wtorek, 19 marca 2019

sobota, 16 marca 2019


Bez sumienia


Przemysław Semczuk, M jak morderca. Karol Kot – wampir z Krakowa, Świat Książki, Warszawa 2019, s. 288.

    Przemysław Semczuk wyrósł na głównego specjalistę od pisania o seryjnych mordercach czasów PRL-u. Pisał już o Zdzisławie Marchwickim (Wampir z Zagłębia, 2016) czy Joachimie Knychale (Kryptonim Frankenstein, 2017), a teraz postanowił zająć się Karolem Kotem, zwanym Wampirem z Krakowa albo Krwawym Lolkiem. Wybór niby oczywisty, skoro przypadek Kota jest bardzo znany, ale… W pierwszym akapicie książki M jak morderca Semczuk pisze: „Irek Grin, dyrektor Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu, zapytał mnie, nad czym pracuję. Kiedy usłyszał, że chcę przypomnieć sprawę Karola Kota, ze zdziwieniem odparł: ‘A można w tej historii jeszcze coś odkryć?’. Odpowiedziałem uśmiechem”. I faktycznie, na temat kejsu Kota powstało naprawdę wiele artykułów, książek czy filmów, ta mroczna i krwawa historia fascynowała wiele osób. Po co więc do niej wracać, skoro wszystko w tej sprawie wydaje się jasne? Semczuk pokazał – z uśmiechem na twarzy – że nawet w na pozór oczywistej historii można odkryć pewne pęknięcia czy nieciągłości.
    Semczuk znany jest z starannego przygotowywania dokumentacyjnego, żmudnego badania materiałów źródłowych w interesującej go sprawie, choć z roku na rok jest to coraz trudniejsze, bo zmieniają się różnego rodzaju przepisu regulujące udostępnianie dokumentów a do do tego archiwiści czy inne osoby opiekujące się dokumentami sądowymi czy policyjnymi wcale nie witają dziennikarzy czy pisarzy z otwartymi ramionami (Semczuk obszernie pisze na ten temat w Zakończeniu. Zresztą, zmagania z machina biurokratyczną utrudniającą dostęp do dokumentów to – jak sądzę – temat na odrębny tekst. Semczuk pewnie miałby sporo o tym do powiedzenia.) W M jak morderca także jest wiele wyimków z dokumentów sprawy Kota, wypisów z ówczesnej prasy, świadectw ludzi, którzy mieli z nią do czynienia. Semczuk stara się dokładnie dokumentować każdy fakt, tyczący śledztwa w sprawie Kota czy jego głośnego procesu, który skończył się wyrokiem śmierci. M jak morderstwo składa się z dwóch części. Pierwsza dotyczy śledztwa milicji w sprawie nożownika, który najpierw atakował starsze kobiety a potem dzieci. Dochodzenie jest żmudne i skomplikowane, ponieważ milicjanci nie mają motywu zbrodni a poza tym zmienia się modus operandi sprawcy. W dużej mierze śledczy ze specjalnie powołanej grupy operacyjnej Siedemnastka – jak to się mówi – macali na ślepo albo podejmowali działania, które przede wszystkim miały na celu uspokojenia mieszkańców Krakowa. Czasami przynosiło to dosyć humorystyczne efekty, jak to się działa po opublikowaniu błędnego portretu pamięciowego sprawcy, który miał był ubrany w moherowy szalik i zielony kapelusz: „Milicja wypowiada wojnę modzie na czeskie kapelusze i moherowe szaliki w kratkę. Jeśli uzupełnieniem jest zarost, nieogolony delikwent od razu trafia na dołek. Dopiero później sprawdzane jest alibi. Areszty zapewniają się w mgnieniu oka.” Druga część książki tyczy procesu wampira  z Krakowa, którego clou była właściwie jedna kwestia, skoro sprawca przyznał się do  zarzucanych mu czynów, czyli rozstrzygnięcie, czy Kot był poczytalny czy nie. Procesu, który niezwykle interesował krakowian i toczył się pod dużym naciskiem społecznym. Jak pisze Semczuk, „Kraków żądał krwi” i koniec końców krew dostał, bo Kot został skazany na śmierć i powieszony w areszcie w Katowicach.
    Historia śledztwa w sprawie Kota i jego procesu została przez Semczuka rzetelnie udokumentowana i ciekawie przedstawiona, co nie jest łatwe przy tak dużej jak w M ja morderca ilości cytatów. Akurat znałem ją dobrze, więc głównie zainteresowały mnie w tej książce wątki poboczne, co nie znaczy, że mało istotne. Semczuk sporo miejsca poświęcił ukazywaniu – jak to się kiedyś nazywało - „nastrojów społecznych” towarzyszących przypadkowi Kota. Najpierw psychoza strachu, która opanowała Kraków, spowodowana powtarzającymi się atakami nożownika, prowadząca do absurdalnych zachowań. Dla przykładu – kobiety, aby chronić się przed uderzającym od tyłu napastnikiem, wkładały pod ubrania pokrywki do garnków. Potem, kiedy już złapano Kota, narastająca wśród krakowian żądza zemsty i mordu. Wiele to mówi o Polsce lat 60. XX wieku, ale również o uniwersalnej psychologii tłumu. Drugim pobocznym wątkiem w M jak morderstwo jest sprawa poczytalności sprawcy, która właściwie była głównym punktem procesu Kota. Wampir z Krakowa doskonale zdawał sobie sprawę, co i jak zrobił. Przy tym zdawał się jednak nie mieć świadomości, że wyrządzał zło, skoro twierdził: „Moje czyny nie powinny być karalne, bo to było robione dla przyjemności; jakbym zabijał z zemsty, to by było karalne...” Poza tym podczas przesłuchań, badań psychologiczno-psychiatrycznych czy procesu czasami sprawiał wrażenie osoby niestabilnej emocjonalnie i psychicznie. Czy Kot był zaburzony czy wręcz chory psychicznie, czy jedynie amoralny, pozbawiony sumienia, jak sugerowali niektórzy rozmówcy Semczuka? Czy amoralność da się zamknąć w ramach przepisów prawnych? Czy tacy ludzie jak Krwawy Lolek powinni trafiać do więzienia, czy do zamkniętego oddziału szpitala psychiatrycznego? Jak mi się zdaje, na te pytania nie ma jasnych, jednoznacznych odpowiedzi. Zresztą, problem rozstrzygnięcia poczytalności winnych strasznych, często seryjnych zbrodni nie został właściwie rozstrzygnięty po dziś dzień i wciąż powraca przy okazji co bardziej skomplikowanych kejsów. I zwykle skłania do wyrażania diametralnie różnych opinii. Tak jak to było w przypadku Kota. Jedni uważali, że jak najbardziej należała się mu kara śmierci, inni – że popełniono na nim „eutanazję sądową”.
    Na koniec wrócę do uśmiechającego się Semczuka. Czy autor M jak morderca odkrył coś nowego w sprawia Kota? Po wykonaniu wyroku na Kocie ponoć stwierdzono, że morderca miał guza mózgu, który mógł wpływać na jego zachowanie. Czy faktycznie tak było? O tym można się przekonać, czytając świetną książkę Semczuka.
   

