poniedziałek, 3 grudnia 2018

Nie lubił pojedynków


Marek Krajewski, Mock. Pojedynek, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, s. 423.

    Pisałem już o tym, ale z chęcią powtórzę: nowy cykl Marka Krajewskiego z młodym Eberhardem Mockiem jest naprawdę dobry, powiem więcej - z powieści na powieść coraz lepszy. Po niezbyt - moim zdaniem - udanej przygodzie z komisarzem Popielskim pisarz z Wrocławia odzyskał świeżość, otworzył się na nowe rozwiązania. I tak, w nowej powieści serii, Pojedynku, połączył kryminał retro z powieścią uniwersytecką. Już samo w sobie jest to warte uwagi, zważywszy, że w naszej tradycji literackiej, w odróżnieniu od anglosaskiej, powieść uniwersytecka praktycznie nie istnieje, zdarzały jedynie pojedyncze realizacje tego podgatunku.
    Jest rok 1905, Mock studiuje na uniwersytecie w Breslau i nie jest mu lekko. Jest przecież synem szewca, wiecznie brakuje mu pieniędzy, więc gdzie mu do synów zacnych niemieckich czy polskich rodzin oraz zagranicznych studentek (choć jedna zawróci mu w głowie). Do tego nie należy do żadnej korporacji studenckiej, bo gardzi ich obyczajami, a szczególnie rozpanoszonym zwyczajem pojedynkowania się "o honor". Mówiąc krótko, znajduje się właściwie na marginesie studenckiego życia, ale studiuje pilnie, ewidentnie ma dryg do łaciny, jednocześnie próbując się utrzymać na powierzchni życia. Sytuacja zmienia się, kiedy w dziwnych okolicznościach zaczynają ginąć wykładowcy uniwersyteccy. Mock zostaje wciągnięty w skomplikowaną intrygę, będzie musiał zrewidować swoje podejście do pojedynków. I spotka człowieka, który diametralnie odmieni jego życia.
    W Pojedynku Krajewski obszernie pisze o środowisku uniwersyteckim Breslau początków XX wieku. Niektóre historie brzmiały mi znajomo. Naukowcy walczący - czasami bezpardonowo - o wpływy, katedry czy choćby uznanie; promujący teorie o wątpliwej jakości intelektualnej (w powieści to przypadek Towarzystwa Krzewienia Higieny Rasowej) - z tym na uniwersytetach mamy do czynienia po dziś dzień. Na szczęście niesławna "instytucja" pojedynków zniknęła. Wiązała się ona ze środowiskami korporacji studenckich, które w owym czasie miały duże wpływy i w praktyce organizowały życie studentów. Korporanci czcili ponad miarę honor i odwagę, co było źródłem pojedynków. W tych czasach pojedynki były już zakazane prawnie, było jednak społeczne przyzwolenie na nie. Nic dziwnego, skoro blizny po pojedynkach uznawano za oznakę odwagi i męskości. Tyle tylko że często pojedynki z założenia "o honor" były wykorzystywane w porachunkach czy intrygach, które z "honorem" nie miały nic wspólnego. O czym Krajewski też pisze.
    W Pojedynku Krajewski wyjawia, w jaki sposób Mock trafił do policji. Jak już wspomniałem, biedny student z Wałbrzycha zostaje wciągnięty w nieoficjalne śledztwo w sprawie dziwnych zgonów nauczycieli uniwersyteckich. Oczywiście, sam nie jest w stanie go poprowadzić, pomaga jedynie prywatnemu detektywowi, a wcześniej policjantowi, Eugsterowi. Detektyw uczy Mocka nie tylko posługiwania się bronią czy strategii dochodzeniowych, ale również pokazuje świat od innej, mroczniejszej strony. Zostaje mentorem studenta. Wcześniej jego mentorami byli wykładowcy. Mock staje na życiowym rozdrożu. Dostrzega, że uniwersytet wcale nie jest światem dobra i prawdy, z drugiej strony waha się przed wejściem w mroczną rzeczywistość zbrodni i występku. Choć wiemy, co koniec końców Mock wybierze, opowieść o tym, w jaki sposób bohater doszedł do podjęcia decyzji o zostaniu policjantem jest zajmująca, bo pełna rozterek, wahań, zderzeń twardej rzeczywistości z naiwnymi wyobrażeniami o niej; innymi słowy jest psychologicznie pogłębiona. A wreszcie - z Pojedynku dowiadujemy się, skąd wzięło się słynne "imadło", którym Mock, już jako policjant, złamał niejednego przestępcę.
    Pojedynek Krajewskiego jest świetnym kryminałem retro. Powiem krótko: czekam na więcej historii o młodym Mocku.
   

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza