wtorek, 31 stycznia 2023

Cyryl Sone, Krzycz, jeśli żyjesz

 


 Melanże w cieniu śmierci


Cyryl Sone, Krzycz, jeśli żyjesz, Wydawnictwo Znak, Kraków 2022, s. 535.


    Cyryl Sone to żaden Cyryl Sone a jedynie pseudonim, pod którym, jak się okazuje, ukrywa się czynny zawodowo prokurator, debiutujący literacko książką Krzycz, jeśli żyjesz. Od razu pomyślałem, że to ciekawe a i zarazem obiecujące dla powieści. O ile pośród rodzimych autorów kryminałów czy thrillerów jest całkiem sporo rozmaitej maści prawników, o tyle o prokuratorze piszącym prozę spod znaku zbrodni dotąd nie słyszałem (fakt, mogło coś umknąć mojej uwadze, bo wciąż pojawia rokrocznie ponad 400 tego rodzaju powieści w Polsce i trudno ogarnąć cały ten wielki stos). Poza tym postaci prokuratorów, jak mi się wydaje, są w naszych kryminałach traktowane po macoszemu (wiem, w moich powieściach kryminalnych wygląda to podobnie), a pisarze zdecydowanie wolą skupiać uwagę na postaciach policjantów, prywatnych detektywów czy też dziennikarzy. Kto więc, jeśli nie prokurator, nadaje się najlepiej, aby te lekkie zaniedbanie nadrobić?
    I fakt, w tej kwestii powieść Krzycz, jeśli żyjesz absolutnie mnie nie zawiodła. Współczesne realia pracy w Prokuraturze Rejonowej Gdańsk-Wrzeszcz oddane zostały przez Sone’a rzetelnie a przy tym ciekawie. Stosy zalegających spraw, praca pod ciśnieniem statystyk, które trzeba nakręcać, spanikowani przełożeni, różne gry i gierki personalne, rozmaitość problemów związanych ze współpracą z policją, jak i innymi służbami oraz specjalistami zaangażowanymi w dochodzenia. Po tym świecie oprowadzał mnie prokurator Konrad Kroon (inicjały KK, nawet zabawne…). Główny bohater powieści i całej planowanej serii jest intrygujący i obiecujący. Mężczyzna w średnim wieku, naznaczony traumą z przeszłości (na razie za wiele się o niej nie dowiedziałem, ale to w końcu pierwsza część serii). Przez kolegów uważany jest za wybitnego w fachu prokuratorskim, chociaż jego obecne motto mogłoby brzmieć: „tak mi się nie chce, tak bardzo nie chce”. Niegdyś sparzył się na trudnej sprawie i teraz nie zamierza robić kariery, nie zależy mu na awansie. Chce robić – rzetelnie – tyle, ile musi. I szlus. Kroon obdarzony jest niesamowitą intuicją śledczą, chociaż historia z Krzycz, jeśli żyjesz raczej tego nie potwierdza (może później prokurator się rozkręci). Na niwie prywatnej intrygujący jest związek Konrada z Zuzą, wziętą fotograficzką. Partnerka traktuje ich związek jako otwarty, co Konrad nie do końca akceptuje. Trwa w tej parze emocjonalno-psychologiczne przeciąganie liny, co przydaje postaciom dynamiczności. Najprościej rzecz ujmując, zwyczajnie byłem ciekawy ich kolejnych perypetii, wzlotów i upadków.
    Na zdecydowany plus zapisałbym temu debiutowi sposób ukazania miejsca akcji, czyli Gdańska. Sone doskonale zna to miasto, nie ma problemu z oddaniem w prozie jego klimatu, rytmu życia w nim. Autor uczynił z miasta niemal bohatera powieści – a to naprawdę sztuka.
    Wstępnie reasumując, czyli Krzycz, jeśli żyjesz jest dobrym debiutem powieściowym? Otóż jednak niekoniecznie. Bo jeśli chodzi o fabułę i intrygę kryminalną, zaczynają się schody (strome i poszczerbione). Punktem wyjścia intrygi jest ujawnienie w jednej z gdańskich rzeczek zwłok młodej kobiety, Weroniki. Wszystko wskazuje na to, że było to samobójstwo kobiety, która miała problem z depresją i narkotykami. I chociaż Kroon bada sprawę na prawo i lewo – wciąż wychodzi mu to samo: brak udziału osób trzecich. Tyle tylko że praktykujący w prokuraturze student prawa, Gustaw, odkrywa, że Weronika miała na ramieniu taki sam tatuaż jak on z napisem: Krzycz, jeśli żyjesz. Właśnie…