środa, 30 stycznia 2019

Kobieta, która wciąż przepraszała


Katarzyna Gacek, "W" jak morderstwo, Wydawnictwo Oficynka, Gdańsk 2018, s. 437.






      Stało się, co się kiedyś wreszcie stać musiało. Choć, moim zdaniem, szkoda że tak późno. Katarzyna Gacek napisała powieść sama a nie jako współautorka. W przypadku Gacek pisarska droga zatoczyła koło, bo ta prozaiczka i autorka scenariuszy wróciła do gatunku, od którego - wespół w zespół z Agnieszką Szczepańską - zaczęła pisarską przygodę, czyli do kryminału obyczajowego.

   
    "W" jak morderstwo nazwałbym klasyczną realizacją tego podgatunku. Akcja powieści rozgrywa się współcześnie w Podkowie Leśnej. Główna bohaterka a zarazem narratorka, trzydziestopięcioletnia Magda, która sama siebie określa jako "klasyczną kurę domową", podczas wieczornego spaceru ze zwariowanym psem odnajduje zwłoki zamordowanej kobiety. Już samo to sprawia, że interesuje się śledztwem, tym bardziej że dochodzenie prowadzi mąż jej przyjaciółki, policjant z komendy w Grodzisku. Zainteresowanie zmienia się nieledwie w obsesję, kiedy okazuje się, że zamordowana kobieta miała na szyi wisiorek, który należał do Weroniki, zaginionej lata temu przyjaciółki Magdy, której straty bohaterka nigdy nie przebolała.
    Gacek w warstwie kryminalnej zastosowała sprawdzony schemat -  kluczową rolę w wyjaśnieniu zbrodni odgrywa osoba, która formalnie nie uczestniczy w śledztwie. W powieści Gacek jest nią Magda, osoba nieco roztrzepana i zwariowana przez co wprowadza do dochodzenia trochę chaosu, ale też niebanalnych rozwiązań, które pozwalają na wyjaśnienie sprawy. Intryga "W" jak morderstwo nie jest nazbyt rozbudowa i skomplikowana, nie ma w niej nazbyt wielu pobocznych wątków, piętrowych zmyłek, odwracanych twistów. Określiłbym intrygę jako solidną, w której wszystko jest na miejscu, pasuje do siebie bez problemu. Inaczej rzecz ujmując, intryga kryminalna jest w powieści dobrze poukładana. Widać w niej po prostu rękę doświadczonej scenarzystki.
    Równie ważna jak kryminalna jest w powieści Gacek warstwa obyczajowa. Na plan pierwszy zdaje się wysuwać obraz wspólnoty zamieszkującej Podkowę Leśną. Jest to jedno z wielu niewielkich miast  aglomeracji warszawskiej - jednak dosyć osobne i osobliwe, przede wszystkim dlatego że mieszka tam wielu ludzi majętnych albo uprawiających wolne zawody, którzy tworzą społeczność mocno połączoną więzami przyjacielskimi czy towarzyskimi. Gacek bardzo udanie i ciekawie oddaje specyfikę i rytm życia w tej urokliwej mieścinie położonej wśród sosnowych lasów. Dla mnie jednak zdecydowanie najistotniejszy, a rzekłbym, że nawet kluczowy, jest inny wątek obyczajowy - relacji Magdy z mężem Tomkiem. Relacji jak najbardziej toksycznej. Magda jest kobietą niepewną siebie, o zaniżonej samoocenie, niezdolną do walki o swoje. Jest kobietą, która wszystkich ze wszystko przeprasza, typem "przepraszam, że żyję", co mają jej za złe przyjaciele. Wykorzystuje to bezwzględnie mąż, który, mimo iż Magda ma konkretny fach (jest lekarzem weterynarii), wpycha ją w rolę kury domowej. Magda ma zajmować się dziećmi, dbać, by w domu było czysto a obiad wjeżdżał na stół zaraz po powrocie męża z pracy. Ma po prostu robić, co Tomek jej każe, realizować jego, tradycjonalistycznie męską, wizję kobiety i żony. I oczywiście pod żadnym pozorem nie robić nic wbrew woli męża. W dyskursie publicznym wiele się już mówiło i mówi o przemocy wobec kobiet, rzadko jednak dotyka się problemu przedstawionego przez Gacek, zagadnienia subtelnej przemocy psychicznej. Tomek nie jest agresywny wobec Magdy, nie poniewiera żoną, jednak łamie jej charakter i zamyka w klatce własnych wymagań, odbierając zdolność samostanowienia. To też forma przemocy, moim zdaniem nawet okrutniejszej od fizycznej, ponieważ trudniej jest tego rodzaju przemocy dać odpór. Może nieco paradoksalnie, dopiero zderzenie bohaterki z namacalnym złem poza domem daje jej siłę do uporania się ze złem, które zalęgło się w jej domu.
    "W" jak morderstwo jest lekkim kryminałem o nielekkich sprawach. Lekkim ponieważ napisanym z polotem, stylistyczną potoczystością i sporą dawką inteligentnego humoru. O nielekkich sprawach, ponieważ Gacek pisze o poważnych problemach, jakimi są przemoc psychiczna wobec kobiet oraz zmaganie się z traumą po zaginięciu bliskiej osoby. Trochę wygląda to tak, jakby Gacek połączyła ogień z wodą. I przy tym się nie poparzyła! Autorka pozostaje w zdrowiu, myślę więc, że spokojnie może zacząć pisać kolejną część przygód Magdy, która już przestała być "klasyczną kurą domową".


