niedziela, 28 lutego 2021

Jutro nie mieści się w głowie. Dzienniki czasu pandemii


 

 Tak samo – nie tak samo


Ka Klakla, Jarosław Księżyk, Marek Mżyk, Sonia Pohl, Monika Prylińska, Joanna Stryjecka, Agata Tuszyńska, Jutro nie mieści się w głowie. Dzienniki czasu pandemii, Wydawnictwo Blue Bird, Warszawa 2020, s. 271.


    Rok temu (z okładem) zaczęła się pandemia, która wywróciła do góry nogami życie wszystkich ludzi. Także autorów książek. Wielu z nich zadeklarowało, że pisze rozmaite „pandemiczne” teksty – dzienniki, zapiski, powieści. Po roku dziwnego życia widać, że niespecjalnie wiele z tego wynikło. Właściwie kojarzę tylko jeden tego rodzaju projekt (oczywiście coś mogło umknąć mojej uwadze), który został doprowadzony do końca, czyli powieść sensacyjną (udaną) Wojciecha Chmielarza Prosta sprawa, którą autor początkowo zaczął pisać w odcinkach, udostępnianych w mediach społecznościowych. Być może potrzeba czasu, dystansu do tematu, prawdopodobnie inne „pandemiczne” teksty będę się pojawiały.
    I jest oczywiści inna książka „czasu zarazy”, która wyszła drukiem, czyli właśnie Jutro nie mieści się w głowie. Warto wspomnieć o genezie jej powstania. Na początku kwarantanny, kiedy uczelnie przeszły na zdalne nauczanie, pisarka i reportażystka, a zarazem wykładowczyni na podyplomowych Studiach Literacko-Artystycznych UJ, Agata Tuszyńska poprosiła swoich studentów, aby prowadzili dziennikowe zapiski. I tak to się zaczęło. Pomysł niby prosty i oczywisty, który jednak stał się katalizatorem bardzo ciekawych tekstów.
    Jak dla mnie Jutro… stało się książką licznych zaskoczeń i niespodzianek. Nim otworzyłem książkę, spodziewałem się, że będzie to zwykły zestaw siedmiu, krótszych bądź dłuższych, dzienników, tymczasem książka ma zupełnie inną strukturę opartą na fragmencie. Zmieniony został zwykły schemat dziennika, przez to że opowieść o pandemicznych losach poszczególnych autorów zastąpiony został opowieścią o pandemii (tak, to ona jest tu główną bohaterką) utkaną z fragmentów zapisków, przemyśleń autorów. Uważam, że postawienie na fragment, o którym zresztą wspomina Agata Tuszyńska w otwierającym książkę rozdziale, było trafnym wyborem. Raz, że fragmentaryzacja dobrze oddaje obecny stan ducha wielu ludzi. Dotychczasowe życie zostało rozbite, plany są niepewne. Coraz częściej żyje się chwilą. Ciągłość została zerwana. Pozostały nam fragmenty – tak to bym ujął. Dwa, fragmentaryzacja dobrze oddaje bezradność nas, jako piszących, wobec tego co aktualnie przeżywamy. Inaczej rzecz ujmując, żyjemy w środku czegoś, czego nie da się ująć w spójną opowieść, a przez to zrozumieć.
