sobota, 30 stycznia 2021

 


 Nieoczywisty Dresik


Ewa Jarocka, Dresik, Wydawnictwo Księgarnia Akademicka, Kraków 2020, s. 107.


    Krótka powieść albo dłuższe opowiadanie (jak kto woli) Ewy Jarockiej początkowo zapowiada się jako zwykła historia dresiarza. Głównym bohaterem a zarazem narratorem jest tytułowy Dresik, czyli czterdziestoletni Eryk, który żyje z drobnej dilerki i handlu, choć tak właściwie utrzymuje go matka, ma szemranych znajomków, szacunek na dzielni i tipsową pannę, która lubi solarium i szybkie numerki. Dres wypisz wymaluj, jak w wielu podobnych książkach ukazujących dresiarską subkulturę – z Wojną polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną Doroty Masłowskiej na czele.
    Tyle że przy lekturze prozy Jarockiej trzeba być czujnym jak ważka. Już pierwsze słowa powieści dają do myślenia: „Jestem neurotykiem (…)”. Dres-neurotyk? Od pierwszej strony autorka wciągnęła mnie w narracyjny i fabularny wir, w którym nic nie jest oczywiste i pewne. Wir, który z każdą stroną rozkręca się coraz bardziej. I nie chodzi mi tylko i wyłącznie o przedziwne wydarzenia, jak pogoń Dresika za kotem (tak, chodzi o kota), która kończy się dla bohatera zamknięciem w szpitalu psychiatrycznym. A to dopiero początek… W tej powieści mieszają się plany ontologiczne, bo do końca nie wiadomo, co należy do świata zewnętrznego, a co do przeoranego przez chorobę świata wewnętrznego bohatera. Właściwie nawet nie do końca wiadomo, kim bohater jest. Do tego jeszcze opętańczo mieszają się w tej powieści rozmaite tryby i formy opowiadania – komizm miesza się tragizmem, dosadny realizm (a nawet naturalizm) z poetycką fantasmagorią.
    Wydaje mi się, o ile dobrze odczytuję Dresika, że Jarocką interesują przestrzenie graniczne, zamazane i nieoznaczone. Niewyraźne styki realnego i zmyślonego, tzw. normalności i choroby, sacrum i profanum. I tak dalej, i w ten deseń. Nie jest łatwo takie przestrzenie wskazać i oznaczyć, jeszcze trudniej jest je opisać. Zdaje mi się, że autorka wciąż szuka właściwej dykcji, adekwatnego języka na opisanie swoistych doświadczeń granicznych. I chociaż nie można odmówić Jarockiej językowego szwungu (niektóre sceny, opisy są wyborne), jednak wydaje mi się, że wiele jeszcze przed nią pracy, mnóstwo stron do zapisania, nim uchwyci właściwy ton, znajdzie najlepszy „chwyt” na przedstawienie doświadczeń, które ją interesują i intrygują (chyba nawet nieco obsesyjnie).
    Przyznam, że w narracyjnym wirze, w który wciągnęła mnie Jarocka, czasami spadałem głową w dół, bezładnie machając rękoma, czasami waliłem o coś głową. Moim zdaniem jest w Dresiku sporo miejsc i rozwiązań literacko wątpliwych. Kreacja Eryka jest schematyczna i uproszczona. Wydaje mi się, że autorka skonstruowała go z elementów, które zapożyczyła z książek czy filmów, a niekoniecznie wzięła z obserwacji dresiarzy w ich naturalnym, blokowiskowym środowisku. Zdecydowanie zbyt wiele – szczególnie jak na tak krótki tekst – jest w Dresiku wulgaryzmów i dosadnych scen seksu. Nie mam nic przeciwko wulgaryzmom czy pornograficznym wtrętom w prozie, tyle że trzeba je stosować z umiarem i w jasno określonym celu, szczególnie jeśli ukazuje się fantazje rodem z mokrych snów wuja z wąsem. W tym względzie Jarocka nie wykazała się należytym wyczuciem.   
    Jarocka wybrała niełatwą drogę prozatorską, na której łatwo się pogubić. Będę się przyglądał jej wędrówce, trzymając kciuki, by dotarła tam, gdzie dotrzeć zamierza.
 

poniedziałek, 11 stycznia 2021

Wojciech Chmielarz, Prosta sprawa

 


 

Ratunek dla Prostego


Wojciech Chmielarz, Prosta sprawa, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020, s. 383.


