójcą. Za to jednak motywacje zabójstw były dosyć specyficzne. Po prostu porządna rzemieślnicza robota i tyle.
    Hawthorn proponuje Horowitzowi ni mniej, ni więcej tylko opisanie w powieści śledztwa w sprawie śmierci Cowper. Oczywiście, z byłym policjantem jako głównym bohaterem. Pisarz początkowo wzbrania się, ponieważ nigdy wcześniej nie korzystał w powieściach z autentycznych zdarzeń, zawsze wymyślał fikcyjne intrygi. Poza tym nie przepada za samym Hawthornem (za chwilę wyjaśnię dlaczego). W końcu Horowitz daje się jednak namówić i towarzyszy w śledztwie. Dzięki temu pisarz pozwala czytelnikowi nie tylko zobaczyć, w jaki sposób powstaje powieść kryminalna od momentu pojawienia się pomysłu, ale także ujawnia tajemnice swojego warsztatu. W Pogrzebie na zamówienie jest wiele ciekawych wątków ukazujących sposoby i chwyty, z jakich Horowitz korzysta, tworząc czy to to powieści kryminalne, czy to scenariusze filmowe. Jak również pokazujących pisarskie życie i pracę na co dzień. Na zachętę krótki cytat dotyczący spotkań autorskich z czytelnikami: "Niekiedy czuję się wręcz jak sceniczny kabareciarz - tyle że pytania, które zadają mi słuchacze, nigdy się nie zmieniają, a ja opowiadam w nieskończoność te same dowcipy". Czyż podobnych odczuć nie mają też polscy pisarze?
    Bardzo interesujący w nowej powieści Horowitza jest też wątek relacji między pisarzem a Hawthornem. Były glina jest świetnym, dociekliwym, błyskotliwym i skutecznym śledczym, obdarzonym umiejętnością dedukcji w typie Holmesowskim. Przy tym jednak jest bardzo trudnym człowiekiem. Hawthorn jest nieprzyjemny, zgryźliwy, wybuchowym. Kiedy prowadzi śledztwo, tak bardzo skupia się na pracy, że niemal przestaje zwracać uwagę na innych, o czym boleśnie przekonuje się Horowitz. Do tego były glina jest enigmą, nie chce o sobie mówić, chroni swoją prywatność, co bardzo irytuje, ale i intryguje pisarza. Pogrzeb na zamówienie jest więc również historią swoistego śledztwa, które prowadzi pisarz, aby odkryć, kim właściwie Hawthorn jest i dlaczego tak a nie inaczej się zachowuje.
    Pogrzeb na zamówienie Horowitza jest dobrą powieścią kryminalną, ale też czymś w rodzaju swoistego podręcznika pisania kryminałów. Świetna, pomysłowa rzecz, naprawdę świetna.
   

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Nie lubił pojedynków


Marek Krajewski, Mock. Pojedynek, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, s. 423.