    W retrospekcjach pojawia się historia szalonego a i niebezpiecznego lata, jakie przeżył Gustaw. Ten przykładny student prawa, nieco spięty i bez właściwości spiknął się z paczką dwudziestolatków, bardzo różnych od niego statusem majątkowym, temperamentem czy pomysłem na życie. Sone w retrospekcjach dał długie ciągi opisów melanżów „na stoczni”, czyli w letnim imprezowym centrum Gdańska przy ulicy Elektryków. Alkohol, taniec, narkotyki, tani podryw (a wszystkiego naprawdę dużo). Jak dla mnie było tych imprezowych klimatów w powieści zwyczajnie za wiele. Bardzo nużyły mnie podczas lektury. Chociaż może zwyczajnie nie poczułem magii tego miejsca (byłem na Elektryków, ale miejsce nie zrobiło na mnie przesadnego wrażenia). W końcu, co tu kryć – to raczej rozrywki już dawno spoza mojej kategorii wiekowej.
    Oczywiście, wątek imprezowy ma w fabule znaczenie, bo służy wprowadzeniu postaci Julii, kluczowej dla całej intrygi. Ta bohaterka jest jak dla mnie najbardziej problematyczna w całej powieści. Młoda kobieta posiada niemal magiczną moc oddziaływania na innych, w tym na Gustawa, który zakochuje się w niej bez pamięci (nie on jeden). Jest opętana potrzebą wszelakich transgresji i bez trudu namawia znajomych na coraz bardziej dzikie i niebezpieczne akcje. Problem w tym, że autor nie za bardzo uzasadnia, skąd owa moc się bierze. Julia jest bardzo ładna, rzadko się odzywa, ma gdzieś wszelkie normy społeczne i lubi ryzyko. Czy to wystarcza? Moim zdaniem nie i absolutnie nie kupuję tej bohaterki.
    Moim zdaniem wątpliwa konstrukcja postaci Julii ma wpływ na całą intrygę. Jak najbardziej negatywny. Gustaw jest przekonany, że Julia przyczyniła się do śmierci Weroniki, opowiada o tym każdemu, kto tylko chce słuchać. Tyle tylko że w żaden sposób nie potrafi tego udowodnić. I powoli pozwala zagarnąć się obsesji związanej z tą kobietą. Co więcej – Julia nie tylko ma moc (trudno rzec skąd i naprawdę jakiego rodzaju), ale do tego jest enigmą. Kiedy Julia znika z radarów imprezowego towarzystwa, okazuje się, że nikt nie ma pojęcia, jakie ma nazwisko, gdzie mieszka, co robi. Nie ma też z nią kontaktu, bo porozumiewała się z wszystkimi poprzez konto na Instagramie, które skasowała. I przez to akcja powieści przez kilkaset stron koszmarnie się wlecze. Gustaw rozpaczliwie i bezskutecznie szuka Julii, Konrad czeka aż powróci do niego słynna intuicja… A napięcie nieustannie spada. Rozwiązanie całej sprawy okazuje się raczej trochę przypadkowe, trochę w typie deus ex machina
    Cyryl Sone, jak na moje oko, powinien bardziej popracować nad konstrukcją powieściowych fabuł. Albo bardziej słuchać się redaktorów, bo może akurat w przypadku Krzycz, jeśli żyjesz za bardzo się nie słuchał. Nie mam pojęcia, czy tak było. Jednak pewnie dam autorowi jeszcze szansę i sięgnę po drugą część serii. Dlaczego? A choćby przez to że zaintrygował mnie sam Konrad Kroon a poza tym jak na debiut jest to powieść całkiem sprawnie napisana pod względem językowo-stylistycznym. Na razie musi mi to wystarczyć…
 