    Prosta sprawa, prosta sensacja, ale smacznie przyrządzona z – a jakże – prostych, ale sprawdzonych składników. Czegóż potrzeba więcej, aby upichcić sycącą opowieść?! Taka jest nowa powieść Wojciecha Chmielarza.
    Często autorzy powieści sensacyjnych silą się na Bóg wie jakie fabuły, często napędzane bzdurnymi teoriami spiskowymi czy wałkowanymi do znudzenia opowieściami o wielkich zagrożeniach współczesnego świata. A przecież w powieści sensacyjnej głównie chodzi – po prostu – o wartką akcję, pościgi, bijatyki i jako takie osadzenie w rzeczywistości. Chmielarz, jako się rzekło, postawił na prostotę. Zaczyna się wedle dobrze znanego schematu. Do Jeleniej Góry przyjeżdża główny bohater a zarazem narrator powieści (za wiele o nim nie wiemy i do końca za wiele się nie dowiadujemy – poza tym że  zajmuje się rozwiązywaniem problemów). Chce oddać przyjacielowi, Prostemu, stary dług, tyle że zastaje jego mieszkanie zdemolowane a zaraz zjawiają się tam zbóje. Co oczywiście źle kończy się dla zbójów. Okazuje się, że Prosty, który samotnie wychowuje chorą córeczkę, podpadł miejscowym gangsterom, zwiał i gdzieś się zaszył. Bohater postanawia mu pomóc, choć właściwie wcale nie musi. A dalej? Mniej więcej wiadomo, ale wcale nie przeszkadza to w lekturze.
    Akcja powieści Chmielarza toczy się szybko, jest w niej akurat tyle przemocy i scen walk, ile zwykle w tym gatunku mi wystarcza. Do tego cała fabuła trzyma się w granicach prawdopodobieństwa, nie ma w niej jakiś niezwykłych zbiegów okoliczności czy bohaterów, którzy kulom się nie kłaniają albo potrafią się samemu zoperować za pomocą zaostrzonego patyka. W Prostej historii jest sporo nawiązań do innych książek, na przykład opisy scen walki wzorowane są na kultowych (tak, czasami używam tego słowa) scenach z powieści Lee Childa. I tak dalej, i tym podobne. Chmielarz w tej powieści zaskoczył mnie (na plus) dowcipem, delikatnym mruganiem oka do czytelnika, bo wcześnie nie kojarzyłem pisarstwa tego autora z gejzerami humoru.
    Chmielarz Prostą historią zafundował mi jeden wieczór lekkiej, ale solidnej rozrywki. Niczego więcej od powieści sensacyjnej nie wymagam. Proste, nie?
 

poniedziałek, 28 grudnia 2020

Mariusz Czubaj, Cios kończący

 

Farewell, Heinz


Mariusz Czubaj, Cios kończący, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2020, s. 285.


