poniedziałek, 10 grudnia 2018

Kryminał autotematyczny


Anthony Horowitz, Pogrzeb na zamówienie, przeł. Maciej Szymański, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2018, s. 344.

    No proszę, wydawało mi się, że jeśli chodzi o powieści kryminalne, nikt nie jest mnie w stanie niczym zaskoczyć, jednak Anthony Horowitz zdołał to jednak zrobić. Ten angielski prozaik i scenarzysta licznych seriali telewizyjnych dał się u nas poznać przede wszystkim jako pisarz ciekawie i pomysłowo wpisujący swoje fabuły w istniejące już, poniekąd  - choć nie lubię tego słowa - kultowe tekstowe światy, choćby w opowieści o Sherlocku Holmesie (na przykład powieść Moriarty) czy Bondzie (Cyngiel śmierci). W Pogrzebie na zamówienie Horowitz stworzył historię od A do Z własną, i do tego jaką! Jest to bowiem kryminalna powieść autotematyczna, czyli rzecz o pisaniu powieści kryminalnej. Czegoś takiego jeszcze nie czytałem.
    Zanim napiszę o warstwie autotematycznej w nowej powieści angielskiego pisarza, jak dla mnie najbardziej interesującej w tym tekście, słów kilka o intrydze kryminalnej, bo oczywiście jest i takowa - w końcu bez niej nie byłby to kryminał. Samotna kobieta w średnim wieku, niejaka pani Cowper odwiedza londyński zakład pogrzebowy, gdzie zamawia własny pogrzeb, dokładnie opisując, jak ma on wyglądać. I tego samego dnia zostaje uduszona we własnym mieszkaniu. Przypadek? Sprawa jeszcze bardziej komplikuje się, kiedy po pogrzebie kobiety zostaje zadźgany jej syn, znany aktor, robiący karierę w Hollywood. Londyńska policja nie przepada za tak dziwacznymi kejsami, więc zatrudnia konsultanta od co trudniejszych przypadków, byłego gliniarza Hawthorna. Ten zaś zwraca się z propozycją specyficznej współpracy do znanego pisarza... Anthony'ego Horowitza, którego poznał wcześniej, kiedy pracował jako policyjny konsultant przy serialu. Nieźle, nieprawdaż?
    Sama intryga kryminalna została wykreślona jakby od linijki, nic jej nie brakuje, są zmyłkowe tropy, punkt kulminacyjny gdzie trzeba i pełna emocji końcówka. Trochę to - by tak rzec - mechaniczne, trochę przewidywalne, bo na przykład bardzo szybko domyśliłem się, kto jest zabójcą. Za to jednak motywacje zabójstw były dosyć specyficzne. Po prostu porządna rzemieślnicza robota i tyle.
    Hawthorn proponuje Horowitzowi ni mniej, ni więcej tylko opisanie w powieści śledztwa w sprawie śmierci Cowper. Oczywiście, z byłym policjantem jako głównym bohaterem. Pisarz początkowo wzbrania się, ponieważ nigdy wcześniej nie korzystał w powieściach z autentycznych zdarzeń, zawsze wymyślał fikcyjne intrygi. Poza tym nie przepada za samym Hawthornem (za chwilę wyjaśnię dlaczego). W końcu Horowitz daje się jednak namówić i towarzyszy w śledztwie. Dzięki temu pisarz pozwala czytelnikowi nie tylko zobaczyć, w jaki sposób powstaje powieść kryminalna od momentu pojawienia się pomysłu, ale także ujawnia tajemnice swojego warsztatu. W Pogrzebie na zamówienie jest wiele ciekawych wątków ukazujących sposoby i chwyty, z jakich Horowitz korzysta, tworząc czy to to powieści kryminalne, czy to scenariusze filmowe. Jak również pokazujących pisarskie życie i pracę na co dzień. Na zachętę krótki cytat dotyczący spotkań autorskich z czytelnikami: "Niekiedy czuję się wręcz jak sceniczny kabareciarz - tyle że pytania, które zadają mi słuchacze, nigdy się nie zmieniają, a ja opowiadam w nieskończoność te same dowcipy". Czyż podobnych odczuć nie mają też polscy pisarze?
    Bardzo interesujący w nowej powieści Horowitza jest też wątek relacji między pisarzem a Hawthornem. Były glina jest świetnym, dociekliwym, błyskotliwym i skutecznym śledczym, obdarzonym umiejętnością dedukcji w typie Holmesowskim. Przy tym jednak jest bardzo trudnym człowiekiem. Hawthorn jest nieprzyjemny, zgryźliwy, wybuchowym. Kiedy prowadzi śledztwo, tak bardzo skupia się na pracy, że niemal przestaje zwracać uwagę na innych, o czym boleśnie przekonuje się Horowitz. Do tego były glina jest enigmą, nie chce o sobie mówić, chroni swoją prywatność, co bardzo irytuje, ale i intryguje pisarza. Pogrzeb na zamówienie jest więc również historią swoistego śledztwa, które prowadzi pisarz, aby odkryć, kim właściwie Hawthorn jest i dlaczego tak a nie inaczej się zachowuje.
    Pogrzeb na zamówienie Horowitza jest dobrą powieścią kryminalną, ale też czymś w rodzaju swoistego podręcznika pisania kryminałów. Świetna, pomysłowa rzecz, naprawdę świetna.
   