    Dosyć łatwo odnaleźć we fragmentach napisanych przez wszystkich autorów książki jeden, dominujący wzorzec losu czy doświadczenia, który stał się udziałem praktycznie wszystkich nas. Niepokój, nawet strach, poczucie niepewności i zagubienia, bezradność wobec siły, na którą nie mamy wpływu, czasami rozpacz pomieszana ze złością – znaleźć to można w tekstach wszystkich autorów książki. Niby więc jest tak samo, ale jednak nie do końca. Bardzo ciekawe było odczytywanie drobnych różnic, przesunięć, które ukazują, że na pozór mocno unifikujące doświadczenie jednak nie zamazuje indywidualności a momentami – może nawet paradoksalnie – je wzmacnia. Pewne różnice są oczywiste, bo jedna osoba traci firmę, którą tworzyła latami, druga ma w pandemii jeszcze więcej pracy niż zwykle. Jedna osoba skupia się bardziej na sobie i własnych doznaniach, druga koncentruje na relacjach z innymi, które wcześniej zaniedbywała. Jedni autorzy na „czasy zarazy” reagują bardziej emocjonalnie drudzy raczej refleksyjnie. Jak mi się zdaje, najciekawsze w Jutro… są drobne, mniej oczywiste przesunięcia i różnice widoczne chociażby w pojawiającym się w książce wątku macierzyństwa, któremu sporo miejsca w swoich zapiskach poświęcają dwie autorki, Monika Prylińska i Joanna Stryjecka. Dla Prylińskiej intensywniejszy w czasie pandemii kontakt z córką staje się do pewnego stopnia źródłem siły i otuchy (choć momentami trudnej), dla Stryjeckiej, która dopiero oswaja się z rolą matki, opieka nad córką jest nowym, skomplikowanym wyzwaniem, które dodatkowo wzmaga niepewność w pandemicznym czasie.
    Jeśli chodzi o formę Jutro… zaskakująca jest spójność tej książki, mimo iż poszczególne fragmentaryczne zapiski mają bardzo rozmaity charakter. Ka Klakla ujmuje swoje pandemiczne doświadczenia w formę wierszy, chyba nawet dobrych (nie rozstrzygam, bo nie jestem „panem od poezji”). Fragmenty Sonii Pohl czy Jarosława Księżyka chyba najbliższe są formie klasycznego zapisu diarystycznego. Zapiski Prylińskiej przyjmują charakter lekko fabularyzowanych scen z życia rodzinnego. Mimo tych różnic wszystkie zapiski strukturalnie łączą się – jak już wspomniałem – w spójną tekstową całość, choć prawdopodobnie głównie dlatego że temat pandemii tworzy tutaj mocny „kościec” całości narracji.
    I wreszcie jeszcze jedno zaskoczenie, być może dla mnie największe, po lekturze tej książki. Jako wykładowca Studiów Literacko-Artystycznych miałem przyjemność uczyć wszystkich autorów Jutro… (oczywiście poza Agatą Tuszyńską), część z nich pisała pod moim kierunkiem prace dyplomowe. Wydawało mi się, że znam moich studentów, jednak ta książka uświadomiła mi, jak w gruncie rzeczy niewiele o nich wiem.
    Sporo w moim tekście o Jutro… pisałem o pandemii, jednak nie uznałbym tej książki za „druk ulotny”, napisany i wydany w czasie pandemii tylko dlatego że autorom przyszło mierzyć się z wirusem. Myślę, że ta książka się nie zestarzej, nie zdezaktualizuje wyjęta z covidowego kontekstu, bo koniec końców jest w nią wpisana (rozpisana na głowy) uniwersalna opowieść o przeżywaniu i oswajaniu traum. A tych – wszystko na to wskazuje – w przyszłości nie zabraknie.
 