    Pewnie stwierdzenie, że oto kończy się pewna epoka, byłoby lekką przesadą, ale z pewnością jest to kolejny znak zmian w rodzimym światku prozy kryminalnej. W 2018 roku Marcin Wroński zamknął swoją serię kryminałów retro z komisarzem Zygmuntem Maciejewskim, w 2020 Mariusz Czubaj postanowił pożegnać się z komisarzem Rudolfem Heinzem - szóstą częścią cyklu. Cóż, szkoda, ale nie pozostaje nic innego, jak pogodzić się z decyzjami pisarzy. Tym bardziej że na koniec serii Czubaj odpalił fajerwerki.
    W Ciosie kończącym Heinz jest już emerytowanym policjantem, od dwóch lat nie pracuje. Co przez ten czas robił, czym się zajmował? Chyba najlepiej oddać głos samemu bohaterowi: „…wegetowałem. Zapadałem się w sobie. Tak jak zapada się w łóżko wysłużone po latach. Albo – jak wolicie – byłem jak ciepłe, odgazowane piwo. Nie pierwszy raz wziąłem życie w nawias, choć może lepiej byłoby powiedzieć, że tym razem to życie wzięło mnie”. Początek powieści jest jednym z bardziej, ze znanych mi, przejmujących opisów rozpadu człowieka, osuwania się w bagno depresji i alkoholizmu, z którego trudno się samemu wydostać. Pomocną dłoń podaje Heinzowi (między innymi) ambitna aspirantka Sylwia Świętoń, która chce, aby emerytowany komisarz pomógł jej w wyjaśnieniu sprawy, którą nikt inny na poważnie nie chce się zająć. Co to za kejs? W Świętochłowicach (tak, tak, w tym samym mieście, w którym rozgrywa się akcja mojej powieści Ukochaj na śmierć) w brutalny sposób zostaje zamordowana młoda dziewczyna. Heinz broni się jak może przed zaangażowaniem się w tę sprawę. W końcu jednak jego natura rasowego profilera daje znać o sobie. Wchodzi w nieoficjalne śledztwo i – jak to często bywa w jego przypadku – ładuje się w kłopoty. Zresztą, nie tylko on.
    Cios kończący to naprawdę kawał solidnego kryminału, którym Czubaj udowadnia, że mógłby cykl o komisarzu Heinzu jeszcze pociągnąć. Gdyby tylko chciał. Jest tu dobrze poprowadzona intryga, w której napięcie powoli, ale stale rośnie aż do ostatniej strony. Do tego dochodzi to, co w kryminałach lubię i cenię, czyli rozbudowane tło obyczajowe. Stylistycznie powieść jest bez zarzutu, ale to nie nowina, bo Czubaj dawno temu wypracował własny, rozpoznawalny styl – oszczędny, precyzyjny, momentami pełen błyskotliwych fraz czy porównań, w którym każde słowo jest na swoim miejscu.
    Ponieważ jest to koniec cyklu, jak zapowiada autor, definitywny, pokuszę się o kilka zdań podsumowania. Za co tę serię cenię? Bo cenię. Jak w każdym cyklu kryminalnym zdarzały się w nim powieści lepsze i gorsze, ale Czubaj nigdy nie schodził poniżej wysokiej średniej, więc zawsze chętnie sięgałem po kolejne części sagi o komisarzu Heinzu. W dużym stopniu właśnie dla tego bohatera. To jego kreacja przykuwała moją uwagę i wyzwalała ciekawość. Bez wątpienia Heinz był jednym z pierwszych tak wyrazistych bohaterów w polskim kryminale. Przede wszystkim dlatego że Czubaj stworzył postać wielowymiarową, pogłębioną, psychologicznie skomplikowaną, a przez to intrygującą. Na pozór postać Heinza zbudowana została na czytelnym schemacie rodem z czarnego kryminału – ot, pokaleczony przez życie policjant, który zmaga się z traumami i alkoholem. Jednak autor wbudował w ów schemat dodatkowe elementy, i nie chodzi mi tylko o specyficzne hobby komisarza, czyli karate i gra w zespole muzycznym. Jest w Heinzu wielka, podszyta smutkiem melancholia, która odróżnia go od innych policjantów. Poza tym Heinz jest (auto)ironistą, obdarzonym bardzo trzeźwym (o ile nie pije) i ostrym spojrzeniem na świat i ludzi. Chyba tych celnym, mocnych jak cios komentarzy komisarza na temat tego wszystkiego, co dzieje się wokoło niego, będzie mi najbardziej brakowało.
    W Posłowiu do Ciosu kończącego Czubaj pisze: „Cóż zatem jest sednem pisania? Najprościej mówiąc, chodzi o to, żeby odpowiednio się nastroić. Żeby złapać właściwy ton. Mieć niepowtarzalny sound, taki, jaki ma saksofonista Archie Shepp. Żeby pozostawić coś na kształt pisarskich linii papilarnych. Coś nie do podrobienia, coś własnego i ściśle osobistego”. Bez wątpienia Czubaj stworzył własne pisarskie linie papilarne, czyli wyrazisty styl, autorską sygnaturę. I chwała autorowi za to. Jest to tym bardziej warte podkreślenia, że obecnie – niestety – zaczyna w polskiej prozie kryminalnej dominować, szczególnie wśród młodszych autorów, styl zero – prosty, by nie rzec prostacki, całkowicie przezroczysty, wyprany z indywidualizmu. Gdyby pozamieniać okładki książek wielu autorów, nikt nie byłby w stanie określić, która książka jest czyja. Moim zdaniem, a pewnie i zdaniem Czubaja, jest do błędna proza. Prozy Czubaja nie da się pomylić z inną. I za to między innymi cenię pisarstwo autora Dziewczyny z zapalniczką.
    Cóż, farewell, Heinz! Będzie mi ciebie brakowało. Jednak pociesza mnie to, że… A nie, tego nie zdradzę, żeby nie odbierać przyjemności z czytania Ciosu kończącego.