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Nie lubił pojedynków


Marek Krajewski, Mock. Pojedynek, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, s. 423.

    Pisałem już o tym, ale z chęcią powtórzę: nowy cykl Marka Krajewskiego z młodym Eberhardem Mockiem jest naprawdę dobry, powiem więcej - z powieści na powieść coraz lepszy. Po niezbyt - moim zdaniem - udanej przygodzie z komisarzem Popielskim pisarz z Wrocławia odzyskał świeżość, otworzył się na nowe rozwiązania. I tak, w nowej powieści serii, Pojedynku, połączył kryminał retro z powieścią uniwersytecką. Już samo w sobie jest to warte uwagi, zważywszy, że w naszej tradycji literackiej, w odróżnieniu od anglosaskiej, powieść uniwersytecka praktycznie nie istnieje, zdarzały jedynie pojedyncze realizacje tego podgatunku.
    Jest rok 1905, Mock studiuje na uniwersytecie w Breslau i nie jest mu lekko. Jest przecież synem szewca, wiecznie brakuje mu pieniędzy, więc gdzie mu do synów zacnych niemieckich czy polskich rodzin oraz zagranicznych studentek (choć jedna zawróci mu w głowie). Do tego nie należy do żadnej korporacji studenckiej, bo gardzi ich obyczajami, a szczególnie rozpanoszonym zwyczajem pojedynkowania się "o honor". Mówiąc krótko, znajduje się właściwie na marginesie studenckiego życia, ale studiuje pilnie, ewidentnie ma dryg do łaciny, jednocześnie próbując się utrzymać na powierzchni życia. Sytuacja zmienia się, kiedy w dziwnych okolicznościach zaczynają ginąć wykładowcy uniwersyteccy. Mock zostaje wciągnięty w skomplikowaną intrygę, będzie musiał zrewidować swoje podejście do pojedynków. I spotka człowieka, który diametralnie odmieni jego życia.
    W Pojedynku Krajewski obszernie pisze o środowisku uniwersyteckim Breslau początków XX wieku. Niektóre historie brzmiały mi znajomo. Naukowcy walczący - czasami bezpardonowo - o wpływy, katedry czy choćby uznanie; promujący teorie o wątpliwej jakości intelektualnej (w powieści to przypadek Towarzystwa Krzewienia Higieny Rasowej) - z tym na uniwersytetach mamy do czynienia po dziś dzień. Na szczęście niesławna "instytucja" pojedynków zniknęła. Wiązała się ona ze środowiskami korporacji studenckich, które w owym czasie miały duże wpływy i w praktyce organizowały życie studentów. Korporanci czcili ponad miarę honor i odwagę, co było źródłem pojedynków. W tych czasach pojedynki były już zakazane prawnie, było jednak społeczne przyzwolenie na nie. Nic dziwnego, skoro blizny po pojedynkach uznawano za oznakę odwagi i męskości. Tyle tylko że często pojedynki z założenia "o honor" były wykorzystywane w porachunkach czy intrygach, które z "honorem" nie miały nic wspólnego. O czym Krajewski też pisze.
    W Pojedynku Krajewski wyjawia, w jaki sposób Mock trafił do policji. Jak już wspomniałem, biedny student z Wałbrzycha zostaje wciągnięty w nieoficjalne śledztwo w sprawie dziwnych zgonów nauczycieli uniwersyteckich. Oczywiście, sam nie jest w stanie go poprowadzić, pomaga jedynie prywatnemu detektywowi, a wcześniej policjantowi, Eugsterowi. Detektyw uczy Mocka nie tylko posługiwania się bronią czy strategii dochodzeniowych, ale również pokazuje świat od innej, mroczniejszej strony. Zostaje mentorem studenta. Wcześniej jego mentorami byli wykładowcy. Mock staje na życiowym rozdrożu. Dostrzega, że uniwersytet wcale nie jest światem dobra i prawdy, z drugiej strony waha się przed wejściem w mroczną rzeczywistość zbrodni i występku. Choć wiemy, co koniec końców Mock wybierze, opowieść o tym, w jaki sposób bohater doszedł do podjęcia decyzji o zostaniu policjantem jest zajmująca, bo pełna rozterek, wahań, zderzeń twardej rzeczywistości z naiwnymi wyobrażeniami o niej; innymi słowy jest psychologicznie pogłębiona. A wreszcie - z Pojedynku dowiadujemy się, skąd wzięło się słynne "imadło", którym Mock, już jako policjant, złamał niejednego przestępcę.
    Pojedynek Krajewskiego jest świetnym kryminałem retro. Powiem krótko: czekam na więcej historii o młodym Mocku.
   

wtorek, 20 listopada 2018

Przewodnik, który kluczył


Przemysław Semczuk, Tak będzie prościej, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2018, s. 426.

