piątek, 7 sierpnia 2020

Robert Ziębiński, Dzień wagarowicza

 

Zimnowojenne potwory


Robert Ziębiński, Dzień wagarowicza, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2020, s. 274.


    Ostatnimi laty proza gatunkowa ma się w Polsce całkiem dobrze, za jednym wyjątkiem – horroru. Zresztą z horrorem jest u nas problem od bardzo dawna i to nie tylko w literaturze, ale również w filmie. Mało autorów, mało tytułów i jeszcze mniej lekturowej satysfakcji dla czytelników. W ostatnich miesiącach coś się zaczęło w tej kwestii zmieniać. Delikatnie. W marcu (nieszczęśliwie w początkach pandemii) miał premierę filmowy slasher w reżyserii Bartosza M. Kowalskiego W lesie dziś nie zaśnie nikt. I jest to chyba jedyny polski horror, który obejrzałem z zaciekawieniem do końca, chociaż nie jestem pewien, czy reżyser chciał nakręcić pastisz gatunku, czy też horror na poważnie. Niedawno opublikowana została powieść Robert Ziębińskiego Dzień wagarowicza, w której autor nawiązuje do konwencji horroru z lat 50. ubiegłego wieku i opowieści o obłąkanych naukowcach zmieniających naturę świata zawsze z tym samym skutkiem – na gorzej.
    Akcja powieści rozgrywa się wiosną 1956 roku. Do rządowej daczy nad Jeziorem Śniardwy przyjeżdża grupa nastolatków, z córką jednego z partyjnych przywódców Ochaba na czele, by na zabawie spędzić kilka dni. W okolicznych lasach znajduje się tajna placówka badawcza nadzorowana przez Rosjan, w której naukowcy pracują nad projektem, mogącym mieć wielkie znaczenie dla towarzyszy z Moskwy. W niedalekiej wsi mieszka Roman, były cyngiel AK, który zaszył się na Mazurach, by wymknąć się komunistom, ale również w samotności przeżywać traumy z przeszłości. Coś zabija konie Romana a dalej… A dalej to już wiadomo, bo przecież horrory tego typu budowane są na czytelnych schematach. Dalej jest masakra.
    Cenię horrory, których autorzy, jak choćby niezrównany Stephen King, dużą wagę przykładają do ukazywania tła, miejsca akcji. Na szczęście należy do nich również Ziębiński. Rzeczywistość Mazur lat 50. XX wieku została w powieści umiejętnie wpleciona w makabryczną akcję. Ziębiński ze znawstwem ukazuje realia regionu, ale przy tym nie zarzuca czytelnika zbędnymi szczegółami, opisami – daje ich tyle, by oddać klimat i miejsca, i czasów. W ogóle dałbym autorowi dużego plusa za wybór Mazur lat 50. na miejsce akcji Dnia wagarowicza, bo o ile o Dzikim Zachodzie, czyli zachodnich ziemiach odzyskanych pisano już w prozie gatunkowej sporo, o tyle powojenne Mazury wciąż jeszcze są lokacją słabo wykorzystaną przez pisarzy.
    Akcji powieści Ziębińskiego też nie mam nic do zarzucenia. Kto ma zginąć, ginie, w scenach mordów autor nie przesadza z makabrą i okrucieństwem, akcja trzyma właściwe tempo do samego końca, a postaci są wyraziste w wystarczającym stopniu. Oczywiście, jak już wspomniałem, historia zbudowana została ze schematów, które dla odbiorców obeznanych z gatunkiem są czytelne, więc trudno o większe zaskoczenia. Ale w slasherach chodzi głównie o to, aby cieszyć się fabułą porządnie zbudowaną ze znanych elementów. A Ziębiński bez wątpienia stworzył swoją opowieść o mazurskiej makabrze ze znawstwem.
    Trochę zgrzytał mi momentami nazbyt prosty i skrótowy styl prozy Ziębińskiego. Jednak wiem, że mam rodzaj stylistycznej fiksacji (nic na to nie poradzę). Poza tym – tak, zdaję sobie sprawę, że horrory czyta się nie po to, by smakować piękno językowych fraz i podziwiać kunsztowne zdania.
    Dzień wagarowicza to porządna rzemieślnicza robota w dziedzinie horroru wykonana przez fachowca. Da się i w Polsce? Da się.

czwartek, 9 lipca 2020




Podejrzana wiedza


Robert Harris, Drugi sen, przeł. Andrzej Szulc, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2020, s. 383.