wtorek, 17 listopada 2020

Robert Ostaszewski, Ukochaj na śmierć

 Czasami piszę o książkach, czasami sam piszę książki. Tak mam. 12 listopada miała premierę moja nowa powieść Ukochaj na śmierć, część druga kryminalnego cyklu śląskiego. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki. Zapraszam do lektury!

 



środa, 4 listopada 2020

Anna Kańtoch, Wiosna zaginionych

 


 Krystyna, po prostu Krystyna


Anna Kańtoch, Wiosna zaginionych, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020, s. 399.


    Jakiś rok temu (z okładem) w jednym z wywiadów na pytanie, dlaczego ja, w końcu gorol, umieszczam akcję swoich kryminałów na Górnym Śląsku, wypaliłem: bo sami Ślązacy piszą za mało kryminałów o Śląsku. Było hasło, jest odzew! Anna Kańtoch właśnie zaczęła nową trylogię kryminalną osadzoną w śląskich realiach. A do tego akcja Wiosny zaginionych rozgrywa się w dużym stopniu w katowickich dzielnicach Janów i Nikiszowiec, podobnie jak w moim kryminale Zabij ich wszystkich. Nic więc dziwnego, że od razu rzuciłem się do lektury nowej Kańtoch.
    A już na poważnie… Uważam Kańtoch za jedną z najciekawszych „kryminalistek”, które się ostatnio u nas objawiły. Nie ogląda się na kryminalne trendy i mody, ma własne patenty, nie boi się umieszczać swoich fabuł gdzieś na pograniczach gatunku. Takie pisanie kryminalne lubię i cenię. Zresztą, moim zdaniem powieść Łaska, otwierająca pierwszą trylogię kryminalną Kańtoch, bez wątpienia jest jednym z najlepszych kryminałów ostatnich lat. Jednak już zamykająca poprzednią trylogię powieść Pokuta wydała mi się mdła, bezbarwna, by nie rzec – zwyczajnie nużąca. Wyglądało to trochę tak, jak Kańtoch zmęczyła się wykreowanymi bohaterami, koncepcją trylogii. Byłem więc bardzo ciekawy, jak będzie się prezentował następny kryminał autorki z Katowic. Powiem krótko i wprost: Wiosna zaginionych to istna petarda.
    Bez dwóch zdań, całą Wiosnę zaginionych „robi” główna bohaterka Krystyna, którą poznajemy w rozdziałach pisanych w pierwszej osobie (dobry pomysł!). Krystyna jest siedemdziesięcioletnią emerytowaną policjantką, która mieszka samotnie na katowickim Janowie. Często w recenzjach książek czy na ich okładkach pojawia się sformułowanie „takiego bohatera jeszcze nie było” – najczęściej jest to zwykła ściema. Jednak w przypadku stworzonej przez Kańtoch postaci Krystyny naprawdę nie przychodzi mi na myśl podobna. Oczywiście, jest sporo bohaterek w wieku senioralnym w komediach kryminalnych. Są to najczęściej z lekka zwariowane staruszki, które przez mniejszy lub większy przypadek rozwiązują zagadki zbrodni, bohaterki zwykle opisywane z przymrużeniem oka. Takie kreacje wydają mi się z lekka podejrzane, a nawet niewłaściwe. Bohaterka Kańtoch ukazywana jest jak najbardziej na