środa, 17 lutego 2021

Grzegorz Skorupski, Dom pod czerwonym dębem

 


 

Ta straszna polityka


Grzegorz Skorupski, Dom pod czerwonym dębem, Wydawnictwo Oficynka, Gdańsk 2021, s. 369.

    
    Przyznam szczerze, że po przeczytaniu kilkudziesięciu stron nowego kryminału Grzegorza Skorupskiego miałem ochotę odłożyć tę książkę i raczej do niej nie wracać. A nawet cisnąć nią o ścianę. Kołatało mi się po głowie pytanie – ale że autor chce pisać o polityce, ale że teraz, po co? Jakby w ostatnich latach mało było wokoło nas brudnej polityki i beznadziejnych polityków. Po co jeszcze dokładać do pieca i pisać kryminał o brudnej polityce i beznadziejnych politykach? Jednak wytrwałem, bo zwyczajnie lubię i cenię serię kryminałów z prokuratorem z Gostynia, Adamem Karski. I absolutnie nie żałuję!
    Akcja Domu pod czerwonym dębem – trzeciej części cyklu z Karskim – rozgrywa się w roku 1930. Sytuacja w kraju staje się bardzo napięta, prezydent Ignacy Mościcki rozwiązuje parlament a sanacja coraz bezwzględniej poczyna sobie z opozycją. Czy ma to wpływa na życie prowincjonalnego, wielkopolskiego Gostynia? Jak najbardziej. Tym bardziej że w bardzo niejasnych okolicznościach zamordowany zostaje miejscowy działacz sanacyjnego BBWR, Zygmunt Korniłowski. Przełożeni Karskiego wyraźnie sugerują, że jest to zbrodnia polityczna, więcej nawet – oni już to wiedzą. Prokurator ma wątpliwości a do tego obawia się, że „sprawa gostyńska” zostanie wykorzystana przez władzę do jeszcze mocniejszego przykręcenia śruby opozycji. Zrobi więc wszystko, żeby wyjaśnić, co naprawdę stało się w tytułowym domu. Nawet gdyby miał stracić posadę. Dlaczego? Polecę klasykiem: „w imię zasad”.
    Jeśli chodzi o warstwę kryminalną Skorupski wykorzystuje w powieści znany schemat intrygi zamkniętego pokoju. Korniłowski zostaje zamordowany podczas kolacji w jego domu, na którą zaproszeni zostali oprócz rodziny także inni miejscowi politycy oraz ksiądz – bo jakże to księdza nie zaprosić… W trakcie dochodzenia Karski dowiaduje się, że nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał, ale również odkrywa, że każdy miał motyw, by zabić Korniłowskiego (człowieka złego i bezwzględnego), choć nie każdy miał sposobność. Skorupski poprowadził intrygę bardzo sprawnie, z odpowiednią ilością mylnych tropów. Niemal do samego końca nie byłem pewien, kto zabił. Smaczku intrydze dodaje tekst w tekście (lubię taki chwyt w kryminałach, więc tym bardziej doceniam), czyli – tak to nazwę – pamiętnik zwyrodnialca. Czy to on zabija? Tego oczywiście nie zdradzę.
    Jak już wspomniałem na początku, w Domu pod czerwonym dębem bardzo ważny i rozbudowany jest wątek polityczny. Skorupski wnikliwie ukazuje mechanizmy lokalnej polityki, rozmaite brudne gierki władzy i o władzę, które zresztą są takie same jak na szczeblu krajowym. Bez trudu da się w tej powieści zauważyć – autor o to zadbał – jak bardzo rzeczywistość polityczna IV RP jest podobna do tej w II RP. Pewnie niektórych czytelników ta kwestia „podnieci” – mnie intrygowała nieco mniej, bo wprowadza ona w sferę oczywistych truizmów w rodzaju, że historia się powtarza oraz że nikt nigdy z historii się niczego nie nauczył. Zwróciłem za to uwagę na drobiazgi, przynależące do sfery odczuć i emocji związanych z polityką czy konsekwencjami zmian politycznych. Z rozmów Karskiego ze współpracownikami czy choćby żydowskim sklepikarzem wyłania się atmosfera wszechogarniającej, narastającej niepewności czy nawet strachu o los własny oraz bliskich. Do tego jeszcze dochodzi poczucie zagubienia i bezradności wobec politycznego walca, który niszczy wszystko, co napotyka na drodze. Skorupski tę sferę emocjonalną oddał z dużym wyczuciem i wyraźną empatią.
    Dom pod czerwonym dębem czytałem jeszcze w zeszłym roku i wtedy stwierdziłem, że jest to najlepszy kryminał retro, jaki przeczytałem w ostatnich miesiącach. Teraz – w lutym 2021 roku – podtrzymuję swoją opinię. W całym cyklu gostyńskim jest wyrazisty, ciekawie prowadzony główny bohater (plus kilka wartych uwagi postaci drugiego planu), jest sugestywny wizerunek prowincjonalnego miasta, są też niebanalne intrygi kryminalne. A do tego Skorupski z książki na książkę  pisze coraz sprawniej, lepiej panuje nad kryminalną materią, choć wydaje mi się, że jeszcze nie do końca wykorzystał swój pisarski potencjał. Jak sądzę, nie jest to koniec przygód prokuratora Karskiego, więc z chęcią przekonam się, czy czwarta część będzie jeszcze lepsza. Oby.
 

sobota, 30 stycznia 2021

 


 Nieoczywisty Dresik


Ewa Jarocka, Dresik, Wydawnictwo Księgarnia Akademicka, Kraków 2020, s. 107.