sobota, 14 stycznia 2023

Maciej Siembieda, Kołysanka

 


 Kopciuszek i Bestia


Maciej Siembieda, Kołysanka, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2022, s. 342.


    Do lektury Kołysanki Macieja Siembiedy przystępowałem z niejakim lękiem. Dobrze, może nieco przesadzam i dramatyzuję… Kilka miesięcy wcześniej pisarz wydał świetną powieść Katharsis – a przecież często bywa tak, że po takim „sztosie” przychodzi obniżka formy. W sumie – normalna sprawa. Jednak wziąłem sobie do serca znaną maksymę: „Nie lękajcie się!” i przeczytałem Kołysankę. Czy żałuję? Absolutnie nie, chociaż wciąż jestem zdania, że Katharsis pozostaje najlepszą powieścią w dorobku Siembiedy.
    Kołysanka jest piątą powieścią sensacyjną z serii o perypetiach prokuratora z IPN-u  Jakuba Kani. Od razu zaznaczę, że tak do końca nie jest to bohater mojej bajki (lekturowej). Może to kwestia takiego a nie innego rysu charakterologicznego Kani, może zwyczajnie jest jak dla mnie za spokojny i za grzeczny. Tak czasami mam z bohaterami prozy kryminalnej/sensacyjnej – i tyle. Co nie zmienia faktu, że dostrzegam i doceniam oryginalność tej postaci. Kania nie jest śledczym z klapkami na oczach, który ślepo wykonuje polecenia przełożonych, mimo iż pracuje w instytucji, działania której bywają – szczególnie w ostatnich latach – by tak rzec: momentami mocno kontrowersyjne. Sam siebie określa mianem „archiwisty” – i coś w tym jest. Kania należy do wytrawnych badaczy dokumentów i rozmaitych źródeł. Z uporem, cierpliwością i swoistym polotem wygrzebuje prawdę spod stert pokrytych kurzem papierów. Jest w tym zwyczajnie dobry.
    Tym razem Kania ma zbadać sprawę znanego rosyjskiego kompozytora muzyki klasycznej Arama Chaczaturiana (tak, tak, tego właśnie!), który tuż po wojnie przebywał na Śląsku Opolskim u boku NKWD. Czy brał udział w zbrodniach na Polakach i Ślązakach? Zdaniem przełożonych z IPN-u, gdyby Kania znalazł na to dowody, mogłyby one posłużyć jako „haki” potrzebne w trudnych kontaktach z Rosją. Prowadząc śledztwo, Kania trafia na ślad tajemniczego zapisu nutowego autorstwa (ponoć) bardzo znanego kompozytora. A to może okazać się większą rewelacją niż tajemnice przeszłości Chaczaturiana.
    Sprawa Chaczaturiana jest głównym wątkiem osnowy intrygi w Kołysance, na którym autor nanizał kolejne motywy i historie, mieszając (jak zwykle) fikcję z faktami. Bo czegóż w tej powieści nie ma? Jest niezwykle ambitna radna, który prowadzi bardzo ryzykowne interesy, jest aferzysta, szykujący przekręt na grube milion, i jest fascynująca historia zrujnowanego pałacu w Kopicach a nawet bogaty arabski szejk na dokładkę. W gmatwaninie spraw i wątków próbuje odnaleźć się Kania, nie bez wyraźnego trudu, tym bardziej że jego przeciwnicy rzucają mu kłody pod nogi. Zbyt wiele grzybów w (fabularnym) barszczu? Wcale nie, bo Siembiedzie udało się wszystkie wątki sensownie i ściśle posplatać. Chociaż co do jednego z nich miałem przez większość powieści spore wątpliwości. Chodzi o relację radnej Iwony Kern z jej mężem, która wydawała mi się nazbyt satyrycznie przerysowana. Jednak zaskakujące i w pewnym stopniu humorystyczne (chociaż humor to mocno czarniawy) zakończenie sprawiło, że owo satyryczne przegięcie nabrało przewrotnego sensu i znaczenia.
    Współczesna intryga w Kołysance ze związanymi z nią jakże realnymi problemami (choćby rodowitych Ślązaków opolskich, którzy niegdyś byli poniewierani przez Niemców, władze PRL-u czy repatriantów ze Wschodu, a i dzisiaj bywają uważani przez niektórych za – zacytuję „klasyka” – „ukrytą opcję niemiecką”) jest ciekawa, ale mnie w powieści absolutnie urzekła historia, którą autor umieścił w retrospekcjach. Pojawia się w niej autentyczna postać Karola Goduli (1781 – 1848), dzisiaj już praktycznie zapomniana. W XIX wieku był jednym z najmajętniejszych górnośląskich przedsiębiorców, właścicielem licznych kopalń, hut i majątków ziemskich. Był też postacią skomplikowaną i tragiczną, którego życie naznaczyła głęboka trauma. W młodości w wyniku brutalnego napadu Godula został poważnie okaleczony i oszpecony. Dzięki uporowi i inteligencji stanął na nogi, zaczął osiągać sukcesy. Na skutek traumy stał się jednak człowiek bardzo twardym, oschłym, stroniącym od ludzi. Nie przez przypadek nazywano go „diabłem z Rudy”. Jednak mimo wszystko zachował w sobie pokłady, rzadko odkrywanej, delikatności i czułości, czego dał dowód, przygarniając na wychowanie kilkuletnią dziewczynkę, Joasię Gryzik. Jest w historii relacji mrocznego, wzbudzającego lęk w ludziach Goduli i dziewczynki, która stała się dziedziczką fortuny przedsiębiorcy, coś z klasycznej opowieści o Kopciuszki, ale również innej – o Pięknej i Bestii. Moim zdaniem retrospekcje z Godulą i jego (bardzo nielicznymi) bliskim są najlepszymi fragmentami Kołysanki. Zwyczajnie widać, że Siembieda zafascynował się postacią Goduli i tę fascynację przełożył na fragmenty wybornej prozy.
    Wedle trywialnego powiedzenia – życie pisze najlepsze historie. Fakt, ale trzeba je jeszcze umieć opowiedzieć, przekładając na język prozy. Siembieda bez wątpienia potrafi to robić. Jak mało kto, co potwierdził w Kołysance.

    
 

czwartek, 17 listopada 2022

Jakub Kuza, Tajemnicza Polska

 


 Czuły tropiciel


Jakub Kuza, Tajemnicza Polska, Wydawnictwo Znak, Kraków 2022, s. 327.