Przemysław Semczuk napisał powieść kryminalną. Niespodzianka? I tak, i nie. Semczuk znany jest przede wszystkim jako autor ciekawych reportaży, ale przecież już poprzednia jego książka, Kryptonim "Frankenstein", była zbeletryzowaną historią seryjnego zabójcy kobiet z lat 70. XX wieku, Joachima Knychały. Nowa książka Semczuka jest kolejnym krokiem na drodze ku fikcji literackiej, choć właściwie pisarz wciąż balansuje na granicy reportażu i zwykłej fabuły. W Tak będzie prościej pisarz wykorzystał autentyczną sprawę z 1993 roku, zabójstwa znanego w Jeleniej Górze i okolicach przewodnika górskiego Tadeusza Stecia, który został brutalnie zamordowany we własnym mieszkaniu (do książki włączono artykuł prasowy Semczuka na temat Stecia). Historia jest dosyć znana, więc autor budując intrygę kryminalną, skupił się głównie na dociekaniu, dlaczego Steć zginął.
    Policjanci z Jeleniej Góry zmagają się ze skomplikowaną, wielowątkową sprawą. Bo czegóż w tej historii nie ma?! Niebezpieczne związki z chłopcami (Steć był gejem), przemyt złotych monet, skarby ponoć poukrywane przez hitlerowców w Sudetach, gry rozmaitych służb. Zazwyczaj taki nadmiar wątków kryminałom - mim zdaniem - nie służy, jednak w powieści Semczuka ma uzasadnienie. Steć konfabulował, za życia tworzył własną legendę, manipulując faktami albo zwyczajnie łżąc. Policjanci muszą więc zweryfikować, co w skonstruowanym przez Stecia życiorysie jest prawdą.
    Tak będzie prościej jest nie tylko opowieścią o zbrodni, ale również o latach 90. XX wieku, Polsce, która znajdowała się na etapie gruntownych przemian. Semczuk zawarł w powieści bardzo wiele ciekawostek na temat życia codziennego w tym okresie. Czasami we fragmentach społeczno-obyczajowych autor nazbyt detalicznie opisuje, jak wyglądało życie w latach 90. Może jednak jest to tylko mój problem, bo doskonale pamiętam tamte lata, więc te motywy uznawałem za oczywiste. Pewnie jednak dla młodszego czytelnika mogą być frapujące, poznawczo świeże, bo - jak sądzę - postrzega je on jako równie "egzotyczne" jak, powiedźmy, okres międzywojenny.
    Tło społeczne tłem społecznym, Semczuk już wcześniej udowodnił, że potrafi na ten temat pisać zajmująco, ale co z warstwą stricte fabularną? Jest całkiem nieźle. Autor wykreował kilka interesujących postaci, z inteligentnym, choć niezbyt pozbieranym życiowo policjantem Ciszewskim na czele. Wymyślił kilka naprawdę świetnych, zapadających w pamięć scen, przede wszystkim związanych z wyprawami policjantów na Śnieżkę. Wyraźnie widać, że Semczuk ma dryg do pisania fikcji. Czy pisarz ruszy dalej tą drogą. Zobaczymy.
    Ja czekam.

wtorek, 28 sierpnia 2018


Wyliczanki


Magdalena Grzebałkowska, Komeda. Osobiste życie jazzu, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, s. 511.
   