    Pisałem już o tym, ale z chęcią powtórzę: nowy cykl Marka Krajewskiego z młodym Eberhardem Mockiem jest naprawdę dobry, powiem więcej - z powieści na powieść coraz lepszy. Po niezbyt - moim zdaniem - udanej przygodzie z komisarzem Popielskim pisarz z Wrocławia odzyskał świeżość, otworzył się na nowe rozwiązania. I tak, w nowej powieści serii, Pojedynku, połączył kryminał retro z powieścią uniwersytecką. Już samo w sobie jest to warte uwagi, zważywszy, że w naszej tradycji literackiej, w odróżnieniu od anglosaskiej, powieść uniwersytecka praktycznie nie istnieje, zdarzały jedynie pojedyncze realizacje tego podgatunku.
    Jest rok 1905, Mock studiuje na uniwersytecie w Breslau i nie jest mu lekko. Jest przecież synem szewca, wiecznie brakuje mu pieniędzy, więc gdzie mu do synów zacnych niemieckich czy polskich rodzin oraz zagranicznych studentek (choć jedna zawróci mu w głowie). Do tego nie należy do żadnej korporacji studenckiej, bo gardzi ich obyczajami, a szczególnie rozpanoszonym zwyczajem pojedynkowania się "o honor". Mówiąc krótko, znajduje się właściwie na marginesie studenckiego życia, ale studiuje pilnie, ewidentnie ma dryg do łaciny, jednocześnie próbując się utrzymać na powierzchni życia. Sytuacja zmienia się, kiedy w dziwnych okolicznościach zaczynają ginąć wykładowcy uniwersyteccy. Mock zostaje wciągnięty w skomplikowaną intrygę, będzie musiał zrewidować swoje podejście do pojedynków. I spotka człowieka, który diametralnie odmieni jego życia.
    W Pojedynku Krajewski obszernie pisze o środowisku uniwersyteckim Breslau początków XX wieku. Niektóre historie brzmiały mi znajomo. Naukowcy walczący - czasami bezpardonowo - o wpływy, katedry czy choćby uznanie; promujący teorie o wątpliwej jakości intelektualnej (w powieści to przypadek Towarzystwa Krzewienia Higieny Rasowej) - z tym na uniwersytetach mamy do czynienia po dziś dzień. Na szczęście niesławna "instytucja" pojedynków zniknęła. Wiązała się ona ze środowiskami korporacji studenckich, które w owym czasie miały duże wpływy i w praktyce organizowały życie studentów. Korporanci czcili ponad miarę honor i odwagę, co było źródłem pojedynków. W tych czasach pojedynki były już zakazane prawnie, było jednak społeczne przyzwolenie na nie. Nic dziwnego, skoro blizny po pojedynkach uznawano za oznakę odwagi i męskości. Tyle tylko że często pojedynki z założenia "o honor" były wykorzystywane w porachunkach czy intrygach, które z "honorem" nie miały nic wspólnego. O czym Krajewski też pisze.
    W Pojedynku Krajewski wyjawia, w jaki sposób Mock trafił do policji. Jak już wspomniałem, biedny student z Wałbrzycha zostaje wciągnięty w nieoficjalne śledztwo w sprawie dziwnych zgonów nauczycieli uniwersyteckich. Oczywiście, sam nie jest w stanie go poprowadzić, pomaga jedynie prywatnemu detektywowi, a wcześniej policjantowi, Eugsterowi. Detektyw uczy Mocka nie tylko posługiwania się bronią czy strategii dochodzeniowych, ale również pokazuje świat od innej, mroczniejszej strony. Zostaje mentorem studenta. Wcześniej jego mentorami byli wykładowcy. Mock staje na życiowym rozdrożu. Dostrzega, że uniwersytet wcale nie jest światem dobra i prawdy, z drugiej strony waha się przed wejściem w mroczną rzeczywistość zbrodni i występku. Choć wiemy, co koniec końców Mock wybierze, opowieść o tym, w jaki sposób bohater doszedł do podjęcia decyzji o zostaniu policjantem jest zajmująca, bo pełna rozterek, wahań, zderzeń twardej rzeczywistości z naiwnymi wyobrażeniami o niej; innymi słowy jest psychologicznie pogłębiona. A wreszcie - z Pojedynku dowiadujemy się, skąd wzięło się słynne "imadło", którym Mock, już jako policjant, złamał niejednego przestępcę.
    Pojedynek Krajewskiego jest świetnym kryminałem retro. Powiem krótko: czekam na więcej historii o młodym Mocku.
   

wtorek, 20 listopada 2018

Przewodnik, który kluczył


Przemysław Semczuk, Tak będzie prościej, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2018, s. 426.