    Ależ przepyszną a zarazem po trosze przedziwną książkę napisał Jakub Kuza! W Tajemniczej Polsce Kuza zawarł trzynaście opowieści o miejscach w naszym kraju, wiążących się z niewyjaśnionymi tajemnicami, mitami czy wręcz teoriami spiskowymi. Niektóre historie dobrze znałem, jak chociażby te dotyczące czakramu wawelskiego czy „złotego skarbu” ze Środy Śląskiej, inne były dla mnie zupełnym novum, jak na przykład te, które wiążą się z ariańską piramidą w Krynicy czy nazistowskim mauzoleum w Wałbrzychu. W każdym przypadku jednak Kuzie udało się mnie zainteresować, przykuć moją uwagę poprzez przedstawienie mniej znanych faktów czy odmienną, wyraźnie autorską, perspektywę oglądu oczywistych, zdawać by się mogło, ustaleń.
    Właśnie – autorska perspektywa… Z niej pewnie bierze się, odczuwana przeze mnie w trakcie lektury,  przedziwność tej książki. W gruncie rzeczy wymyka się ona wszelkim gatunkowym regułkom. Ani to reportaż, ani proza podróżna, ani esej… Właściwie jest w Tajemniczej Polsce po trochu z każdego z tych gatunków. Na własny użytek nazwałem ten tekst gawędą tropiciela (OK, jasne, nie ma takiego gatunku, jeśli purystyczni teoretycy literatury chcą się do mnie przyczepić, proszę bardzo). A to dlatego że w tekście jest mocno wyeksponowany sam autor-tropiciel tajemnic-opowiadacz, który przedstawia swoje wrażenia i przemyślenia dotyczące odwiedzanych oraz opisywanych miejsc. Nie stroni przy tym od dygresji, czasami dosyć luźno związanych z głównym wątkiem przedstawianej historii, a nawet komentarzy społeczno-politycznych. Ciekawe? A pewnie, bo Kuza ewidentnie ma dar potoczystego opowiadania i nie przynudza, rozwijając różne wątki narracji.
    To, co bez wątpienia wyróżnia książkę Kuzy, określiłbym mianem solidności napędzanej pasją. Kuza opracował interesujące go tematy w starym, dobrym stylu rasowego reportażysty. Poświęcił naprawdę dużo czasu, energii a i pewnie pieniędzy, aby odwiedzić opisywane miejsca, dokładnie je poznać, poszukać pasjonatów a zarazem znawców tajemniczych, lokalnych historii i porozmawiać z nimi, dokonać bardzo solidnej kwerendy (do książki została dołączona obszerna bibliografia, dzięki której czytelnik sam może głębiej wejść w opisywane przez Kuzę historie, jeśli tylko ma na to ochotę). Zwracam na to uwagę, bo ostatnio coraz więcej jest „reportażystów”, o autorach licznych podcastów nawet nie wspominając, którzy przedstawiając sensacyjne czy tajemnicze historie, idą na skróty, ograniczają się do szukania informacji jedynie w Internecie albo bez żenady odpisują z wydanych wcześniej książek innych autorów. A w Tajemniczej Polsce po prostu widać dbałość o każdy detal i zwyczajną rzetelność. Pewnie dlatego ta książka tak mnie wciągnęła.
    A co do pasji – we wstępie do książki Kuza pisze: „ (…) Pan Samochodzik i zagadki Fromborka – mój pierwszy, a przez to do dziś najważniejszy Pan Samochodzik. Nie będę oryginalny – kultowa seria Zbigniewa Nienackiego w jakiś sposób mnie ukształtowała. Wracam do tych odległych wzruszeń, bo pisząc tę książkę, czułem się czasem jak jej główny bohater”. Z narracji Tajemniczej Polski bije coś w rodzaju młodzieńczej pasji (w dobrym tej frazy znaczeniu) i zachłanności w odkrywaniu tajemnic. Wprawdzie Kuza podchodzi do rozmaitych mitów czy mocno wątpliwych teorii z racjonalnego punktu widzenia, bardzo trzeźwo je analizuje, punktując słabe strony sensacyjnych (czasami) wywodów i ustaleń, jednak momentami daje się „wkręcać” w ich wątpliwy urok. Oczywiście, jedynie do pewnego stopnia. Zdaje mi się, że w Kuzie racjonalista walczył z wielbicielem barwnych, acz niekoniecznie prawdziwych opowieści. I ta wewnętrzna walka tylko dodała tekstowi swoistego uroku. Jak dla mnie, Kuza jest kimś w rodzaju czułego tropiciela tajemnic (nawiązuję tu oczywiście do figury „czułego narratora” Olgi Tokarczuk). I to czułością w odkrywaniu nieznanego całkiem mnie kupił.
    Mamy czasy wydawniczej bylejakości, podkreślę więc, że Wydawnictwo Znak naprawdę przyłożyło się, aby Tajemnicza Polska wyglądała tak, jak trzeba. Solidna redakcja tekstu, opatrzonego przypisami i wspomnianą już przeze mnie bibliografią. Mnóstwo fotografii i map, które wyglądają od strony technicznej dobrze, bo wydawca zainwestował w odpowiedniej jakości papier. Brawo – po prostu.
    I tylko o jedno po lekturze Tajemniczej Polski mam żal do Kuzy – że nie jest zbyt obszerna… Będzie druga część? Nie wiem jak inni, ale ja czekam.

 

sobota, 12 listopada 2022

Magda Stachula, Nieobliczalna

 


Kobiety w opresji


Magda Stachula, Nieobliczalna, Wydawnictwo Luna, Warszawa 2022, s. 359.