środa, 19 grudnia 2018

Mamusia, tatuś i spękany synek

  

Nazwisko zmienił, ale wciąż był Inny. A potem zwariował.
Aleksander Kaczorowski, Ota Pavel. Pod powierzchnią 1)

    Ota Pavel... Autor Śmierci pięknych saren (1971), jednego z najlepszych zbiorów opowiadań w historii literatury europejskiej, książki która jest ceniona i chętnie czytana po dziś dzień. Człowiek, który był (...) Żydem. Pół-Żydem. Zebrą, jak mawiał w żartach ojciec (AK, s. 36) i którego naznaczyły tragedie wpisane w żydowski los w XX wieku. Po II wojnie światowej dziennikarz i członek Komunistycznej Partii Czechosłowacji, który napisał wiele propagandowych agitek. W końcu - cyklofrenik, który kilka lat spędził w zamkniętych oddziałach szpitali psychiatrycznych. Przy takich faktach z życia biografowi łatwo jest skusić się na podbicie, wyeksponowanie rozrachunkowych czy bardziej sensacyjnych wątków w opowieści o osobie, o której pisze. Tym bardziej obecnie, kiedy na rynku wydawniczym jest spore zapotrzebowanie na biografie czy opowieści biograficzne zorientowane na „odkrywanie całej prawdy” albo „nowych, nieznanych faktów” na temat mniej lub bardziej znanych postaci z historii. Aleksander Kaczorowski oparł się tej pokusie. Oczywiście, łatwo rzecz całą skwitować stwierdzeniem, że autor biografii Bohumila Hrabala i Vaclava Havla zbyt ceni pisarstwo Pavla, by jego kosztem zapewnić sobie tani poklask i duży nakład. Jak mi się zdaje, Kaczorowskiemu chodziło nie tylko o przybliżenie sylwetki świetnego czeskiego pisarza, ale przede wszystkim o odkrycie, kim był i dlaczego dokonywał takich a nie innych wyborów życiowych. Wymagało to od autora biografii nie tylko sumienności, ale również znalezienia odpowiedniej konstrukcji tekstu biografii. I Kaczorowski znalazł nośny schemat konstrukcyjny, stawiając na przeplatanie trzech konsekwentnie prowadzonych wątków, co koresponduje z wielowątkowością nowelistyki czeskiego pisarza.

Syn mamusi, która za męża miała mojego tatusia 2)
   