Przemysław Semczuk napisał powieść kryminalną. Niespodzianka? I tak, i nie. Semczuk znany jest przede wszystkim jako autor ciekawych reportaży, ale przecież już poprzednia jego książka, Kryptonim "Frankenstein", była zbeletryzowaną historią seryjnego zabójcy kobiet z lat 70. XX wieku, Joachima Knychały. Nowa książka Semczuka jest kolejnym krokiem na drodze ku fikcji literackiej, choć właściwie pisarz wciąż balansuje na granicy reportażu i zwykłej fabuły. W Tak będzie prościej pisarz wykorzystał autentyczną sprawę z 1993 roku, zabójstwa znanego w Jeleniej Górze i okolicach przewodnika górskiego Tadeusza Stecia, który został brutalnie zamordowany we własnym mieszkaniu (do książki włączono artykuł prasowy Semczuka na temat Stecia). Historia jest dosyć znana, więc autor budując intrygę kryminalną, skupił się głównie na dociekaniu, dlaczego Steć zginął.
    Policjanci z Jeleniej Góry zmagają się ze skomplikowaną, wielowątkową sprawą. Bo czegóż w tej historii nie ma?! Niebezpieczne związki z chłopcami (Steć był gejem), przemyt złotych monet, skarby ponoć poukrywane przez hitlerowców w Sudetach, gry rozmaitych służb. Zazwyczaj taki nadmiar wątków kryminałom - mim zdaniem - nie służy, jednak w powieści Semczuka ma uzasadnienie. Steć konfabulował, za życia tworzył własną legendę, manipulując faktami albo zwyczajnie łżąc. Policjanci muszą więc zweryfikować, co w skonstruowanym przez Stecia życiorysie jest prawdą.
    Tak będzie prościej jest nie tylko opowieścią o zbrodni, ale również o latach 90. XX wieku, Polsce, która znajdowała się na etapie gruntownych przemian. Semczuk zawarł w powieści bardzo wiele ciekawostek na temat życia codziennego w tym okresie. Czasami we fragmentach społeczno-obyczajowych autor nazbyt detalicznie opisuje, jak wyglądało życie w latach 90. Może jednak jest to tylko mój problem, bo doskonale pamiętam tamte lata, więc te motywy uznawałem za oczywiste. Pewnie jednak dla młodszego czytelnika mogą być frapujące, poznawczo świeże, bo - jak sądzę - postrzega je on jako równie "egzotyczne" jak, powiedźmy, okres międzywojenny.
    Tło społeczne tłem społecznym, Semczuk już wcześniej udowodnił, że potrafi na ten temat pisać zajmująco, ale co z warstwą stricte fabularną? Jest całkiem nieźle. Autor wykreował kilka interesujących postaci, z inteligentnym, choć niezbyt pozbieranym życiowo policjantem Ciszewskim na czele. Wymyślił kilka naprawdę świetnych, zapadających w pamięć scen, przede wszystkim związanych z wyprawami policjantów na Śnieżkę. Wyraźnie widać, że Semczuk ma dryg do pisania fikcji. Czy pisarz ruszy dalej tą drogą. Zobaczymy.
    Ja czekam.

wtorek, 28 sierpnia 2018


Wyliczanki


Magdalena Grzebałkowska, Komeda. Osobiste życie jazzu, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, s. 511.
   
    Opowieść o Krzysztofie Komedzie, jednym z gigantów polskiego jazzu, i kształtowaniu się rodzimego światka jazzowego - już samo to wystarczy jako zachęta do sięgnięcia po książkę. Tym bardziej dla kogoś takiego jak ja, kogoś kto jazzu słucha od dawna. Do tego dochodzi jeszcze osoba autorki, Magdaleny Grzebałkowskiej, która napisała wręcz wzorcową, jeśli chodzi o biografistykę, książkę Beksińscy. Portret podwójny. Wprawdzie później Grzebałkowska wydała taki sobie tom 1945. Wojna i pokój, jednak liczyłem, że temat Komedy, trudny, ale niezwykle intrygujący, wyzwoli w pisaniu reporterki wszystko co najlepsze. Czy tak się stało? Przyznam od razu, że kończyłem lekturę książki z mocno mieszanymi odczuciami.
    Z miejsca nasunęło mi się kluczowe pytanie: o czym właściwie jest nowa książka Grzebałkowskiej? Oczywiście, szkielet tekstu stanowi biografia Komedy, tylko tylko że z historią życia znanego jazzmana jest problem, który został zasygnalizowany już w paratekście umieszczonym na czwartej stronie okładki: "Człowiek tajemnica. Listów nie pisał. Dzienników nie prowadził. Mruk". Komeda nie pozostawił po sobie wielu "twardych" tekstowych świadectw. Grzebałkowska natrudziła się, żeby odnaleźć dokumenty dotyczące życia muzyka i dotrzeć do ludzi, którzy go - lepiej lub gorzej - znali. Jednak - jak sądzę - materiałów stricte tyczących Komedy było zwyczajnie za mało na książkę, dlatego reporterka sporo miejsca poświęciła historii polskiego jazzu w ogóle, począwszy od jego czasów "sweterkowych", kiedy to granie jazzu jeśli nie było zakazane w ogóle, to postrzegane było przez władze jako podejrzane. I jak dla mnie to właśnie wątek tyczący historii jazzu jest w tej powieści najlepszy i najciekawszy, ze świetnym, by wskazać przykład, otwierającym książkę rozdziałem Pierwszy Festiwal Zespołów Sweterkowych opisującym słynny festiwal jazzowy, który odbył się w sierpniu 1956 w Sopocie.
    Kolejne dręczące mnie pytanie dotyczy metodologii biograficznej zastosowanej przez Grzebałkowską. Autorka postawiła na dokładną dokumentację, wykonując naprawdę tytaniczną pracę. Każdy przedstawiony w książce fakt z życia Komedy został "wyciągnięty" z dokumentów, materiałów znajdujących się w prasie czy książkach, świadectw ludzi, którzy znali muzyka. I - oczywiście - nie ma w tym nic złego, wręcz przeciwnie, autorka postawiła na rzetelnie sprawdzone fakty i tego się trzymała. Problem jest moim zdaniem w tym, że ta metoda słabo sprawdza się w przypadku osób, które w gruncie rzeczy były - i wciąż są - enigmą. Komeda był maksymalnie skupiony na muzyce, wycofany z życia nawet gdzieś na granicy poważnych deficytów społecznych. Był - powtórzę - tajemnicą. Grzebałkowska skoncentrowała się więc na tym, co zdokumentować się dało, w książce jest mnóstw wyliczanek składów zespołów, w których Komeda grał, opisów tras koncertowych, wyjazdów zagranicznych, zestawień wysokości zarobków i tego co sobie jazzman kupił (głównie zakupy motoryzacyjne i sprzęt muzyczny). Ma to wartość dokumentalną, ale mnogość tego rodzaju wyliczanek sprawia, że niektóre fragmenty książki są zwyczajnie nudne i nużące, a poza tym niewiele to w gruncie rzeczy mówi o jej głównym bohaterze. A przecież aż chciałoby się zapytać, jak to się działo, że osoba tak wycofana, mało przebojowa potrafiła sprawnie kierować różnymi zespołami w rozmaitych składach osobowych? Dzięki "sile spokoju" i muzycznemu geniuszowi? Albo dowiedzieć się więcej o dosyć skomplikowanych relacjach rodzinnych. Jednak wymagałoby to od autorki książki porzucenia dokumentacji na rzecz spekulacji. Grzebałkowska nie zdecydowała się na takie rozwiązanie. Moim zdaniem - szkoda.
    Życie Komedy naznaczone zostało tragiczną śmiercią, wokół której narosło wiele legend. Wydaje mi się, że wielu czytelników sięgnęło po książkę Grzebałkowskiej z nadzieją, że autorka rzuci na sprawę śmierci muzyka nowe światło. I faktycznie tak się stało (nie mogę zdradzać zbyt wiele...). Ale czy to wystarczy na dobrą biografię? Przyznam szczerze, że spodziewałem się zdecydowanie więcej po tej książce.