poważnie. Krystyna jest kobietą z dużym bagażem doświadczeń (często złych), świadomą tego, co i dlaczego przeżyła, i co przeżyć może. Ma również świadomość ograniczeń, które z racji wieku ją dotykają, ale stara się je, na miarę możliwości, pokonywać. Jest samotniczką, ale dba o relacje z bliskimi, choć nie są one łatwe. Do tego ma bystry umysł, dystans do siebie i świata, potrafi też zaskoczyć nienachalnym humorem. Krystyna od strony obyczajowo-psychologicznej jest świetnie „ustawioną” postacią. No i jest, mimo wieku, wciąż nie lada jaką policjantką. Krystyna z Wiosny zaginionych jest jedną z tych bohaterek, które przykuwają moją uwagę.
    Prawdę powiedziawszy, innym bohaterom kryminału Kańtoch też nic nie brakuje. Największy potencjał – jak dla mnie – ma spośród nich trzydziestoletni aspirant Gryga, mający niebezpieczną skłonność do bardzo młodych kobiet. Tworzą z Krystyną ciekawy, choć nieoficjalny duet śledczy. Chociaż podejrzewam, że postać Grygi rozwinie się w pełni dopiero w kolejnych częściach trylogii.
    Intryga w Wiośnie zaginionych zbudowana została na sprawdzonych schematach. Jest w niej tajemnica z przeszłości. W roku 1963 starszy, ukochany brat Krystyny wyszedł z paczką znajomych na wycieczkę w Tatry. Zaginął. Z całej grupy ocalał jeden chłopak, który nie był w stanie wyjaśnić, co im się przydarzyło. Nie poniósł też żadnych konsekwencji. Doświadczenie utraty brata w dużym stopniu zaważyło, by nie powiedzieć, że położyło się cieniem, na całym życiu Krystyny. Jest też w intrydze wątek niezbyt udanej zemsty (wbrew pozorom nie zdradzam za wiele) i jeden bardzo zmyślny, zaskakujący twist (i tu już więcej powiedzieć nie mogę). No i jest tam jeszcze intrygujący wątek znikających psów. Nie zapominajmy o psach. Poza tym Kańtoch sensownie i w pogłębiony sposób przedstawiła motywacje zbrodniczych czynów. A nie jak to często bywa (niestety) w najnowszych kryminałach, w których psychopatyczny morderca morduje, bo jest psychopatycznym mordercą.
    Bez wątpienia jednym z głównych bohaterów powieści Kańtoch jest też Górny Śląsk, opisywany – by tak rzec – z dyskretną czułości. Janów, Nikiszowiec, okolice Boliny – Śląsk swojski, ale nieoczywisty (jak cała ta powieść). Dzięki Kańtoch mogłem znowu powędrować (tekstowo) po miejscach, które lubię. Dla czytelników, którzy nie znają Śląska będzie to na pewno odkrycie i dodatkowa frajda.
    Jak już wspominałem, dla mnie Wiosna zaginionych Kańtoch jest prawdziwą petardą. Mam nadzieję, że w drugiej części trylogii autorka też odpali fajerwerki. 
 

niedziela, 18 października 2020

Meg Elison, Księga bezimiennej akuszerki

 


Ostatnia położna


Meg Elison, Księga bezimiennej akuszerki, przeł. Maria Smulewska, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2020, s. 343.