    Magda Stachula pisze thrillery różnych pododmian, alby chyba najbardziej znana i ceniona jest jako autorka domestic noir. Dla przypomnienia (w dużym skrócie) – jest to odmiana thrillera psychologicznego, w której głównymi bohaterkami są zazwyczaj kobiety, zmagające się z rozmaitymi formami przemocy oraz opresji ze strony (i znowu zazwyczaj) osób im najbliższych. Przyznam od razu, że domestic noir to nie do końca moja bajka, ale czasami sięgam po tego rodzaju powieści. Tym bardziej jeśli są pisane przez autorki, które cenię za umiejętności i pomysły. A do takich należy Stachula.
    W Nieobliczalnej pojawiają się trzy kobiety w opresji. Martyna i Alicja, kobiety w średnim wieku, są przyjaciółkami od dawna. Martyna ma przemocowego męża, który bije ją, gwałci i kontroluje każdy jej krok. Alicja samotnie wychowała syna, a jej miłość do niego bliska jest obsesji. Młodsza od nich o ponad dwie dekady Adelina zmaga się z problemami swojej matki, która po tym jak została brutalnie odtrącona przez jej ojca, pogrążyła się w bardzo głębokiej depresji. I jest jeszcze Daniel, dwudziestodwuletni syn Alicji, dosyć specyficzny młody mężczyzna. Właśnie on staje się czymś w rodzaju katalizatora mniej lub bardziej dramatycznych zdarzeń, jednocześnie nawiązując romanse i ze starszą od siebie o osiemnaście Martyną, i z Adeliną.
    Początkowo dosyć trudno było mi „się wkręcić” w historię opowiadaną przez Stachulę w Nieobliczalnej. Jak na mój gust za dużo było w pierwszy partiach powieści domestic a za mało noir. Za dużo zwykłych, obyczajowych opowieści z życia bohaterów, mieszkających w Zamościu, a za mało emocjonującej akcji. Jednak jak wspominałem – nie do końca należę do grupy docelowej tego rodzaju prozy. Dalej z fabułą Nieobliczalnej było już zdecydowanie lepiej, znalazłem w niej więcej emocji, napięcia i dynamiki. A już bardzo przewrotna końcówka zrekompensowała mi niemrawy (moi zdaniem) początek. Naprawdę duże brawa dla autorki za zakończenie!
    Stachula postawiła w nowej powieści na nietypowy, ale trafnie w tym przypadku dobrany zabieg formalny, prowadząc narrację z punktu widzeniu czwórki bohaterów – Adeliny, Alicji, Daniela i Martyny. Dzięki temu autorka mogła i pełniej ukazać psychikę poszczególnych bohaterów, i przedstawiać czytelnikowi wydarzenia z odmiennych, czasami wykluczających się perspektyw. Zmieniające się punkty widzenia nie tylko zdynamizowały akcję powieści, ale też zapewniły historii niezbędną głębię psychologiczną.
    Jak to często bywa w powieściach z nurtu domestic noir, Stachula sporo miejsca poświęciła kwestii przemocy w rodzinie. Piszę o tym, bo moim zdaniem nigdy dość poruszania tego tematu. Jednak, trochę przekornie, zaproponowałbym nieco inne odczytanie Nieobliczalnej, bo dla mniej jest to przede wszystkim powieść o kłamstwach i przemilczeniach, które niszczą relacje bliskich sobie ludzi. W tej powieści kłamią niemal wszyscy – i jak łatwo się domyślić, kończy się to fatalnie.
    I jeszcze jeden wątek powieści, który wart jest uwagi, czyli związek dużo starszej kobiety z młodszym mężczyzną. Takie asymetryczne wiekowo związki wciąż u nas postrzegane jako rodzaj obyczajowego występku (wiem, może trochę przesadzam…). Sam to odczułem, kiedy w kryminale Śmierć last minute opisałem romans czterdziestoletniego Konrada Rowickiego z dwa razy młodszą kobietą. Część moich czytelników była tym wątkiem zniesmaczona. Moim zdaniem to bzdura, bo w związkach kluczowy są nie metryki, ale to, czy dwoje ludzi jest w stanie zbudować trwałą relację opartą na miłości i szacunku… Mniejsza. Tak czy siak, Stachula wykazała się pisarską odwagą, wprowadzając do powieści tak kontrowersyjny wątek.
    Rzecz ujmując w największych skrócie, Nieobliczalna Magdy Stachuli jest solidnym i intrygującym thrillerem. Więc chyba nie dziwi, że go polecam.
 

piątek, 4 listopada 2022

Anna Rozenberg, Zawsze będziesz winna

 


 Wszystkie emocje ofiary


Anna Rozenberg, Zawsze będziesz winna, Harde Wydawnictwo, Warszawa 2022, s. 300.