niedziela, 19 sierpnia 2018

Bankierzy bez głów


Petros Markaris, Niespłacone długi, przeł. Przemysław Kordos, Oficyna Noir sur Blanc, Warszawa 2018, s. 364.

   Zawsze bardzo chętnie sięgam po kryminały z krajów, które nie za bardzo kojarzą się z tym gatunkiem. Tym razem padło na Grecję i powieść Petrosa Markarisa. Zresztą na marginesie, w ogóle współczesna proza grecka jest u nas rzadko tłumaczona i słabo znana. Markaris jest już pisarzem w słusznym wieku (rocznik 1937), poczytnym, znanym także jako scenarzysta filmów Teodorosa Angelopulosa; autorem, który wciąż trzyma formę, co potwierdza powieść Niespłacone długi. Należy ona do serii z policjantem z Aten Kostasem Charitosem, a zarazem do wydzielonej w cyklu tzw. Trylogii kryzysu, więc - jak łatwo się domyślić - jej akcja rozgrywa się w szczytowym momencie kryzysu gospodarczego i finansowego, który niedawno boleśnie dotknął Grecję.
    Niespłacone długi są miksem kryminału procedur policyjnych i powieści obyczajowo-społecznej. Osią intrygi kryminalnej jest seria brutalnych zabójstw: w Atenach giną bankierzy albo ludzie związani z rynkiem finansowym, zarówno Grecy, jak i obcokrajowcy, którym ktoś jednym cięciem odcina głowy, a przy ich ciałach znajduje się kartka w wydrukowaną dużą literą D. Do tego rozkręca się akcja (plakaty rozwieszane w miastach, naklejki) wzywająca do obywatelskiego nieposłuszeństwa i niespłacania kredytów bankowych. Śledztwo prowadzi Charitos wraz ze swoimi podwładnymi - z dużym trudem, bo wciąż musi zmagać się z naciskami "z góry", domagającej się jak najszybszego zamknięcia sprawy, która godzi w i tak już nadszarpnięty wizerunek kraju.
    Intryga w powieści Markarisa jest precyzyjnie skonstruowana i poprowadzona, trzyma w napięciu, a zakończenie zaskakuje. Trochę gorzej - jak na mój gust - jest z opisem przebiegu samego śledztwa. Jak to zwykle bywa w kryminale procedur policyjnych jest bardzo wiele scen rozpytywań, przesłuchań, narad na różnych szczeblach (w tym ministerialnym). Zdaję sobie sprawę, że pisarz chciał pokazać specyfikę działania greckiej policji, grzęznącej w zbiurokratyzowanych strukturach i politycznych gierkach, mógł jednak część tych scen sobie darować. Trochę drażniły mnie też powtarzające się opisy tras pokonywanych samochodem przez bohatera, skrótów i objazdów, dzięki którym omijał korki. Za trzecim czy nawet piątym razem daje to jakiś smaczek i wyobrażenie o codziennym życiu w Atenach, potem jednak monotonne wyliczanki ulic i placów zwyczajnie nużą.
     W powieści Markarisa zdecydowanie bardziej interesująca i intrygująca od warstwy kryminalnej wydała mi się warstwa obyczajowa, jak sądzę, również bardzo istotna dla samego pisarza. Nie przez przypadek powieść otwiera scena ślubu córki Charitosa a nie - jak to najczęściej bywa w kryminałach - opis zbrodni czy zbrodniarza. Oczywiście autor skupił się przede wszystkim na sprawie kryzysu. Większość czytelników, którzy jako tako interesują się tym, co dzieje się na świecie, na pewno o kryzysie w Grecji słyszała, jednak dzięki Markarisowi może się na ten temat dowiedzieć zdecydowanie więcej, by tak rzec - zobaczyć kryzys od środka. Pisarz przede wszystkim skupia się na oddaniu odczuć i nastrojów Greków. Coraz bardziej ponurych, co nie dziwi. Rośnie bieda, obcinane są pensje i dodatki do nich, mniejsze i większe firmy padają jak muchy, młodzi ludzie mają trudności ze znalezieniem pracy, tak samo jak cały kraj Grecy toną w długach, których nie są w stanie spłacać. Nic więc dziwnego, że wśród Greków narasta frustracja. Zdecydowana większość obwinia o kryzys bezduszną Unię Europejską, są jednak i tacy - zdaje się, że najbardziej rozsądni - którzy są zdania, że życie ponad stan i na permanentny kredyt musiało się skończyć, tak jak się skończyło - piękną, grecką katastrofą.
    Z Niespłaconych długów można sporo dowiedzieć się nie tylko o kryzysie, ale w ogóle o współczesnej Grecji i Grekach, ich mentalności, sposobie funkcjonowania w świecie i jego postrzegania. Pisarz pozwala sobie czasami na gorzkie uszczypliwości (uwaga n marginesie opisu trasy pokonywanej samochodem: "To logiczna trasa, z tym że logika w Grecji się nie sprawdza"), ale najczęściej pisze o swoich rodakach z ciepłą wyrozumiałością. W dużym stopniu wynika to z takiego a nie innego ustawienia kluczowych postaci drugiego planu, czyli rodziny policjanta (żona, córka, zięć). Wszyscy członkowie rodziny Charitosa są wyraziści, mają mocne osobowości, więc ich życiowe codzienne perypetie są zwyczajnie ciekawe. A przy okazji nie są to postaci wydumane, podkręcone dla samego wyeksponowania dziwactw, które mają być - niby - bardziej zajmujące. To właśnie przede wszystkim poprzez rodzinę Charitosa i jego znajomych ukazywane są problemy czasu kryzysu, które są poważne, ale jednak nie zatruwają w chorobliwym stopniu życia bohaterów. Głównie dlatego że ratują się dowcipem, dystansem, a do tego potrafią się cieszyć drobnymi sprawami i przyjemnościami (dla przykładu motyw ekstatycznego wręcz kibicowania podczas meczu piłki nożnej).
    Proza kryminalna Markarisa nie jest ani odkrywcza, ani przesadnie wyrafinowana. Jest za to zwyczajnie solidna i interesująca - głównie - w warstwie obyczajowej. Grecki pisarz stworzył też postaci, których losy chcę śledzić dalej. Ostatnimi czasy rzadko trafiam na nowe serie kryminalne, które wciągają mnie do tego stopnia, że chcę czytać kolejne tomy, a w tym przypadku trafiłem. Chętnie przeczytać drugą część Trylogii kryzysu Markarisa.