    Opowieść o Krzysztofie Komedzie, jednym z gigantów polskiego jazzu, i kształtowaniu się rodzimego światka jazzowego - już samo to wystarczy jako zachęta do sięgnięcia po książkę. Tym bardziej dla kogoś takiego jak ja, kogoś kto jazzu słucha od dawna. Do tego dochodzi jeszcze osoba autorki, Magdaleny Grzebałkowskiej, która napisała wręcz wzorcową, jeśli chodzi o biografistykę, książkę Beksińscy. Portret podwójny. Wprawdzie później Grzebałkowska wydała taki sobie tom 1945. Wojna i pokój, jednak liczyłem, że temat Komedy, trudny, ale niezwykle intrygujący, wyzwoli w pisaniu reporterki wszystko co najlepsze. Czy tak się stało? Przyznam od razu, że kończyłem lekturę książki z mocno mieszanymi odczuciami.
    Z miejsca nasunęło mi się kluczowe pytanie: o czym właściwie jest nowa książka Grzebałkowskiej? Oczywiście, szkielet tekstu stanowi biografia Komedy, tylko tylko że z historią życia znanego jazzmana jest problem, który został zasygnalizowany już w paratekście umieszczonym na czwartej stronie okładki: "Człowiek tajemnica. Listów nie pisał. Dzienników nie prowadził. Mruk". Komeda nie pozostawił po sobie wielu "twardych" tekstowych świadectw. Grzebałkowska natrudziła się, żeby odnaleźć dokumenty dotyczące życia muzyka i dotrzeć do ludzi, którzy go - lepiej lub gorzej - znali. Jednak - jak sądzę - materiałów stricte tyczących Komedy było zwyczajnie za mało na książkę, dlatego reporterka sporo miejsca poświęciła historii polskiego jazzu w ogóle, począwszy od jego czasów "sweterkowych", kiedy to granie jazzu jeśli nie było zakazane w ogóle, to postrzegane było przez władze jako podejrzane. I jak dla mnie to właśnie wątek tyczący historii jazzu jest w tej powieści najlepszy i najciekawszy, ze świetnym, by wskazać przykład, otwierającym książkę rozdziałem Pierwszy Festiwal Zespołów Sweterkowych opisującym słynny festiwal jazzowy, który odbył się w sierpniu 1956 w Sopocie.
    Kolejne dręczące mnie pytanie dotyczy metodologii biograficznej zastosowanej przez Grzebałkowską. Autorka postawiła na dokładną dokumentację, wykonując naprawdę tytaniczną pracę. Każdy przedstawiony w książce fakt z życia Komedy został "wyciągnięty" z dokumentów, materiałów znajdujących się w prasie czy książkach, świadectw ludzi, którzy znali muzyka. I - oczywiście - nie ma w tym nic złego, wręcz przeciwnie, autorka postawiła na rzetelnie sprawdzone fakty i tego się trzymała. Problem jest moim zdaniem w tym, że ta metoda słabo sprawdza się w przypadku osób, które w gruncie rzeczy były - i wciąż są - enigmą. Komeda był maksymalnie skupiony na muzyce, wycofany z życia nawet gdzieś na granicy poważnych deficytów społecznych. Był - powtórzę - tajemnicą. Grzebałkowska skoncentrowała się więc na tym, co zdokumentować się dało, w książce jest mnóstw wyliczanek składów zespołów, w których Komeda grał, opisów tras koncertowych, wyjazdów zagranicznych, zestawień wysokości zarobków i tego co sobie jazzman kupił (głównie zakupy motoryzacyjne i sprzęt muzyczny). Ma to wartość dokumentalną, ale mnogość tego rodzaju wyliczanek sprawia, że niektóre fragmenty książki są zwyczajnie nudne i nużące, a poza tym niewiele to w gruncie rzeczy mówi o jej głównym bohaterze. A przecież aż chciałoby się zapytać, jak to się działo, że osoba tak wycofana, mało przebojowa potrafiła sprawnie kierować różnymi zespołami w rozmaitych składach osobowych? Dzięki "sile spokoju" i muzycznemu geniuszowi? Albo dowiedzieć się więcej o dosyć skomplikowanych relacjach rodzinnych. Jednak wymagałoby to od autorki książki porzucenia dokumentacji na rzecz spekulacji. Grzebałkowska nie zdecydowała się na takie rozwiązanie. Moim zdaniem - szkoda.
    Życie Komedy naznaczone zostało tragiczną śmiercią, wokół której narosło wiele legend. Wydaje mi się, że wielu czytelników sięgnęło po książkę Grzebałkowskiej z nadzieją, że autorka rzuci na sprawę śmierci muzyka nowe światło. I faktycznie tak się stało (nie mogę zdradzać zbyt wiele...). Ale czy to wystarczy na dobrą biografię? Przyznam szczerze, że spodziewałem się zdecydowanie więcej po tej książce.


niedziela, 19 sierpnia 2018

Bankierzy bez głów


Petros Markaris, Niespłacone długi, przeł. Przemysław Kordos, Oficyna Noir sur Blanc, Warszawa 2018, s. 364.

   Zawsze bardzo chętnie sięgam po kryminały z krajów, które nie za bardzo kojarzą się z tym gatunkiem. Tym razem padło na Grecję i powieść Petrosa Markarisa. Zresztą na marginesie, w ogóle współczesna proza grecka jest u nas rzadko tłumaczona i słabo znana. Markaris jest już pisarzem w słusznym wieku (rocznik 1937), poczytnym, znanym także jako scenarzysta filmów Teodorosa Angelopulosa; autorem, który wciąż trzyma formę, co potwierdza powieść Niespłacone długi. Należy ona do serii z policjantem z Aten Kostasem Charitosem, a zarazem do wydzielonej w cyklu tzw. Trylogii kryzysu, więc - jak łatwo się domyślić - jej akcja rozgrywa się w szczytowym momencie kryzysu gospodarczego i finansowego, który niedawno boleśnie dotknął Grecję.
    Niespłacone długi są miksem kryminału procedur policyjnych i powieści obyczajowo-społecznej. Osią intrygi kryminalnej jest seria brutalnych zabójstw: w Atenach giną bankierzy albo ludzie związani z rynkiem finansowym, zarówno Grecy, jak i obcokrajowcy, którym ktoś jednym cięciem odcina głowy, a przy ich ciałach znajduje się kartka w wydrukowaną dużą literą D. Do tego rozkręca się akcja (plakaty rozwieszane w miastach, naklejki) wzywająca do obywatelskiego nieposłuszeństwa i niespłacania kredytów bankowych. Śledztwo prowadzi Charitos wraz ze swoimi podwładnymi - z dużym trudem, bo wciąż musi zmagać się z naciskami "z góry", domagającej się jak najszybszego zamknięcia sprawy, która godzi w i tak już nadszarpnięty wizerunek kraju.
    Intryga w powieści Markarisa jest precyzyjnie skonstruowana i poprowadzona, trzyma w napięciu, a zakończenie zaskakuje. Trochę gorzej - jak na mój gust - jest z opisem przebiegu samego śledztwa. Jak to zwykle bywa w kryminale procedur policyjnych jest bardzo wiele scen rozpytywań, przesłuchań, narad na różnych szczeblach (w tym ministerialnym). Zdaję sobie sprawę, że pisarz chciał pokazać specyfikę działania greckiej policji, grzęznącej w zbiurokratyzowanych strukturach i politycznych gierkach, mógł jednak część tych scen sobie darować. Trochę drażniły mnie też powtarzające się opisy tras pokonywanych samochodem przez bohatera, skrótów i objazdów, dzięki którym omijał korki. Za trzecim czy nawet piątym razem daje to jakiś smaczek i wyobrażenie o codziennym życiu w Atenach, potem jednak monotonne wyliczanki ulic i placów zwyczajnie nużą.
     W powieści Markarisa zdecydowanie bardziej interesująca i intrygująca od warstwy kryminalnej wydała mi się warstwa obyczajowa, jak sądzę, również bardzo istotna dla samego pisarza. Nie przez przypadek powieść otwiera scena ślubu córki Charitosa a nie - jak to najczęściej bywa w kryminałach - opis zbrodni czy zbrodniarza. Oczywiście autor skupił się przede wszystkim na sprawie kryzysu. Większość czytelników, którzy jako tako interesują się tym, co dzieje się na świecie, na pewno o kryzysie w Grecji słyszała, jednak dzięki Markarisowi może się na ten temat dowiedzieć zdecydowanie więcej, by tak rzec - zobaczyć kryzys od środka. Pisarz przede wszystkim skupia się na oddaniu odczuć i nastrojów Greków. Coraz bardziej ponurych, co nie dziwi. Rośnie bieda, obcinane są pensje i dodatki do nich, mniejsze i większe firmy padają jak muchy, młodzi ludzie mają trudności ze znalezieniem pracy, tak samo jak cały kraj Grecy toną w długach, których nie są w stanie spłacać. Nic więc dziwnego, że wśród Greków narasta frustracja. Zdecydowana większość obwinia o kryzys bezduszną Unię Europejską, są jednak i tacy - zdaje się, że najbardziej rozsądni - którzy są zdania, że życie ponad stan i na permanentny kredyt musiało się skończyć, tak jak się skończyło - piękną, grecką katastrofą.
    Z Niespłaconych długów można sporo dowiedzieć się nie tylko o kryzysie, ale w ogóle o współczesnej Grecji i Grekach, ich mentalności, sposobie funkcjonowania w świecie i jego postrzegania. Pisarz pozwala sobie czasami na gorzkie uszczypliwości (uwaga n marginesie opisu trasy pokonywanej samochodem: "To logiczna trasa, z tym że logika w Grecji się nie sprawdza"), ale najczęściej pisze o swoich rodakach z ciepłą wyrozumiałością. W dużym stopniu wynika to z takiego a nie innego ustawienia kluczowych postaci drugiego planu, czyli rodziny policjanta (żona, córka, zięć). Wszyscy członkowie rodziny Charitosa są wyraziści, mają mocne osobowości, więc ich życiowe codzienne perypetie są zwyczajnie ciekawe. A przy okazji nie są to postaci wydumane, podkręcone dla samego wyeksponowania dziwactw, które mają być - niby - bardziej zajmujące. To właśnie przede wszystkim poprzez rodzinę Charitosa i jego znajomych ukazywane są problemy czasu kryzysu, które są poważne, ale jednak nie zatruwają w chorobliwym stopniu życia bohaterów. Głównie dlatego że ratują się dowcipem, dystansem, a do tego potrafią się cieszyć drobnymi sprawami i przyjemnościami (dla przykładu motyw ekstatycznego wręcz kibicowania podczas meczu piłki nożnej).
    Proza kryminalna Markarisa nie jest ani odkrywcza, ani przesadnie wyrafinowana. Jest za to zwyczajnie solidna i interesująca - głównie - w warstwie obyczajowej. Grecki pisarz stworzył też postaci, których losy chcę śledzić dalej. Ostatnimi czasy rzadko trafiam na nowe serie kryminalne, które wciągają mnie do tego stopnia, że chcę czytać kolejne tomy, a w tym przypadku trafiłem. Chętnie przeczytać drugą część Trylogii kryzysu Markarisa. 

czwartek, 26 lipca 2018

Zbawcy pszczół


Peter May, Na Szlaku Trumien, przeł. Lech Z. Żołędziowski, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2018, s. 381.