    Szkieletem książki Kaczorowskiego jest, jak łatwo się domyślić, historia życia Pavla. Pisarz urodził się w 1930 roku jako Otto Popper w rodzinie mieszanej, jego ojciec był Żydem, matka czeską katoliczką (choć niepraktykującą). Dzieciństwo Otto miał szczęśliwe, Popperom nieźle się powodziło, bo jego ojciec Leon był odnoszącym sukcesy w pracy przedstawicielem handlowym szwedzkiej firmy Elektrolux, produkującej sprzęt gospodarstwa domowego (Pavel najpełniej pisał na ten temat w opowiadaniu W służbie Szwecji z tomu Śmierć pięknych saren). Potem przyszła wojna i Popperowie oraz cała ich rodzina, mimo iż bardziej czuli się Czechami niż Żydami, wciągnięci zostali w tryby nazistowskiej machiny śmierci. Ojciec Pavla oraz jego dwaj starsi bracia trafili do obozów zagłady (przeszli między innymi przez obóz koncentracyjny w Terezinie), ale udało im się przeżyć, tak samo jak przyszłemu pisarzowi i jego matce, Herminie, którzy w czasie wojny mieszkali w niewielkiej miejscowości niedaleko Pragi. Po wojnie Otto zaczął pracę w radio, przez lata (z przerwą na służbę wojskową) zajmował się robotą dziennikarską, specjalizując się przede wszystkim w tekstach o tematyce sportowej (napisał między innymi zbiór reportaży o piłkarzach świetnej drużyny klubowej Dukli Praga, zatytułowany Dukla mezi mrakodrapy, 1964). W 1955 roku cała rodzina Oty zmieniła nazwisko z Popper na Pavel. Na początku roku 1964 dotknął pisarza pierwszy atak choroby psychicznej, o którym tak pisał w tekście Epilog: Dostałem pomieszania zmysłów na olimpiadzie w Innsbrucku. Mózg mi się zaćmił, jak gdyby spłynęła mgła z Alp. Zobaczyłem pewnego pana jako diabła w całej okazałości, miał rogi, kopyta, sierść i wiekowe spróchniałe zęby. Potem poszedłem w górę nad Innsbruckiem, żeby podpalić zabudowania wiejskie. Byłem przekonany, że taka jasność rozproszy mgłę (OP, s. 214). Dla Pavla zaczęły się lata szpitalnej gehenny, kolejne hospitalizacje, krótkie momenty poprawy stanu zdrowia, myśli samobójcze i dopiero terapia, nowatorska na ówczesne czasy, węglanem litu, pozwoliła pisarzowi w miarę normalnie żyć, choć miała poważne skutki uboczne i najprawdopodobniej przyczyniła się do jego przedwczesnej śmierci (Kaczorowski dotarł do ludzi, których zdaniem nastąpiła ona na skutek niewłaściwej opieki w szpitalu psychiatrycznym i złego dawkowania leków). Pavel przeszedł na rentę, mniej zajmował się tekstami stricte dziennikarskimi, za ta skupił się na tym, co chciał robić już od jakiegoś czasu - pisaniu prozy. Za życia pisarza ukazał się tylko jeden tom jego opowiadań, Śmierć pięknych saren. Zmarł 31 marca 1973 roku.
    Proza Pavla, mimo iż autor dotyka w niej trudnych tematów, takich chociażby jak Zagłada, pełna jest akceptacji życia, ciepła i harmonii, co do pewnego stopnia brało się z faktu, że opisywał w niej (przede wszystkim w Śmierci pięknych saren) lekko zmitologizowaną krainę dzieciństwa. Paradoksalne może więc się zdawać, że czeski pisarz był człowiekiem wewnętrznie spękanym, rozchwianym nie tylko z powodu choroby psychicznej; człowiekiem, rzekłbym, „pomiędzy”. Pavel miał żydowskiego tatusia, jednak przez długi czas zdawał się nie interesować żydowskim dziedzictwem; zmianę nazwiska na czeskobrzmiące przyjął bez emocji. Dopiero choroba i zwrócenie się ku pisaniu prozy sprawiły, iż zrozumiał, (...) że czeskość i żydowskość współistnieją w nim; że on sam może je współtworzyć swoim pisaniem (AK, s. 217), i w końcu Odnalazł swój żydowski krąg (AK, s. 218), dodam - także kulturowy. Był komunistą, jako młody człowiek aktywnie uczestniczył w propagowaniu nowego ustroju, później dostrzegał „błędy i wypaczenia”, ale nie przeciwstawiał się im, nie protestował, w odróżnieniu od wielu kolegów po piórze. W końcu - był cenionym dziennikarzem sportowym, który bardzo chciał być pisarzem, przez co w środowiskach tak dziennikarzy, jak i pisarzy traktowany był z dystansem. Jedna z czeskich dziennikarek tak postrzegała miejsce Pavla: Literaci uważali go wyłącznie za sprawnego dziennikarza sportowego, podczas gdy dziennikarze sportowi za zakompleksionego literata (AK, s. 267).