    Po świetnie przyjętej, nagradzanej trylogii kryminalnej z inspektorem Davidem Redfernem Anna Rozenberg postanowiła spróbować sił w innym gatunku i napisała thriller psychologiczny. A żeby jeszcze podnieść sobie poprzeczkę, tematem Zawsze będziesz winna uczyniła przemoc w rodzinie.
    Z pisaniem o przemocy wobec dzieci i kobiet jest taki problem, że łatwo autorowi ulec pokusie nazbyt dosłownego opisywania przemocy w rodzinie. Tak, to oczywiście piekło, ale nie zawsze szczegółowe opisywanie go, mnożenie scen przemocy jest właściwą drogą. Wielu pisarzy lubuje się w dosłowności a w tym przypadku – moim zdaniem – nie zawsze stanowi to najlepsze rozwiązanie. Na szczęście Rozenberg miała inny pomysł na przedstawienie tego trudnego tematu. Moim zdaniem skuteczniejszy i wywierający mocniejsze wrażenie na odbiorcy. Przynajmniej na mnie, ale pewnie i na innych.
    Główną bohaterką Zawsze będziesz winna jest czterdziestoletnia Helen, która, odwiedzając w ramach pracy laboratorium na walijskiej prowincji, natyka się na zwłoki w zaspie. Przynajmniej tak się jej wydaje, bo zwłoki znikają, a miejscowa policja nie traktuje jej nazbyt poważnie. Do tego z domu spokojnej starości znika jej ojciec. Helen ma niejasne wrażenie, że ktoś rozpoczął z nią pokrętną, niebezpieczną grę, której zasad ani celu bohaterka nie pojmuje…
    W powieści Rozenberg dotknęła chyba wszystkich odcieni przemocy w rodzinie – pedofilia, kazirodztwo, przemoc fizyczna, psychiczna, seksualna, ekonomiczna. Z retrospekcji stopniowo wyłania się naprawdę straszne życie Helen. I tak, jest w powieści kilka naprawdę wstrząsających scen przemocowych – jak choćby scena gwałtu. Jednak Rozenberg miała trochę innym pomysł na pisanie o przemocy, skupiając się przede wszystkim na emocjach ofiary, czyli Helen. Bohaterka jest jak gdyby przewodniczką po strasznym, brutalnym świecie przemocy, w który nas stopniowo wprowadza, odkrywając kolejne kręgi prywatnego piekła. Rozenberg opisała spiralę, w którą wpadają ofiary (dobrze opisaną w literaturze przedmiotu), która sprawia, że dzieci z przemocowych rodzin w dorosłym życiu często wchodzą w związki również przemocowe. I dotknęła jeszcze jednego problemu. Otóż, z ofiarami przemocy jest trochę tak jak z osobami uzależnionymi (wiem, to może trochę ryzykowne stwierdzenie) – ofiara do końca życia zmaga się z psychiczną i emocjonalną rysą ofiary w sobie tak, jak alkoholik czy narkoman zmaga się do końca życia z nałogiem. Rozenberg bardzo celnie zobrazowała ten aspekt w przemyśleniach Helen czy niektórych jej działaniach.
    Poza wszystkim Zawsze będziesz winna jest thrillerem skonstruowanym i napisanym bez zarzutu. Z opowieścią o Helen doskonale skorelowana jest sceneria zimowej, mroźnej i śnieżnej Walii. Akcja poprowadzona jest pewną ręką, zwarta a zakończenie powieście takie, które cenię najbardziej, zaskakujące i niejednoznaczne. Poza tym bogata polszczyzna Rozenberg doskonale pozwala oddać głębię i rozmaite niuanse warstwy psychologicznej powieści. Właśnie – psychologia. Na rynku książki jest mnóstwo książek określanych mianem thrillera psychologicznego. Jednak w dużej części z nich psychologia zaczyna się i kończy na stwierdzeniu, że psychopata/socjopata morduje dlatego że jest psychopatą/socjopatą. Rozenberg unaocznia czytelnikowi jak wygląda prawdziwy thriller psychologiczny.
    Jak się okazuje, Rozenberg jest pisarką odważną. Dobrym i zapewne bezpieczniejszym rozwiązaniem dla niej byłoby pisanie kolejnych kryminałów, skoro udowodniła, że świetnie potrafi to robić. Zapewne wielu czytelników na nie wciąż czeka. Rozenberg wybrała inne rozwiązanie, mniej oczywistą ścieżkę. Zaryzykowała i wygrała.
 

poniedziałek, 24 października 2022

Robert Małecki, Wiatrołomy

 


 Siedemnaście odcieni szarości


Robert Małecki, Wiatrołomy, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2022, s. 533.