    Trylogia Wyspa Lewis Petera May'a, której akcja rozgrywa się na Hebrydach Zewnętrznych, jest - jak dla mnie - jedną z najlepszych serii kryminalnych ostatnich lat. Dostarczyła mi naprawdę wiele lekturowych przyjemności. Później szkocki pisarz postanowił porzucić w swoim pisaniu smagane wichrem i deszczem, malownicze wyspy, które opisywał z niezwykła wrażliwością, wręcz czułością, umieszczając akcję kolejnych książek w innych miejscach i pejzażach. Powieści Wyspa powrotów i Na gigancie nie były wprawdzie złe, ale ledwie średnie, co w przypadku pisarza, który zawiesił sobie poprzeczkę bardzo wysoko, sprawiło mi spory zawód. Dlatego wcale nie zdziwiłem się, że May postanowił powrócić na Hebrydy. Mimo iż powieść Na Szlaku Trumien nie jest bezpośrednią kontynuacją trylogii, czuć w niej jednak, by tak rzec, ducha tej serii.
   Jak to zwykle u szkockiego pisarza bywa, nowa powieść jest gatunkowym miksem, któremu najbliżej jest chyba do thrillera ekologicznego. Fabuła Na Szlaku Trumien (tytułowy szlak, to droga, którą w dawnych latach mieszkańcy wyspy Lewis przenosili zmarłych, by pochować ich w głębi wyspy tam, gdzie były warunki do pochówku) zbudowana została na wyrazistym, często stosowanym w prozie spod znaku zbrodni schemacie: utracie pamięci przez głównego bohatera. Sponiewierany, ledwie żywy mężczyzna odzyskuje przytomność na plaży. Wie, że stało się coś strasznego i że cudem uniknął śmierci, jednak nie pamięta, co się się stało, ani kim jest. Stopniowo dowiaduje się (od innych), że nazywa się Neal Maclean i przyjechał na wyspę Harris, by pisać książkę. Ukrywając fakt utraty pamięci, stara się dociec, kim jest. Musi się spieszyć, bo wokoło niego robi się coraz niebezpieczniej. Na pobliskiej wyspie został zamordowany mężczyzna. Neal ma niejasne odczucie, że miał z tą zbrodnią coś wspólnego. Poza tym ktoś dybie na jego życie.
    W schemat bohatera pozbawionego pamięci wbudowana została historia proekologiczna, znowu - ogrywana już dosyć często w prozie kryminalnej czy sensacyjnej. Wielki koncern chemiczny wprowadził do sprzedaży środek ochrony roślin, który niszczy populację pszczół, choć miał być dla owadów nieszkodliwy. Grupa zaangażowanych naukowców potajemnie prowadzi badania, które mają udowodnić, że środek zabija - choć nie od razu - pszczoły i powinien zostać bezwarunkowo wycofany z rynku.
    Jak już wspominałem, May zbudował nową powieść na czytelnych, zgranych schematach, jednak autorowi tak udało się poprowadzić opowieść, że nie miałem odczucia, że czytam powieść przewidywalną. W wątku utraty pamięci May zastosował podwójny twist, dzięki czemu napięcie w całej historii utrzymuje się niemal do ostatniej strony. Także wątek eko szkocki pisarz ustawił trochę inaczej niż to zwykle bywa w tego rodzaju książkach. Najczęściej dominuje w nich czarno-biały schemat: pazerne korporacje są złe, ekolodzy dobrzy i nieustępliwi do tego stopnia, że zawsze tryumfują. May domieszał do tego tematu więcej szarości. Oczywiście, w Na Szlaku Trumien korporacja jest nieodmiennie zła i pazerna, jednak druga strona nie jest wcale krystalicznie czysta, bo ideały, jak to ideały, czasami przegrywają z kuszącą wizją góry pieniędzy.
    Podobnie jak we wcześniejszych powieściach "hebrydzkich" w nowej powieści May'a pojawiają się wątki poboczne, jednak ściśle wplecione w główny tok fabuły. Jest więc w niej historia sprzed lat: latarników z niezamieszkałej wyspy, którzy zniknęli bez śladu w niejasnych okolicznościach. A także historia nastolatki, która nie umie się pogodzić ze śmiercią ojca i pogrąża się w destrukcyjnym buncie. Już w powieści Na gigancie May pokazał, że umie w pogłębiony i poznawczo interesujący sposób ukazywać perypetie nastolatków. Ten wątek obyczajowy w Na Szlaku Trumien dodaje opowieści dodatkowego smaczku.
    May wrócił na wyspę Harris. I dobrze, bo wrócił też do świetnej formy pisarskiej. Wprawdzie akcja nowej powieści May'a nie jest nazbyt chyża ani krwawa, ale przecież nie tego szukam od jakiegoś czasu w prozie szkockiego pisarza. A zatem czego? Psychologicznych subtelności, historii outsiderów, którzy zawsze idą pod prąd, malowniczych opisów przyrody czasami strasznej i groźnej, czasami niewyobrażalnie pięknej. Do tego dochodzi jeszcze wysublimowany styl tej prozy. Czegóż chcieć więcej?

czwartek, 1 marca 2018

Igrając z ogniem


Anna Cieplak, Lata powyżej zera, Znak Literanova, Kraków 2017, s. 270.