    Będąc człowiekiem „pomiędzy”, Pavel - świadomie bądź nie - szukał stałych punktów odniesienia, które pozwoliłyby mu dookreślić się, wyznaczyć kierunki w drodze ku znalezieniu jako tako spójnej tożsamości. Bez wątpienia poszukiwał ich pośród bliskich, w rodzinie. Bardzo ważną osobą dla pisarza był ojciec, człowiek mocny i wyrazisty, któremu nie przez przypadek poświęcił wiele miejsca w swoich opowiadaniach. Z drugiej strony, pierwszy zbiór opowiadań Pavel zadedykował mamusi, która miała za męża mojego tatusia, a nie tatusiowi, który miał za żonę moją mamusię. Matka była dla pisarza ważna, kto wie, czy nie pisałby o niej więcej, gdyby dane było mu żyć dłużej. Inny punktem odniesienia była natura. Pavel był zapalonym wędkarzem, właściwie cały drugi tom opowiadań pisarza, Jak spotkałem się z rybami, skonstruowany został wokół tematu wędkowania. Chociaż nie chodziło w tym przypadku tylko i wyłącznie o łowienie ryb, lecz właśnie o kontakt z naturą, ukochaną rzeką Berounką, nad brzegi której wracał przed całe życie, szukając spokoju, szczęścia i harmonii, której nie czuł w sobie. Autor Śmierci pięknych saren tak pisał o tej rzece: I właściwie to nie wiedziałem, dlaczego tak rzekę kocham. Może dlatego, że są w niej ryby, albo też dlatego, że jest wolna i nie spętana? Że nigdy się nie zatrzymuje? A może dlatego, że szumi i nie daje zasnąć? Może dlatego, że jest tu od wieków, albo dlatego, że codziennie jej wody umierają gdzieś w dali? Albo dlatego, że możesz po niej płynąć i że możesz w niej umrzeć (OP, s. 131). I wreszcie ostatnim, i najpewniej najważniejszym punktem odniesienia w życiu Pavla stało się samo pisarstwo. Dosyć szybko zdał sobie sprawę, że chce pisać prozę, że nosi w sobie historie, które domagają się ubrania w słowa. Nie wiedział jednak, jak się do tego zabrać. Był perfekcjonistą, znanym z tego, że wielokrotnie poprawiał niemal każdy przygotowywany tekst, miał też świadomość własnych braków - nie miał studiów, jako dziecko i nastolatek niemal nie czytał książek, starał się więc dokształcać na własną rękę, przede wszystkim czytając klasyków literatury, kiedy tylko miał na to czas. Dopiero po tym kiedy zachorował, Pavel na poważnie wziął się do pisania opowiadań, traktując to do pewnego stopnia jako element terapii. W jednym z listów do najstarszego brata Hugona tak Pavel pisał: Wiem, że już tylko praca może mnie ocalić (...), moim najskrytszym pragnieniem - jeśli mi zdrowie pozwoli - jest napisać o zwyczajnym życiu. O starym Prošku, o Frańku z pensjonatu U Rozvědčika, o pustelniku ze Skryj, tom opowiadań o naszym tatusiu i mamusi (AK, s. 308). Chęć zostania prozaikiem była u Pavla niemal obsesyjna. Kaczorowski stwierdza: Pisarstwo rzeczywiście było jego kuracją (AK, s. 236). Ale czy nie stanowiło ono nie tylko kuracji, ale również objawu choroby? I tu dochodzę do kluczowego dla zrozumienia losów czeskiego pisarza zagadnienia choroby psychicznej.
    U Pavla lekarze zdiagnozowali cyklofrenię, chorobę efektywną dwubiegunową. Dlaczego pisarz zachorował? Psychiatrzy podejrzewali, że przyczyną choroby Pavla było długotrwałe przepracowanie, ogólne osłabienie organizmu, a także obciążenie genetyczne (wśród jego krewnych ze strony ojca były przypadki schorzeń psychicznych) (AK, s. 191). Bez wątpienia sensowne wytłumaczenie. Jednak czy do nagłego ataku choroby nie przyczyniły się problemy pisarza z tożsamością, samookreśleniem czy - w końcu - zaakceptowaniem własnej Inności? Pavel był wychowywany jak zwyczajne czeskie dziecko, dopiero w czasie wojny w bestialski sposób uświadomiono mu, że jest Inny, a i po wojnie kolejne antysemickie nagonki przypominały mu, kim jest - Pół-Żydem. Zebrą, a więc nie-swoim. Wydawało się, że przez wiele lat pisarz nie miał problemu z żydowskim dziedzictwem. Nie mówił na ten temat, ani nie pisał, a przynajmniej nie pozostawił świadectw tekstowych na ten temat. Zarządzoną przez ojca zmianę nazwiska wszystkich członków rodziny na czeskie, jak już wspominałem, Pavel przyjął bez komentarza. Podobnie zresztą jak nie komentował rosnącego zawodu komunistyczną utopią. Ale czy Pavla to nie dręczyło, nie bolało? Nie niszczyło go od środka? Być może jego częste wyjazdy nad rzekę, na ryby były rodzajem ucieczki od skomplikowanego świata i niekonkluzyjnych myśli ku rzeczywistości prostych doznań i wartości. Tego do końca nie wiemy. Pavel bardzo mało pisał o doświadczeniu choroby psychicznej, nie chciał się odsłaniać, słusznie podejrzewając, że niekoniecznie spotka się ze zrozumieniem. Kaczorowski w biografii czeskiego pisarza nie szuka ostatecznych odpowiedzi na pytania o chorobę psychiczną Czecha. Wysłuchuje różnych ludzi, podaje możliwe wersje zdarzeń, mnoży wątpliwości, spekuluje. Myślę, że to dobra strategia, ponieważ spękanych osobowości nie powinno się opisywać tak, jakby były one spójną całością, bo wtedy nazbyt mogą się zbliżać do bałamutnych projekcji.