    Krótka powieść albo dłuższe opowiadanie (jak kto woli) Ewy Jarockiej początkowo zapowiada się jako zwykła historia dresiarza. Głównym bohaterem a zarazem narratorem jest tytułowy Dresik, czyli czterdziestoletni Eryk, który żyje z drobnej dilerki i handlu, choć tak właściwie utrzymuje go matka, ma szemranych znajomków, szacunek na dzielni i tipsową pannę, która lubi solarium i szybkie numerki. Dres wypisz wymaluj, jak w wielu podobnych książkach ukazujących dresiarską subkulturę – z Wojną polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną Doroty Masłowskiej na czele.
    Tyle że przy lekturze prozy Jarockiej trzeba być czujnym jak ważka. Już pierwsze słowa powieści dają do myślenia: „Jestem neurotykiem (…)”. Dres-neurotyk? Od pierwszej strony autorka wciągnęła mnie w narracyjny i fabularny wir, w którym nic nie jest oczywiste i pewne. Wir, który z każdą stroną rozkręca się coraz bardziej. I nie chodzi mi tylko i wyłącznie o przedziwne wydarzenia, jak pogoń Dresika za kotem (tak, chodzi o kota), która kończy się dla bohatera zamknięciem w szpitalu psychiatrycznym. A to dopiero początek… W tej powieści mieszają się plany ontologiczne, bo do końca nie wiadomo, co należy do świata zewnętrznego, a co do przeoranego przez chorobę świata wewnętrznego bohatera. Właściwie nawet nie do końca wiadomo, kim bohater jest. Do tego jeszcze opętańczo mieszają się w tej powieści rozmaite tryby i formy opowiadania – komizm miesza się tragizmem, dosadny realizm (a nawet naturalizm) z poetycką fantasmagorią.
    Wydaje mi się, o ile dobrze odczytuję Dresika, że Jarocką interesują przestrzenie graniczne, zamazane i nieoznaczone. Niewyraźne styki realnego i zmyślonego, tzw. normalności i choroby, sacrum i profanum. I tak dalej, i w ten deseń. Nie jest łatwo takie przestrzenie wskazać i oznaczyć, jeszcze trudniej jest je opisać. Zdaje mi się, że autorka wciąż szuka właściwej dykcji, adekwatnego języka na opisanie swoistych doświadczeń granicznych. I chociaż nie można odmówić Jarockiej językowego szwungu (niektóre sceny, opisy są wyborne), jednak wydaje mi się, że wiele jeszcze przed nią pracy, mnóstwo stron do zapisania, nim uchwyci właściwy ton, znajdzie najlepszy „chwyt” na przedstawienie doświadczeń, które ją interesują i intrygują (chyba nawet nieco obsesyjnie).
    Przyznam, że w narracyjnym wirze, w który wciągnęła mnie Jarocka, czasami spadałem głową w dół, bezładnie machając rękoma, czasami waliłem o coś głową. Moim zdaniem jest w Dresiku sporo miejsc i rozwiązań literacko wątpliwych. Kreacja Eryka jest schematyczna i uproszczona. Wydaje mi się, że autorka skonstruowała go z elementów, które zapożyczyła z książek czy filmów, a niekoniecznie wzięła z obserwacji dresiarzy w ich naturalnym, blokowiskowym środowisku. Zdecydowanie zbyt wiele – szczególnie jak na tak krótki tekst – jest w Dresiku wulgaryzmów i dosadnych scen seksu. Nie mam nic przeciwko wulgaryzmom czy pornograficznym wtrętom w prozie, tyle że trzeba je stosować z umiarem i w jasno określonym celu, szczególnie jeśli ukazuje się fantazje rodem z mokrych snów wuja z wąsem. W tym względzie Jarocka nie wykazała się należytym wyczuciem.   
    Jarocka wybrała niełatwą drogę prozatorską, na której łatwo się pogubić. Będę się przyglądał jej wędrówce, trzymając kciuki, by dotarła tam, gdzie dotrzeć zamierza.
 