    Powieści pokoleniowe pojawiają się cyklicznie, mniej więcej co dekadę, a niektórzy z ich autorów uznani zostają za "głosy pokolenia". Są cykliczne niczym święta, choć akurat w przypadku tych książek zwykle nie za bardzo jest co świętować. To nie żadna rewelacja, jedynie proste stwierdzenia faktu. I nie ma nic dziwnego w tym, że kolejne pokolenia piszących starają się ukazać własne - mniej lub bardziej zmitologizowane - początki, osadzić się w rzeczywistości i umiejscowić na ciągle zmieniającej się mapie literatury. Powieści pokoleniowe nieodmiennie budowane są wedle powtarzalnego w nieskończoność schematu opowieści inicjacyjnej (pierwsza miłość, pierwsze zetknięcie ze śmiercią, pierwsze wybory życiowe...) obudowanej playlistami najważniejszych piosenek, wyliczankami "lektur formujących", odniesieniami do najważniejszych wydarzeń historycznych z lat dziecięcych i nastoletnich oraz szkolnymi anegdotkami. Właściwie powieści pokoleniowe są przewidywalne jak brak słońca w listopadzie. Bez czytania wiadomo, jak są zbudowane i jak się skończą. Zmieniają się w nich jedynie drobne elementy tła. W jednym "rzucie" tych powieści jest dojmujący brak Teleranka i gumy Donald z obrazkami, w drugim - zawalające się dwie wieże i ostatnia kaseta VHS. Krótko rzecz ujmując, nie za bardzo jest powód, aby je czytać, jeśli odbyło się już kilka pokoleniowych rund.
    Ziemowit Szczerek, zachęcając do przeczytania powieści Anny Cieplak Lata powyżej zera, stwierdza, że jest to "pokoleniowy manifest" i dodaje: "Koniecznie. To jest książka o was". "Manifest" uznaję oczywiście za wpisaną w poetykę blurba przesadę. Zdawałem sobie też sprawę, że w moim przypadku będzie to z pewnością lektura niekonieczna, ponieważ w owym "was" moje "ja" z pewnością się nie mieści. Jednak przeczytałem powieść Cieplak, nawet dwukrotnie, co nie jest wielkim osiągnięciem, ponieważ książka jest krótka. A później zacząłem zadawać sobie pytania. Odpowiedź na pierwsze z nich jest oczywista. Po co przeczytałem Lata powyżej zera? Z ciekawości krytyka literackiego, którego zainteresował fenomen autorki Ma być czysto, ostatnio jakże często nominowanej i nagradzanej. Z odpowiedzią na pytanie drugie, czy jest w nowej powieści Cieplak coś wartościowego albo choćby intrygującego, miałem już większy problem.
    Jak już wspominałem, szkieletem każdej powieści pokoleniowej jest historia dojrzewania. Jak prezentuje się ona w powieści Cieplak? Rzekłbym, jak każda inna. Główną bohaterką powieści, a zarazem narratorką, jest Anita, urodzona w 1987 roku, mieszkająca w Będzinie. Pochodzi z przeciętnej rodziny (ojciec budowlaniec pracujący w szarej strefie, matka fryzjerka), mieszka na blokowisku, jest trochę osobna ("Nie nadawałam się do czynności grupowych", s. 26), ale nie aż tak, by nie mieć przyjaciół i znajomych. Mimo iż pozuje na "kolorowego ptaka", właściwie jest zwyczajną nastolatką. Akcja powieści zaczyna się w roku 2001, kiedy bohaterka jest jeszcze w gimnazjum. Po kolei opisywane są kolejne wtajemniczenia Anity, pierwszy papieros palony za śmietnikiem i pierwszy alkohol, fascynacje chłopcami a potem mężczyznami, poszukiwanie życiowej pasji (muzyka, fotografia), doświadczenie utraty bliskiej jej babki, nieszczęśliwa miłość zakończona gwałtem, wyjazd do pracy w Szkocji. Tak w skrócie. Nie ma w historii Anity nic oryginalnego, nie jest ani specjalnie pogłębiona, ani zwyczajnie ciekawa. Cieplak po prostu zestawia ciąg scenek i anegdotek obrazujących blaski i cienie czasów dojrzewania. Nawet istotny i ważny motyw przemocy seksualnej, który aż prosił się o rozwinięcie, został w powieści potraktowany po łebkach. Anita po pierwszym szoku kwituje sprawę gwałtu pełnym nastoletniego fatalizmu (podobnie jak jej przyjaciółka niechcianą ciążę) stwierdzeniem, że jest źle, a będzie jeszcze gorzej.