    Można by rzec, że powieść Meg Elison Księga bezimiennej akuszerki (I tom trylogii Droga donikąd) jest w sam raz na ponure czasy zdominowane przez COVID-19. Chyba że ktoś już ma serdecznie dosyć wszelkich tematów związanych z pandemiami…
    Na pozór książka amerykańskiej autorki jest typową powieścią postapokaliptyczną, schematyczną aż do bólu. Pojawia się w Księdze... oczywiście pandemia, która błyskawicznie dziesiątkuje ludzkość i niszczy świat cywilizowany. U Elison jest to gorączka, która zabija głównie kobiety i dzieci. Świat, w którym są prawie sami mężczyźni? Już jest strasznie. Jest także w powieści motyw wędrówki głównej bohaterki, błąkania się bez celu po pogrążonych w chaosie Stanach Zjednoczonych. A właściwie w jednym tylko celu – by mimo wszystko przetrwać. Bohaterka jest z zawodu położną. Kiepska specjalizacja w czasach, kiedy jeśli nawet rodzą się dzieci, to martwe. A dlaczego bohaterka jest „bezimienną akuszerką”? Wędrując, zmienia imiona, a do tego udaje mężczyznę, żeby łatwiej się uchronić przed bandami mężczyzn polujących na pozostałe przy życiu kobiety. Podczas tej wędrówki bohaterka po części traci część samej siebie, traci własne imię. Nawet drobniejsze wątki w Księdze… nawiązują do rozwiązań doskonale znanych z prozy postapokaliptycznej. Na przykład bohaterka trafia na wyizolowaną społeczność (fundamentalistów religijnych), która wydaje się być oazą bezpieczeństwa i spokoju. Oczywiście tylko na pierwszy rzut oka, bo bohaterka szybko odkrywa, że za wzniosłymi słowami rozmodlonych ludzi kryją się mroczne czyny. I tak dalej, i w ten deseń.
    Schematyczność schematycznością, jednak dwie rzeczy mnie zaintrygowały w powieści Elison. Przede wszystkim warstwa – najogólniej rzecz ujmując – feministyczna. Autorka opowiada (nie wprost) o kruchości, nietrwałości wszelkich cywilizacyjnych czy kulturowych „bezpieczników”, które chronią słabszych, w tym kobiety. Wystarczy, że przestają działać, a zaraz objawia się czysta przemoc i rządzić zaczyna prawo silniejszego. Ponure rozpoznanie, ale zapewne trafne. Druga kwestia tyczy konstrukcji narracji Księgi… - początkowo nie mogłem złapać, na czym ona się opiera (pewnie wynika to jednak z deficytów warsztatowych Elison). Trochę to wyglądało tak, jakby Elison posłużyła się narratorem wszechwiedzącym, który czy to potrzebne, czy nie, dopowiada i komentuje przedstawianą opowieść. Chyba jednak chodzi o to, że cała fabuła ma mieć strukturę tytułowej „księgi”. Bohaterka prowadzi pamiętnik, z czasem przepisuje do niego zapiski innych a wreszcie prosi spotkanych ludzi, by dopisywali w niej własne świadectwa z czasów zarazy. Czyli konstrukcja narracji w powieści Elison ma odwzorowywać taką właśnie koncepcję księgi-świadectwa, tworzonej przez licznych autorów. Dosyć ciekawe rozwiązanie.
    Na pewno powieści Elison Księga bezimiennej akuszerki daleko jest do najlepszych książek z gatunku postapo, choćby wybitnej, choć przeraźliwie ponurej i smutnej, Drogi Cormaca McCarthy’ego. Nazwałbym jednak Księgę… powieścią solidną. W miarę.
    
    
 

poniedziałek, 12 października 2020

Esi Edugyan, Washington Black

 


Dyskretny urok opisu


Esi Edugyan, Washington Black, przeł. Bohdan Maliborski, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2020, s. 445.