    Przyznam szczerze, że jestem jedną z sierot po komisarzu Bernardzie Grossie. I pewnie nie ja jeden. Oczywiście, Robert Małecki po wydaniu w roku 2020 Zadry wcale nie obwieścił światu i okolicom, że definitywnie kończy ze swoim bohaterem z Chełmży, jednak zajął się czymś innym, czyli pisaniem thrillerów. Rozumiem taki wybór Małeckiego – po seriach z dziennikarzem Markiem Benerem i policjantem Grosem, autor chciał spróbować sił w innym gatunku albo zwyczajnie miał pojedyncze historie, innych bohaterów, którymi chciał się podzielić z czytelnikami. Jasne i proste. Brak mi było Grossa, ale czytałem kolejne powieści Małeckiego, bo zwyczajnie cenię i lubię prozę tego autora. Tyle że satysfakcja była rozmaita. Raz było lepiej jak w Najsłabszym ogniwie, raz gorzej jak w Żałobnicy. Czekałem więc na Grossa a doczekałem się na coś zupełnie innego, czyli nową serię kryminalną Małeckiego.
    W Wiatrołomach jest trochę starego, jednak dużo więcej nowego. Po raz kolejny Małecki wprowadził do fabuły wątek zaginięcia, który bardzo często pojawia się w jego powieściach i właściwie stał się swoistym znakiem rozpoznawczym pisarstwa Małeckiego. Skupię się jednak na tym co nowe, bo jest to zwyczajnie ciekawsze.
    W Wiatrołomach pojawia się dwójka nowo wykreowanych przez Małeckiego bohaterów. To oczywiście także novum u Małeckiego, bo do tej pory w kryminałach pojawiali się pojedynczy główni bohaterowie. Może nie do końca samotnicy, ale jednak tacy, którzy sprawy kryminalne woleli prowadzić po swojemu i na własnych warunkach. Maria Herman i Olgierd Borewicz (nic dziwnego, że z takim nazwiskiem ma ksywę Zero siedem) są śledczymi z policyjnego Archiwum X z jednostki w Bydgoszczy. Zajmują się sprawą zaginięcia w Grudziądzu na początku lat 90. XX wieku dwumiesięcznego chłopca. Jadą do miasta, by porozmawiać z ojcem dziecka, ale kiedy docierają na miejsce, okazuje się, że mężczyzna zaginął (a jakże!). Szybko okazuje się, że został zamordowany. Sprawa się komplikuje nie tylko dlatego, że sama w sobie jest trudna i mocno zamierzchła, ale również dlatego że policjanci mają własne problemy.
    Herman i Borewicza łączy jedno – oboje są uzależnieni, ona od hazardu (przyznam, że nie pamiętam, by w polskich kryminałach ktoś tak obszernie jak Małecki pisał o tym rodzaju uzależnia, więc to też kolejna nowinka), on od seksu. Poza tym są bardzo różni. Znajdują się w innych momentach życia, różni ich sposób funkcjonowania w rzeczywistości, temperament i podejście do policyjnej służby. Ich relacja jest skomplikowana, momentami trudna i pełna napięć. Koniec końców jednak się dogadują, bo właściwie nie mają innego wyjścia, skoro zbliżają ich tajemnice, których muszą wzajemnie strzec. W Wiatrołomach relacja między głównymi bohaterami jest dynamiczna, a przez to ciekawa. Poza tym Małecki zadbał o wiarygodne, psychologicznie pogłębione sylwetki bohaterów. Oczywiście, Herman i Borewicz wywodzą się ze wzorca gliniarza po przejściach, ale Małecki postarał się, żeby bohaterów mocno zniuansować psychologicznie – nie są czarno-biali tylko sytuują się w przestrzeni rozmaitych odcieni szarości. Moim zdaniem duet bohaterów, wykreowanych przez Małeckiego, naprawdę ma duży potencjał, żeby „pociągnąć” naprawdę świetną serię kryminalną.
    Nowe jest w Wiatrołomach miejsce akcji, czyli Grudziądz i okolice, lokalizacja jeszcze niewyzyskana w prozie kryminalnej. Małecki od zawsze bardzo dbał o solidne zobrazowanie tła akcji, więc nie inaczej jest w nowym kryminale. Widać, że Małecki świetnie zna Grudziądz i potrafi wyzyskać wszelkie walory tej przestrzeni miejskiej w stworzonej przez siebie fabule. Na szczególną uwagę zasługują tytułowe wiatrołomy. Od opisu powalonego przez trąbę powietrzną lasu zaczyna się pierwszy rozdział powieści, ale Małeckiemu nie chodzi tylko i wyłącznie o ukazanie grozy (do pewnego stopnia fascynującej) takiego miejsca, które objawia siłę żywiołu. Wiatrołomy w okolicy Grudziądza odgrywają ważną rolę w intrydze kryminalnej, a poza tym w pewien metaforyczny sposób obrazują i nastrój całej powieści, i stan ducha niektórych jej bohaterów. Naprawdę jest to świetny przykład przemyślanego i intrygującego wyzyskania przestrzeni w fabule kryminalnej.
    Wiatrołomy są najobszerniejszą powieścią w dorobku Małeckiego, ale paradoksalnie najbardziej zwartą. Nie dostrzegłem w tej książce zbędnych wątków czy scen, akcja została odpowiednio podopinana. Nie znam szczegółów procesu twórczego pisarza, ale wydaje mi się, że zwyczajnie miał w przypadku Wiatrołomów bardziej dopracowany plan powieści i zwyczajnie więcej czasu na pisanie.
    Ale żeby nie było za słodko – nie do końca przekonała mnie motywacja zabójstwa ojca zaginionego niemowlaka a szczególnie nie mogłem dociec, dlaczego dokonało się w tym a nie innym momencie. Poza tym jeszcze coś, o czym pewnie wspominałem przy okazji recenzowania wcześniejszych powieści Małeckiego, a co powoli staje się chyba autorską manierą, czyli drobiazgowość opisów codziennych czynności bohaterów. Wiem, że części czytelników to odpowiada, ale mnie absolutnie nie interesuje, w którą stronę bohater miesza herbatę, albo gdzie odstawia kubek. Tak po prostu mam.
    Nowa seria, nowy Małecki? Do pewnego stopnia tak. I nowa pisarska przyszłość Małeckiego, która – moim zdaniem – rysuje się w jasnych barwach. Małecki wciąż ma świeże pomysły i duet bohaterów z naprawdę dużym potencjałem. I tylko nieszczęsnego Grossa trochę mi żal…

PS. A dlaczego w tytule recenzji jest liczba siedemnaście? Odpowiem wyczerpująco: bo tak…
 

środa, 5 października 2022

Andrzej Dziurawiec, Płonące ambony

 


 Smutno, smutno i jeszcze raz smutno

Andrzej Dziurawiec, Płonące ambony, Wydawnictwo Lira, Warszawa 2022, s. 427.