poniedziałek, 11 stycznia 2021

Wojciech Chmielarz, Prosta sprawa

 


 

Ratunek dla Prostego


Wojciech Chmielarz, Prosta sprawa, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020, s. 383.


    Prosta sprawa, prosta sensacja, ale smacznie przyrządzona z – a jakże – prostych, ale sprawdzonych składników. Czegóż potrzeba więcej, aby upichcić sycącą opowieść?! Taka jest nowa powieść Wojciecha Chmielarza.
    Często autorzy powieści sensacyjnych silą się na Bóg wie jakie fabuły, często napędzane bzdurnymi teoriami spiskowymi czy wałkowanymi do znudzenia opowieściami o wielkich zagrożeniach współczesnego świata. A przecież w powieści sensacyjnej głównie chodzi – po prostu – o wartką akcję, pościgi, bijatyki i jako takie osadzenie w rzeczywistości. Chmielarz, jako się rzekło, postawił na prostotę. Zaczyna się wedle dobrze znanego schematu. Do Jeleniej Góry przyjeżdża główny bohater a zarazem narrator powieści (za wiele o nim nie wiemy i do końca za wiele się nie dowiadujemy – poza tym że  zajmuje się rozwiązywaniem problemów). Chce oddać przyjacielowi, Prostemu, stary dług, tyle że zastaje jego mieszkanie zdemolowane a zaraz zjawiają się tam zbóje. Co oczywiście źle kończy się dla zbójów. Okazuje się, że Prosty, który samotnie wychowuje chorą córeczkę, podpadł miejscowym gangsterom, zwiał i gdzieś się zaszył. Bohater postanawia mu pomóc, choć właściwie wcale nie musi. A dalej? Mniej więcej wiadomo, ale wcale nie przeszkadza to w lekturze.
    Akcja powieści Chmielarza toczy się szybko, jest w niej akurat tyle przemocy i scen walk, ile zwykle w tym gatunku mi wystarcza. Do tego cała fabuła trzyma się w granicach prawdopodobieństwa, nie ma w niej jakiś niezwykłych zbiegów okoliczności czy bohaterów, którzy kulom się nie kłaniają albo potrafią się samemu zoperować za pomocą zaostrzonego patyka. W Prostej historii jest sporo nawiązań do innych książek, na przykład opisy scen walki wzorowane są na kultowych (tak, czasami używam tego słowa) scenach z powieści Lee Childa. I tak dalej, i tym podobne. Chmielarz w tej powieści zaskoczył mnie (na plus) dowcipem, delikatnym mruganiem oka do czytelnika, bo wcześnie nie kojarzyłem pisarstwa tego autora z gejzerami humoru.
    Chmielarz Prostą historią zafundował mi jeden wieczór lekkiej, ale solidnej rozrywki. Niczego więcej od powieści sensacyjnej nie wymagam. Proste, nie?
 

poniedziałek, 28 grudnia 2020

Mariusz Czubaj, Cios kończący

 

Farewell, Heinz


Mariusz Czubaj, Cios kończący, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2020, s. 285.