Przypadki wiejskich Żydów
   
    Ważnym dopełnieniem biografii Pavla jest konsekwentnie rozwijany przez Kaczorowskiego przez całą książkę wątek historii czeskich Żydów, począwszy od końca XVIII wieku, dokąd sięga udokumentowana historia rodu Popperów, a skończywszy na latach 70. XX. Na terenach obecnych Czech na skutek regulacji prawnych wprowadzonych przez Habsburgów społeczność żydowska kształtowała się w specyficzny sposób, inny niż chociażby w na terenach Polski. W dużym stopniu składała się z Landesjuden, czyli Żydów wiejskich (jak Popperowie), żyjących w niewielkich skupiskach w czeskich wsiach, łatwo się asymilujących, niezbyt przewiązanych do tradycji czy religii przodków. Ojciec pisarza był Żydem, nosił niemieckie nazwisko, ale uważał się za czeskiego patriotę i w takim duchu wychował synów (AK, s. 36). Dlatego doświadczenia wojenne, zinstytucjonalizowany antysemityzm napędzający mechanizm Zagłady, tak mocno, wręcz traumatycznie dotknął Popperów i wpłynął na ich powojenne wybory. Ojciec Pavla, jego bracia a w końcu sam pisarz zapisali się do partii komunistycznej, zaufali komunistycznej utopii, ulegając złudzeniu, że komunistyczny internacjonalizm to najlepsze remedium na antysemityzm (AK, s. 91). I bardzo szybko przekonali się, że to faktycznie nic innego jak tylko złudzenie. W czasach stalinowskich zaostrzał się terror, w roku 1952 odbył się proces sekretarza generalnego KPCZ Rudolfa Slánský’ego i innych prominentnych komunistów oskarżonych o to, że stanowią syjonistyczno-amerykańską agenturę. Na czternastu oskarżonych jedenastu było Żydami. To był cios dla ojca pisarza, który w opowiadaniu Bieg przez Pragę w przejmującej scenie opisał rozpacz ojca po procesie, stwierdzając, że właśnie wtedy rodzic przestał być komunistą i znowu stał się Żydem. A co z samym Pavlem? Kaczorowski sugeruje, że pisarz po trzydziestce (...) nie był już naiwnym, czeskim komunistą, który miał „żydowskiego tatusia” (AK, s. 216), ale też nigdy nie stał się czeskim dysydentem. Może walcząc z chorobą, zwyczajnie nie miał dość sił, by jeszcze walczyć z system. A może zadziałał jego „ucieczkowy” charakter. Pavel uciekał nad ukochaną rzekę, uciekał również w pisanie. I to właśnie w swojej prozie zmagał się z problem żydowskiego dziedzictwa.
    W ostatnich dziesięcioleciach wielu polskich reportażystów, by wspomnieć tylko Mariusza Szczygła czy Mariusza Surosza, na różne sposoby pisało o historii Czechosłowacji. Chyba jedna nikt nie ukazał w tak pełny i konsekwentny sposób pogmatwanej historii czeskich Żydów, jak Kaczorowski.

Zobaczyć, poczuć

    W biografii Pavla znajduje się, wprawdzie niewielki, acz znaczący, wątek (może nawet nie tyle wątek sensu stricto, co raczej garść uwag spisywanych na marginesie), w którym objawia się sam biograf. Część zawartych w nim uwag ma charakter, by tak rzec, dokumentacyjny; Kaczorowski na przykład zdaje w nich relacje ze spotkań z ludźmi, którzy znali pisarza. Inne z nich na pierwszy rzut oka zdają się dosyć oderwanymi od głównego toku narracji biograficznej komentarzami i zwierzeniami, a to o dziecięcej fascynacji biografa kolarskim Wyścigiem Pokoju, to znowu o dziadku, który trafił do obozu zagłady. Czy chodzi tylko o rodzaj autotematycznych wtrętów, mających niejako od kuchni pokazać proces powstawania biografii Pavla, ubarwić tekst? Chyba nie do końca. Kaczorowski, jak mi się zdaje, poszukuje przestrzeni wspólnoty z czeskim pisarzem. Oczywiście, nie chodzi o wspólnotę pokoleniową, bo o takiej mowy być nie może, lecz o wspólnotę doznań, przeżyć i przemyśleń. Dlatego między innymi Kaczorowski odwiedza miejsca, w których przebywał Pavel, wędruje wzdłuż rzeki Berounki. Chce chyba nawet nie tyle zrozumieć Pavla, co poczuć go, odnaleźć jego „ducha”, odkryć to, co znajduje się „pod powierzchnią” życia objawiającego się w udokumentowanych świadectwach. Poza tym co napisane, raczej w przeżyciu niźli słowie. 
   
    We współczesnej polskiej biografistyce widać wyraźny trend, który nazwałbym dokumentacyjnym. Tego rodzaju biografie zasadzają się na bardzo skrupulatnej dokumentacji faktów z życia osoby, o której pisze biograf. W efekcie czytelnik dostaje do ręki biografię, która w dużym stopniu jest ciągiem przytoczeń - tekstów, dokumentów, świadectw; zostaje niejako zasypany mnogością suchych faktów. Nie ma w nim za wiele miejsca na niejednoznaczność, spekulację, nie ma chęci uchwycenia „ducha” przedstawianej osoby. Kaczorowski, splatając w biografii Pavla przedstawione przeze mnie wątki, wychodzi poza biograficzny konkret, co w przypadku osobowości tak skomplikowanych, niejednoznacznych, spękanych, jak czeski pisarz daje bardzo dobre efekty. Bez wątpienia Ota Pavel. Pod powierzchnią jest jedna z najlepszych biografii, jakie czytałem w ostatnim czasie.

Przypisy
1) A. Kaczorowski, Ota Pavel. Pod powierzchnią, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018, s. 235. Dalej w tekście cytaty z książki są oznaczane: AK z podaniem strony.
2) O. Pavel, Śmierć pięknych saren. Jak spotkałem się z rybami, przeł. A. Czcibor-Piotrowski, J. Waczków, Świat Literacki, Izabelin 2004, s. 5. Dalej w tekście cytaty z książki są oznaczane: OP podaniem strony.