    Spotkałem się z opiniami, że wartością samą w sobie jest, że powieść pokoleniową napisała kobieta, wchodząc na teren wcześniej zarezerwowany dla pisarzy. Nie zgodzę się. Wystarczy przypomnieć sobie spór z lat 90. ubiegłego wieku dotyczący prozy męskiej i "prozy menstruacyjnej", który po latach wydaje się bzdurny, by nie rzec, żenujący, czy choćby powieść Doroty Masłowskiej Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną (zresztą przywoływaną w książce Cieplak), aby stało się jasne, że autorka Lat powyżej zera nie przedziera się przez chaszcze, wytaczając nowy szlak.
    Jeśli wątek inicjacyjny nie jest wiele wart, to może Cieplak ciekawie pokazuje polską prowincję lat pierwszych? Właściwie można by to uznać za pytanie retoryczne, zważywszy, że nasz prowincja została już gruntownie opisana zarówno w prozie fabularnej, jak i reportażach, więc trudno się było spodziewać, że autorka Lat powyżej zera znajdzie zupełnie nowy patent opisu Polski B. Oczywiście, jest w powieści garść obserwacji socjologicznych tyczących życia na prowincji w pierwszej dekadzie nowego wieku: problemy z pracą, balansowanie na granicy ubóstwa, masowe wyjazdy na brytyjskie wyspy szczęśliwe. Problem jednak w tym, że bohaterkę prowincja absolutnie nie obchodzi. Małą ojczyzną Anity nie jest Zagłębie czy Będzin tylko blokowisko ("Nasze Zagłębie to już inna historia. Ale zasadniczo zupełnie nie ma dla nas znaczenia, skąd jesteśmy i co się z tym wiąże", s. 167). Tyle tylko że Cieplak o mikroświecie blokowiska nie mówi (znowu) nic nowego.
    W takim razie jeśli nie inicjacja i socjologia, to może chociaż język? Może Cieplak wymyśliła niebanalny styl opisu tego, co dobrze rozpoznane i wielokroć opisane? Nie do końca. Trudno jest odmówić autorce Lat powyżej zera językowego szwungu. Umie zakręcić frazą, wymyślić zgrabny bon mot, miksować elementy pochodzące z różnych rejestrów mowy. Jednak dostrzegam w nowej powieści Cieplak pewną językową zachowawczość. Warstwa językowa powieści utkana została po trosze z wszystkiego: mowy potocznej, pełnej popkulturowych odniesień, młodzieżowego slangu, tanich poetyzmów, jakże charakterystycznych dla nastolatków, i słów powszechnie uznawanych za obelżywe. Jednak tak na prawdę jest to styl zrobiony "na miękko", w ten sposób, aby właściwie był dla każdego czytelny i nikogo specjalnie nie raził. Mogę w tym miejscu przywołać ulubioną przez blogerów literackich frazę: "Dobrze i szybko się czyta"... Daleko Cieplak do językowej wynalazczości i bezkompromisowości Masłowskiej.
    Jest jednak w Latach powyżej zera wątek, który naprawdę mnie zaintrygował. Nazwałbym go kwestią naiwności. Anita, w odróżnieniu od swojej najlepszej przyjaciółki, nie chce pozostać w osiedlowym światku. Jak sama to określa, zatacza coraz większe kręgi - poza osiedle, poza Będzin. Jest ciekawa nowych ludzi, kolejnych wyzwań. Poszukuje, jak to wrażliwa nastolatka. Tyle tylko że jest zbyt naiwna, emocjonalnie rozedrgana, albo zwyczajnie nazbyt niedoświadczona, żeby panować nad tym, co dzieje się z nią i wokoło niej. Rzuca się głową w dół w świat, którego do końca nie rozumie. Nietypowe związki, mordercze imprezy, niebezpieczne zachowania. Staje się, że odwołam się do tytułu powieści Stiega Larssona, dziewczyną, która igra z ogniem. Pod koniec powieści okazuje się, że były chłopak Anity ma HIV. Książka ma otwarte zakończenie, nie wiemy, co dalej będzie z bohaterką. I dopiero w tym momencie zaczyna robić się ciekawie. Tyle tylko że narracja się urywa. bo urwać się musi. To już nie jest porządek opowieści pokoleniowo-inicjacyjnej. A szkoda.
    Z powieściami pokoleniowymi jest ten problem, że zwykle poruszają jedynie czytelników z tego samego pokolenia co autor. Jestem z innego pokolenia niż Cieplak, więc stało się, jak się stać miało. Przeczytałem Lata powyżej zera (dwa razy, że przypomnę) i w sumie mogę napisać jedynie tyle - książka do przeczytania i zapomnienia.