    Pewnie stwierdzenie, że oto kończy się pewna epoka, byłoby lekką przesadą, ale z pewnością jest to kolejny znak zmian w rodzimym światku prozy kryminalnej. W 2018 roku Marcin Wroński zamknął swoją serię kryminałów retro z komisarzem Zygmuntem Maciejewskim, w 2020 Mariusz Czubaj postanowił pożegnać się z komisarzem Rudolfem Heinzem - szóstą częścią cyklu. Cóż, szkoda, ale nie pozostaje nic innego, jak pogodzić się z decyzjami pisarzy. Tym bardziej że na koniec serii Czubaj odpalił fajerwerki.
    W Ciosie kończącym Heinz jest już emerytowanym policjantem, od dwóch lat nie pracuje. Co przez ten czas robił, czym się zajmował? Chyba najlepiej oddać głos samemu bohaterowi: „…wegetowałem. Zapadałem się w sobie. Tak jak zapada się w łóżko wysłużone po latach. Albo – jak wolicie – byłem jak ciepłe, odgazowane piwo. Nie pierwszy raz wziąłem życie w nawias, choć może lepiej byłoby powiedzieć, że tym razem to życie wzięło mnie”. Początek powieści jest jednym z bardziej, ze znanych mi, przejmujących opisów rozpadu człowieka, osuwania się w bagno depresji i alkoholizmu, z którego trudno się samemu wydostać. Pomocną dłoń podaje Heinzowi (między innymi) ambitna aspirantka Sylwia Świętoń, która chce, aby emerytowany komisarz pomógł jej w wyjaśnieniu sprawy, którą nikt inny na poważnie nie chce się zająć. Co to za kejs? W Świętochłowicach (tak, tak, w tym samym mieście, w którym rozgrywa się akcja mojej powieści Ukochaj na śmierć) w brutalny sposób zostaje zamordowana młoda dziewczyna. Heinz broni się jak może przed zaangażowaniem się w tę sprawę. W końcu jednak jego natura rasowego profilera daje znać o sobie. Wchodzi w nieoficjalne śledztwo i – jak to często bywa w jego przypadku – ładuje się w kłopoty. Zresztą, nie tylko on.
    Cios kończący to naprawdę kawał solidnego kryminału, którym Czubaj udowadnia, że mógłby cykl o komisarzu Heinzu jeszcze pociągnąć. Gdyby tylko chciał. Jest tu dobrze poprowadzona intryga, w której napięcie powoli, ale stale rośnie aż do ostatniej strony. Do tego dochodzi to, co w kryminałach lubię i cenię, czyli rozbudowane tło obyczajowe. Stylistycznie powieść jest bez zarzutu, ale to nie nowina, bo Czubaj dawno temu wypracował własny, rozpoznawalny styl – oszczędny, precyzyjny, momentami pełen błyskotliwych fraz czy porównań, w którym każde słowo jest na swoim miejscu.
    Ponieważ jest to koniec cyklu, jak zapowiada autor, definitywny, pokuszę się o kilka zdań podsumowania. Za co tę serię cenię? Bo cenię. Jak w każdym cyklu kryminalnym zdarzały się w nim powieści lepsze i gorsze, ale Czubaj nigdy nie schodził poniżej wysokiej średniej, więc zawsze chętnie sięgałem po kolejne części sagi o komisarzu Heinzu. W dużym stopniu właśnie dla tego bohatera. To jego kreacja przykuwała moją uwagę i wyzwalała ciekawość. Bez wątpienia Heinz był jednym z pierwszych tak wyrazistych bohaterów w polskim kryminale. Przede wszystkim dlatego że Czubaj stworzył postać wielowymiarową, pogłębioną, psychologicznie skomplikowaną, a przez to intrygującą. Na pozór postać Heinza zbudowana została na czytelnym schemacie rodem z czarnego kryminału – ot, pokaleczony przez życie policjant, który zmaga się z traumami i alkoholem. Jednak autor wbudował w ów schemat dodatkowe elementy, i nie chodzi mi tylko o specyficzne hobby komisarza, czyli karate i gra w zespole muzycznym. Jest w Heinzu wielka, podszyta smutkiem melancholia, która odróżnia go od innych policjantów. Poza tym Heinz jest (auto)ironistą, obdarzonym bardzo trzeźwym (o ile nie pije) i ostrym spojrzeniem na świat i ludzi. Chyba tych celnym, mocnych jak cios komentarzy komisarza na temat tego wszystkiego, co dzieje się wokoło niego, będzie mi najbardziej brakowało.
    W Posłowiu do Ciosu kończącego Czubaj pisze: „Cóż zatem jest sednem pisania? Najprościej mówiąc, chodzi o to, żeby odpowiednio się nastroić. Żeby złapać właściwy ton. Mieć niepowtarzalny sound, taki, jaki ma saksofonista Archie Shepp. Żeby pozostawić coś na kształt pisarskich linii papilarnych. Coś nie do podrobienia, coś własnego i ściśle osobistego”. Bez wątpienia Czubaj stworzył własne pisarskie linie papilarne, czyli wyrazisty styl, autorską sygnaturę. I chwała autorowi za to. Jest to tym bardziej warte podkreślenia, że obecnie – niestety – zaczyna w polskiej prozie kryminalnej dominować, szczególnie wśród młodszych autorów, styl zero – prosty, by nie rzec prostacki, całkowicie przezroczysty, wyprany z indywidualizmu. Gdyby pozamieniać okładki książek wielu autorów, nikt nie byłby w stanie określić, która książka jest czyja. Moim zdaniem, a pewnie i zdaniem Czubaja, jest do błędna proza. Prozy Czubaja nie da się pomylić z inną. I za to między innymi cenię pisarstwo autora Dziewczyny z zapalniczką.
    Cóż, farewell, Heinz! Będzie mi ciebie brakowało. Jednak pociesza mnie to, że… A nie, tego nie zdradzę, żeby nie odbierać przyjemności z czytania Ciosu kończącego.