Tekst ukazał się w dwumiesięczniku "Nowa Dekada Krakowska", nr 2-3, 2018.

niedziela, 16 grudnia 2018

Kolejna edycja Kryminalnej Piły 





I oto rusza kolejna, szósta już, edycja Nagrody Kryminalnej Piły dla najlepszej miejskiej powieści kryminalnej. Bardzo jestem ciekawy, kto w przyszłym roku otrzyma nagrodę. Przypomnę, że laureatem poprzedniej został Marek Krajewski za powieść Mock. Ludzie zoo.


Więcej informacji: 
http://blog.kryminalnapila.pl/nagroda-kryminalnej-pily-2018/?fbclid=IwAR3f9gUsekAjtU0oocnV2RIwYciZvstBCLTI8Dfz5xJCaVu3w4XWpNxjn0s

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Kryminał autotematyczny


Anthony Horowitz, Pogrzeb na zamówienie, przeł. Maciej Szymański, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2018, s. 344.

    No proszę, wydawało mi się, że jeśli chodzi o powieści kryminalne, nikt nie jest mnie w stanie niczym zaskoczyć, jednak Anthony Horowitz zdołał to jednak zrobić. Ten angielski prozaik i scenarzysta licznych seriali telewizyjnych dał się u nas poznać przede wszystkim jako pisarz ciekawie i pomysłowo wpisujący swoje fabuły w istniejące już, poniekąd  - choć nie lubię tego słowa - kultowe tekstowe światy, choćby w opowieści o Sherlocku Holmesie (na przykład powieść Moriarty) czy Bondzie (Cyngiel śmierci). W Pogrzebie na zamówienie Horowitz stworzył historię od A do Z własną, i do tego jaką! Jest to bowiem kryminalna powieść autotematyczna, czyli rzecz o pisaniu powieści kryminalnej. Czegoś takiego jeszcze nie czytałem.
    Zanim napiszę o warstwie autotematycznej w nowej powieści angielskiego pisarza, jak dla mnie najbardziej interesującej w tym tekście, słów kilka o intrydze kryminalnej, bo oczywiście jest i takowa - w końcu bez niej nie byłby to kryminał. Samotna kobieta w średnim wieku, niejaka pani Cowper odwiedza londyński zakład pogrzebowy, gdzie zamawia własny pogrzeb, dokładnie opisując, jak ma on wyglądać. I tego samego dnia zostaje uduszona we własnym mieszkaniu. Przypadek? Sprawa jeszcze bardziej komplikuje się, kiedy po pogrzebie kobiety zostaje zadźgany jej syn, znany aktor, robiący karierę w Hollywood. Londyńska policja nie przepada za tak dziwacznymi kejsami, więc zatrudnia konsultanta od co trudniejszych przypadków, byłego gliniarza Hawthorna. Ten zaś zwraca się z propozycją specyficznej współpracy do znanego pisarza... Anthony'ego Horowitza, którego poznał wcześniej, kiedy pracował jako policyjny konsultant przy serialu. Nieźle, nieprawdaż?
    Sama intryga kryminalna została wykreślona jakby od linijki, nic jej nie brakuje, są zmyłkowe tropy, punkt kulminacyjny gdzie trzeba i pełna emocji końcówka. Trochę to - by tak rzec - mechaniczne, trochę przewidywalne, bo na przykład bardzo szybko domyśliłem się, kto jest zabójcą. Za to jednak motywacje zabójstw były dosyć specyficzne. Po prostu porządna rzemieślnicza robota i tyle.
    Hawthorn proponuje Horowitzowi ni mniej, ni więcej tylko opisanie w powieści śledztwa w sprawie śmierci Cowper. Oczywiście, z byłym policjantem jako głównym bohaterem. Pisarz początkowo wzbrania się, ponieważ nigdy wcześniej nie korzystał w powieściach z autentycznych zdarzeń, zawsze wymyślał fikcyjne intrygi. Poza tym nie przepada za samym Hawthornem (za chwilę wyjaśnię dlaczego). W końcu Horowitz daje się jednak namówić i towarzyszy w śledztwie. Dzięki temu pisarz pozwala czytelnikowi nie tylko zobaczyć, w jaki sposób powstaje powieść kryminalna od momentu pojawienia się pomysłu, ale także ujawnia tajemnice swojego warsztatu. W Pogrzebie na zamówienie jest wiele ciekawych wątków ukazujących sposoby i chwyty, z jakich Horowitz korzysta, tworząc czy to to powieści kryminalne, czy to scenariusze filmowe. Jak również pokazujących pisarskie życie i pracę na co dzień. Na zachętę krótki cytat dotyczący spotkań autorskich z czytelnikami: "Niekiedy czuję się wręcz jak sceniczny kabareciarz - tyle że pytania, które zadają mi słuchacze, nigdy się nie zmieniają, a ja opowiadam w nieskończoność te same dowcipy". Czyż podobnych odczuć nie mają też polscy pisarze?
    Bardzo interesujący w nowej powieści Horowitza jest też wątek relacji między pisarzem a Hawthornem. Były glina jest świetnym, dociekliwym, błyskotliwym i skutecznym śledczym, obdarzonym umiejętnością dedukcji w typie Holmesowskim. Przy tym jednak jest bardzo trudnym człowiekiem. Hawthorn jest nieprzyjemny, zgryźliwy, wybuchowym. Kiedy prowadzi śledztwo, tak bardzo skupia się na pracy, że niemal przestaje zwracać uwagę na innych, o czym boleśnie przekonuje się Horowitz. Do tego były glina jest enigmą, nie chce o sobie mówić, chroni swoją prywatność, co bardzo irytuje, ale i intryguje pisarza. Pogrzeb na zamówienie jest więc również historią swoistego śledztwa, które prowadzi pisarz, aby odkryć, kim właściwie Hawthorn jest i dlaczego tak a nie inaczej się zachowuje.
    Pogrzeb na zamówienie Horowitza jest dobrą powieścią kryminalną, ale też czymś w rodzaju swoistego podręcznika pisania kryminałów. Świetna, pomysłowa rzecz, naprawdę świetna.
   