    Przyznam się szczerze, że zanim nie sięgnąłem po powieść Washington Black, nie miałem pojęcia o istnieniu Esi Edugyan, kanadyjskiej pisarki o ghańskich korzeniach. Opis na czwartej stronie okładki też niespecjalnie mnie zachęcił. Przygody i przypadki młodego niewolnika z plantacji na wyspie Barbados? To nie moje klimaty i tematy. Jednak z ciekawości zacząłem czytać i… całkowicie wsiąkłem w świat wykreowany przez Edugyan, dałem się ponieść jej opowieści.
    Książka Edugyan jest powieścią drogi, której głównym bohaterem, a zarazem narratorem jest tytułowy Black, nazywany w skrócie Washem. Akcja powieści startuje w roku 1830, kiedy Wash jest dzieckiem-niewolnikiem. Chłopiec ma szczęście w nieszczęściu, ponieważ pod swoje skrzydła bierze go Christopher, ekscentryczny brat właściciela plantacji, po trosze podróżnik, po trosze domorosły naukowiec (a także abolicjonista, który dokumentuje zbrodnie popełniane na niewolnikach). Chce, żeby Wash był jego sługą, ale też pomocnikiem, dlatego uczy go i odkrywa przy tym, że chłopak ma niezwykły talent do rysunku. Tragiczne wydarzenie na plantacji zmusza Christophera i Washa do ucieczki z wyspy… balonem. A dalej jest wędrówka po różnych zakątkach świata, przygody, chwile szczęścia i tragedie, zwyczajne życie i niezwyczajne idee, które nawet czasami udaje się zrealizować. Jak to w powieści drogi.
    W powieści Edugyan sporo się dzieje, jak widać z powyższego, z konieczności skrótowego streszczenia, jednak nie powiedziałbym, że jej akcja jest szybka. Dlaczego? Ponieważ jest w powieści kanadyjskiej pisarki coś na swój uroczy sposób staroświeckiego, jakby jej koncept został wzięty z wielkiej epiki dziewiętnastowiecznej. W dziewiętnastowiecznych powieściach również wiele się działo, ale jednocześnie była w nich fabularna rozlewność i niespieszność, dająca możliwość skupienia uwagi tak pisarzowi, jak i czytelnikowi na detalach, drobnych, czasami drugorzędnych szczegółach. Podobnie jest w powieści Edugyan, w której co jakiś czas akcja wyraźnie zwalnia, a wtedy narrator skupia uwagę na ukazywaniu zwyczajnych, codziennych zajęć, własnych przemyśleniach czy tym, co widzi (jest przecież rysownikiem, który niemal non stop, z przedziwną pasją, rysuje to, co go otacza). I tu dochodzę do tego, co w powieści kanadyjskiej pisarki najbardziej mnie urzekło. Otóż były to opisy przyrody, tak właśnie.
    We współczesnej prozie skoncentrowanej na akcji, fabularnym „dzianiu się”, opisy, w tym przede wszystkim opisy przyrody, ograniczane są do minimum. W powieści Edugyan jest zupełnie inaczej, co i rusz trafią się w niej istne perełki opisu. Jak dla mnie najlepsze są opisy rozmaitych morskich stworzeń, które bardzo fascynują Washa. Do tego nie są one jedynie literacką sztuką dla sztuki, pokazem stylistycznego kunsztu autorki, ale służą również (pośrednio) charakteryzowaniu Washa, i jak rysownika, i jako człowieka, ukazywaniu pokładów jego emocji i wrażliwości.
    Każda powieść drogi zmierza do celu, który można by nazwać przesłaniem czy prawdą. Nie inaczej jest i u Edugyan. To przesłanie wyłożyłbym w ten sposób: człowiek nie będzie do końca wolny, jeśli nie pokona niewolnika w sobie. Jak dla mnie jest to rodzaj publicystycznego wtrętu, nawiązującego do toczonych współcześnie dyskusji, sporów na temat władzy, jej mechanizmów czy konsekwencji jej nadużywania. Trochę to wygląda tak, jakby pod koniec powieści autorka przypomniała sobie, że mimo iż pisze książkę z założenia staroświecką, powinna się jednak odnieść do naszego „tu i teraz”. Chociaż może się nazbyt czepiam, bo nie umniejsza to wartości całej powieści. Rzecz ujmując inaczej, końcówka Washingtona Blacka trochę mnie rozczarowała. I tyle.
    Książka Edugyan jest świetnie pomyślana i równie świetnie napisana. Przywróciła mi, chociaż pewnie tylko na chwilę, wiarę w starą, dobrą epickość.