    Tak przed lekturą nowego kryminału Andrzeja Dziurawca Płonące ambony, jak i po niej, cisnęło mi się na usta wciąż jedno i to samo słowo – smutek. Skąd brały mi się te smutki mniejsze i większe?
Dziurawiec już wcześniej zapowiedział, że powieść zamknie historię Szuberta (tak o nim piszę, bo bohater nie znosi swojego imienia i praktycznie nim się nie posługuje), świetnego policjanta z Warszawy. I jak się okazało, jest to zakończenie z rodzaju definitywnych. Chyba że Dziurawiec dokona jakiejś spektakularnej wolty – jednak nie sądzę, by tak się stało.
    Smutno mi też było na początku dlatego, że trylogia z Szubertem właściwie nie doczekała się należnej uwagi i nie została w pełni doceniona. Przyczyny były zapewne złożone. Kolejne części trylogii ukazywały się nieregularnie – przypomnę, Bastard w 2013 roku, zaś Festiwal w 2017 a jej domknięcie dopiero po następnych pięciu latach. A życie książek na współczesnym, przeładowanym rynku jest bardzo krótkie, podobnie jak pamięć czytelników o nich. Cóż, wynikało to po części z takiego a nie innego rytmu pracy Dziurawca, ale też z kłopotami z wydawcami. A szkoda, bo to jedna z oryginalniejszych i lepiej napisanych trylogii kryminalnych ostatniej dekady. Inna sprawa – tak na marginesie – że obecnie akurat oryginalność i dobry styl nie są w naszej prozie gatunkowej przesadnie w cenie.
    Podczas czytania Płonących ambon też robiło mi się coraz smutniej, chociaż Dziurawiec zadbał o to, by było ciekawie i zupełnie inaczej niż w poprzednich częściach trylogii. Szubert jest już policyjnym emerytem i przenosi się do podlubelskiej wioski. Stara się wyremontować chałupę po dziadkach (z mizernym skutkiem), dużo czasu spędza z rozdokazywaną dożycą Welą, którą traktuje niemal jak dziecko, i próbuje jako tak poukładać swoje potrzaskane życie. Poznaje okolicę i miejscowych (nie nazbyt nachalnie). Do tego spotyka starego kumpla ze szkoły policyjnej, który mieszka niedaleko. I pewnie z wolna udałoby się Szubertowi dojść do ładu ze sobą i światem, ale koło niego rozpętuje się ciąg afer. Ekolodzy, którzy sprzeciwiają się stworzeniu zalewu, wchodzą w konflikt z miejscowymi. Zaczynają płonąć jedna po drugiej myśliwskie ambony. A do tego ktoś morduje ludzi związanych z wymiarem sprawiedliwości. Szubert nie z własnej woli zostaje wplątany w sprawę i w końcu – jak mawiał klasyk – nie chce, ale musi. Ponieważ historia, z którą Dziurawiec przyszedł do czytelników, jest smutna, więc łatwo się domyślić, że sprawa dla Szuberta nie skończy się dobrze.
    Aż mi szkoda, że piszę o kryminale i nie mogę zdradzić zbyt wiele, żeby nie spojlerować. Spróbuję jakoś wybrnąć z tej sytuacji… Dziurawiec porusza w Płonących ambonach istotne kwestie psychologiczne. Postać Szuberta jest wprawdzie zbudowana na typowym schemacie gliniarza, twardziela po przejściach, jednak została przez Dziurawca przełamana – by nie rzec połamana. Szubert świetnie radzi sobie w pracy, ale już w życiu prywatny zupełnie nie. Ten twardziel szczególnie niepewny i w gruncie rzeczy kruchy jest w relacja z bliskimi mu ludźmi. Ta jego właściwość mocno przeszkadza mu w odnalezieniu się na emeryturze, co wpędza go w samotność. Niby ją akceptuje, ale – jak się okaże – chętnie z niej zrezygnuje przy pierwszej okazji. A wtedy będzie bardzo podatny na zranienie. W szerszym aspekcie psychologicznym Dziurawiec zdaje w powieści pytania, ile ciosów jest stanie człowiek znieść. I czy idea budowania życia od nowa, tzw. nowego początku przypadkiem nie jest li tylko mrzonką, którą uspokajają nas psychoterapeuci, bo nie da się tak do końca odkreślić przeszłości grubą kreską. W powieściowym świecie Dziurawca sprawy częściej kończą źle niż dobrze. Jak mi się zdaje, jest to bliskie rzeczywistości – przynajmniej w moim jej rozumieniu.
    Dziurawiec w nowej powieści rozbudował tło obyczajowo-społeczne. I znowu, jak w przypadku kreacji głównego bohatera, wyszedł od powszechnego w kryminałach schematu, by go potem zmodyfikować. Jest więc w Płonących ambonach mała, lokalna społeczność, w której wszyscy się znają i są w jakiś sposób powiązani, ale jednak mają swoje tajemnice, do których nie chcą wracać a już na pewno nie chcą opowiadać o nich obcym. I są lokalne układy i układziki oraz miejscowi kacykowie, którym wydaje się, że mogą wszystko, bo i tak ujdzie im to na sucho. Dziurawiec wprowadza do tego schematu nowy wątek, wciąż jeszcze mało wykorzystywany w naszej prozie, jakim jest kwestia osiedlenia się ludzi z wielkiego miasta na wsi. A to przecież zjawisko w Polsce coraz częstsze. W tle historii kryminalnej Dziurawiec opowiada o kłopotach z adaptacją w lokalnej społeczności. Jest to zazwyczaj proces długotrwały, wymagający odrobiny otwartości z obu stron – otwartości, o którą czasami wcale nie jest łatwo – szczególnie w obecnych czasach. I także o tym jak mylne może się okazać tzw. pierwsze wrażenie.
    A na koniec rzecz absolutnie warta podkreślenia („wężykiem, wężykiem!”) – kryminały Dziurawca są świetnie napisane. Dziurawiec posługuje się klarowną literacką polszczyzną, pozbawioną zbędnych ozdobników. Poszczególne sceny i motywy są precyzyjnie skonstruowane i mają jasny cel, co akurat nie dziwi, bo Dziurawiec jest także scenarzystą. To szczególnie istotne obecnie, kiedy wielu autorów kryminałów czy thrillerów ględzi bez opamiętania, aby tylko nabijać kolejne dziesiątki stron pisanych na kolanie powieści. I do tego dochodzą jeszcze wręcz pyszne dialogi. Widać, że Dziurawiec lubi rozmawiać z ludźmi i ma słuch do języka mówionego. A chyba każdy z piszących wie, że napisać dobry dialog wcale nie jest łatwo.
    Smutno mi więc, smutno, po trzykroć smutno. Może jednak kolejna książka Dziurawca przywróci uśmiech na mojej twarzy.