wtorek, 17 listopada 2020

Robert Ostaszewski, Ukochaj na śmierć

 Czasami piszę o książkach, czasami sam piszę książki. Tak mam. 12 listopada miała premierę moja nowa powieść Ukochaj na śmierć, część druga kryminalnego cyklu śląskiego. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki. Zapraszam do lektury!

 



środa, 4 listopada 2020

Anna Kańtoch, Wiosna zaginionych

 


 Krystyna, po prostu Krystyna


Anna Kańtoch, Wiosna zaginionych, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020, s. 399.


    Jakiś rok temu (z okładem) w jednym z wywiadów na pytanie, dlaczego ja, w końcu gorol, umieszczam akcję swoich kryminałów na Górnym Śląsku, wypaliłem: bo sami Ślązacy piszą za mało kryminałów o Śląsku. Było hasło, jest odzew! Anna Kańtoch właśnie zaczęła nową trylogię kryminalną osadzoną w śląskich realiach. A do tego akcja Wiosny zaginionych rozgrywa się w dużym stopniu w katowickich dzielnicach Janów i Nikiszowiec, podobnie jak w moim kryminale Zabij ich wszystkich. Nic więc dziwnego, że od razu rzuciłem się do lektury nowej Kańtoch.
    A już na poważnie… Uważam Kańtoch za jedną z najciekawszych „kryminalistek”, które się ostatnio u nas objawiły. Nie ogląda się na kryminalne trendy i mody, ma własne patenty, nie boi się umieszczać swoich fabuł gdzieś na pograniczach gatunku. Takie pisanie kryminalne lubię i cenię. Zresztą, moim zdaniem powieść Łaska, otwierająca pierwszą trylogię kryminalną Kańtoch, bez wątpienia jest jednym z najlepszych kryminałów ostatnich lat. Jednak już zamykająca poprzednią trylogię powieść Pokuta wydała mi się mdła, bezbarwna, by nie rzec – zwyczajnie nużąca. Wyglądało to trochę tak, jak Kańtoch zmęczyła się wykreowanymi bohaterami, koncepcją trylogii. Byłem więc bardzo ciekawy, jak będzie się prezentował następny kryminał autorki z Katowic. Powiem krótko i wprost: Wiosna zaginionych to istna petarda.
    Bez dwóch zdań, całą Wiosnę zaginionych „robi” główna bohaterka Krystyna, którą poznajemy w rozdziałach pisanych w pierwszej osobie (dobry pomysł!). Krystyna jest siedemdziesięcioletnią emerytowaną policjantką, która mieszka samotnie na katowickim Janowie. Często w recenzjach książek czy na ich okładkach pojawia się sformułowanie „takiego bohatera jeszcze nie było” – najczęściej jest to zwykła ściema. Jednak w przypadku stworzonej przez Kańtoch postaci Krystyny naprawdę nie przychodzi mi na myśl podobna. Oczywiście, jest sporo bohaterek w wieku senioralnym w komediach kryminalnych. Są to najczęściej z lekka zwariowane staruszki, które przez mniejszy lub większy przypadek rozwiązują zagadki zbrodni, bohaterki zwykle opisywane z przymrużeniem oka. Takie kreacje wydają mi się z lekka podejrzane, a nawet niewłaściwe. Bohaterka Kańtoch ukazywana jest jak najbardziej na poważnie. Krystyna jest kobietą z dużym bagażem doświadczeń (często złych), świadomą tego, co i dlaczego przeżyła, i co przeżyć może. Ma również świadomość ograniczeń, które z racji wieku ją dotykają, ale stara się je, na miarę możliwości, pokonywać. Jest samotniczką, ale dba o relacje z bliskimi, choć nie są one łatwe. Do tego ma bystry umysł, dystans do siebie i świata, potrafi też zaskoczyć nienachalnym humorem. Krystyna od strony obyczajowo-psychologicznej jest świetnie „ustawioną” postacią. No i jest, mimo wieku, wciąż nie lada jaką policjantką. Krystyna z Wiosny zaginionych jest jedną z tych bohaterek, które przykuwają moją uwagę.
    Prawdę powiedziawszy, innym bohaterom kryminału Kańtoch też nic nie brakuje. Największy potencjał – jak dla mnie – ma spośród nich trzydziestoletni aspirant Gryga, mający niebezpieczną skłonność do bardzo młodych kobiet. Tworzą z Krystyną ciekawy, choć nieoficjalny duet śledczy. Chociaż podejrzewam, że postać Grygi rozwinie się w pełni dopiero w kolejnych częściach trylogii.
    Intryga w Wiośnie zaginionych zbudowana została na sprawdzonych schematach. Jest w niej tajemnica z przeszłości. W roku 1963 starszy, ukochany brat Krystyny wyszedł z paczką znajomych na wycieczkę w Tatry. Zaginął. Z całej grupy ocalał jeden chłopak, który nie był w stanie wyjaśnić, co im się przydarzyło. Nie poniósł też żadnych konsekwencji. Doświadczenie utraty brata w dużym stopniu zaważyło, by nie powiedzieć, że położyło się cieniem, na całym życiu Krystyny. Jest też w intrydze wątek niezbyt udanej zemsty (wbrew pozorom nie zdradzam za wiele) i jeden bardzo zmyślny, zaskakujący twist (i tu już więcej powiedzieć nie mogę). No i jest tam jeszcze intrygujący wątek znikających psów. Nie zapominajmy o psach. Poza tym Kańtoch sensownie i w pogłębiony sposób przedstawiła motywacje zbrodniczych czynów. A nie jak to często bywa (niestety) w najnowszych kryminałach, w których psychopatyczny morderca morduje, bo jest psychopatycznym mordercą.
    Bez wątpienia jednym z głównych bohaterów powieści Kańtoch jest też Górny Śląsk, opisywany – by tak rzec – z dyskretną czułości. Janów, Nikiszowiec, okolice Boliny – Śląsk swojski, ale nieoczywisty (jak cała ta powieść). Dzięki Kańtoch mogłem znowu powędrować (tekstowo) po miejscach, które lubię. Dla czytelników, którzy nie znają Śląska będzie to na pewno odkrycie i dodatkowa frajda.
    Jak już wspominałem, dla mnie Wiosna zaginionych Kańtoch jest prawdziwą petardą. Mam nadzieję, że w drugiej części trylogii autorka też odpali fajerwerki.