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Nie lubił pojedynków


Marek Krajewski, Mock. Pojedynek, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, s. 423.

    Pisałem już o tym, ale z chęcią powtórzę: nowy cykl Marka Krajewskiego z młodym Eberhardem Mockiem jest naprawdę dobry, powiem więcej - z powieści na powieść coraz lepszy. Po niezbyt - moim zdaniem - udanej przygodzie z komisarzem Popielskim pisarz z Wrocławia odzyskał świeżość, otworzył się na nowe rozwiązania. I tak, w nowej powieści serii, Pojedynku, połączył kryminał retro z powieścią uniwersytecką. Już samo w sobie jest to warte uwagi, zważywszy, że w naszej tradycji literackiej, w odróżnieniu od anglosaskiej, powieść uniwersytecka praktycznie nie istnieje, zdarzały jedynie pojedyncze realizacje tego podgatunku.
    Jest rok 1905, Mock studiuje na uniwersytecie w Breslau i nie jest mu lekko. Jest przecież synem szewca, wiecznie brakuje mu pieniędzy, więc gdzie mu do synów zacnych niemieckich czy polskich rodzin oraz zagranicznych studentek (choć jedna zawróci mu w głowie). Do tego nie należy do żadnej korporacji studenckiej, bo gardzi ich obyczajami, a szczególnie rozpanoszonym zwyczajem pojedynkowania się "o honor". Mówiąc krótko, znajduje się właściwie na marginesie studenckiego życia, ale studiuje pilnie, ewidentnie ma dryg do łaciny, jednocześnie próbując się utrzymać na powierzchni życia. Sytuacja zmienia się, kiedy w dziwnych okolicznościach zaczynają ginąć wykładowcy uniwersyteccy. Mock zostaje wciągnięty w skomplikowaną intrygę, będzie musiał zrewidować swoje podejście do pojedynków. I spotka człowieka, który diametralnie odmieni jego życia.
    W Pojedynku Krajewski obszernie pisze o środowisku uniwersyteckim Breslau początków XX wieku. Niektóre historie brzmiały mi znajomo. Naukowcy walczący - czasami bezpardonowo - o wpływy, katedry czy choćby uznanie; promujący teorie o wątpliwej jakości intelektualnej (w powieści to przypadek Towarzystwa Krzewienia Higieny Rasowej) - z tym na uniwersytetach mamy do czynienia po dziś dzień. Na szczęście niesławna "instytucja" pojedynków zniknęła. Wiązała się ona ze środowiskami korporacji studenckich, które w owym czasie miały duże wpływy i w praktyce organizowały życie studentów. Korporanci czcili ponad miarę honor i odwagę, co było źródłem pojedynków. W tych czasach pojedynki były już zakazane prawnie, było jednak społeczne przyzwolenie na nie. Nic dziwnego, skoro blizny po pojedynkach uznawano za oznakę odwagi i męskości. Tyle tylko że często pojedynki z założenia "o honor" były wykorzystywane w porachunkach czy intrygach, które z "honorem" nie miały nic wspólnego. O czym Krajewski też pisze.
    W Pojedynku Krajewski wyjawia, w jaki sposób Mock trafił do policji. Jak już wspomniałem, biedny student z Wałbrzycha zostaje wciągnięty w nieoficjalne śledztwo w sprawie dziwnych zgonów nauczycieli uniwersyteckich. Oczywiście, sam nie jest w stanie go poprowadzić, pomaga jedynie prywatnemu detektywowi, a wcześniej policjantowi, Eugsterowi. Detektyw uczy Mocka nie tylko posługiwania się bronią czy strategii dochodzeniowych, ale również pokazuje świat od innej, mroczniejszej strony. Zostaje mentorem studenta. Wcześniej jego mentorami byli wykładowcy. Mock staje na życiowym rozdrożu. Dostrzega, że uniwersytet wcale nie jest światem dobra i prawdy, z drugiej strony waha się przed wejściem w mroczną rzeczywistość zbrodni i występku. Choć wiemy, co koniec końców Mock wybierze, opowieść o tym, w jaki sposób bohater doszedł do podjęcia decyzji o zostaniu policjantem jest zajmująca, bo pełna rozterek, wahań, zderzeń twardej rzeczywistości z naiwnymi wyobrażeniami o niej; innymi słowy jest psychologicznie pogłębiona. A wreszcie - z Pojedynku dowiadujemy się, skąd wzięło się słynne "imadło", którym Mock, już jako policjant, złamał niejednego przestępcę.
    Pojedynek Krajewskiego jest świetnym kryminałem retro. Powiem krótko: czekam na więcej historii o młodym Mocku.