    Zadebiutować porywającą, szeroko zakrojoną historią alternatywną świata po II wojnie światowej? Nie ma sprawy, tak oto powstał Vaterland. Stworzyć powieści historyczne, zbudowane wokoło problemu władzy, z czasów starożytnego Rzymu? Ależ proszę bardzo, można na ten temat napisać całą trylogię rzymską. Zamienić historię gier politycznych, toczących się za murami Watykanu, w sensacyjną opowieść? Nic prostszego, co potwierdza Konklawe… A przecież wspomniałem jedynie o części dorobku Roberta Harrisa. Angielski autor jest jednym z najwszechstronniejszych pisarzy współczesnych, który z zadziwiającą swobodą posługuje się różnymi odmianami prozy gatunkowej i podgatunkami powieści, co szczególnie warte jest podkreślenia (i docenienia) w czasach, kiedy dominują pisarze wąsko wyspecjalizowani, tworzący w jednym gatunku albo wręcz powielający do znudzenia (czytelników, a i pewnie po trosze siebie samego) w kolejnych książkach schemat, który przyniósł im sukces. Harris ciągle poszukuje dla siebie nowych form powieściowych, testuje ich możliwości – moim zdaniem z sukcesem, ponieważ w kolejnych powieściach nie schodzi poniżej bardzo porządnej średniej. W najnowszej powieści również przygotował dla czytelników niespodziankę, bo Drugi sen jest powieścią postapokaliptyczną, choć oczywiści Harris potraktował tę formułę powieściową po swojemu. Z jakim skutkiem? Niezłym.
    Akcja Drugiego snu opiera się na czytelnym, często wykorzystywanym schemacie – oto młody bohater, który ma jasno wytyczoną ścieżkę życia i kariery, trafia na Tajemnicę, odkrywanie której całkowicie go odmieni. Jest nim ksiądz Fairfax, który ma na pozór proste zadanie do wykonania: jechać na głęboką angielską prowincję, by pochować proboszcza wiejskiej parafii i zaraz wracać. Na miejscu jednak okazuje się, że okoliczności śmierci proboszcza są mocno niejasne, zaś zmarły miał na plebanii mnóstwo zakazanych przez Kościół druków wydanych przez zdelegalizowane „Towarzystwo Antykwaryczne”. Czym się „antykwariusze” zajmowali i dlaczego podpadli Kościołowi?
    „Antykwariusze” zgrzeszyli zainteresowaniem badaniami pozostałości upadłej cywilizacji. Akcja powieści rozgrywa się w 1468 roku, realia mniej więcej przypominają późne średniowiecze albo wczesny renesans, ale jest to wiele wieków po zagładzie cywilizacji takiej, jaką znamy. Ludzkość powoli podniosła się z upadku, odwołując się do podstaw wiary o oddając się we władzę Kościołowi, natomiast traktując jako zło wcielone wszystko, co miało związek z nauką czy techniką. „Antykwariusze” poszukiwali pozostałości upadłej cywilizacji, których nie ostało się zbyt wiele: trochę plastykowych czy szklanych przedmiotów, tabliczki z symbolem nadgryzionego jabłka, które zapewne służyły do jakiejś formy komunikacji, szczątki budowli o nie do końca znanym przeznaczeniu. „Antykwariusze” są zdania, że wiedza o technicznych dokonaniach przodków może pomóc w rozwoju cywilizacyjnym, sprawić, że ludziom będzie żyło się lepiej. Tyle tylko że wiedza to władza. A władzę nad ludźmi niepodzielnie sprawuje Kościół, który pomógł przetrwać ludzkości w czasach upadku, i nie zamierza się nią z nikim dzielić.
    Jak już wspomniałem, postapokaliptyczna wizja Harrisa jest specyficzna i autor tak naprawdę więcej sugeruje, niż opisuje. Nie wyjaśnia, co spowodowało nagłą zagładę znanej nam cywilizacji, nie przedstawia dokładnie, w jaki sposób nastąpiło odrodzenie ludzkości. Ukazuje jedynie jego efekty, w niektórych dziedzinach życia dosyć wątpliwe. Czytelnicy, którzy szukają w powieściach szczegółowych opisów świata po apokalipsie, mogą czuć się powieścią Harrisa zawiedzeni. Mnie takie rozwiązanie, które otwiera przestrzeń dla wyobraźni odbiorcy, jak najbardziej odpowiada.
    Fabuła Drugiego snu zbudowana jest wokół zagadki kryminalnej, której punktem wyjścia jest śmierć prowincjonalnego proboszcza. Fairfax uparcie dąży do jej wyjaśnienia, ryzykując nie tylko kościelną karierę, ale i życie. I koniec końców ją rozwiązuje. Jak dla mnie wątek kryminalny w powieści Harrisa jest nazbyt schematyczny i niedopracowany. Podobnie jak zakończenie powieści, w którym autor funduje głównym bohaterom… Co? Tego oczywiście nie zdradzę, zaznaczę jedynie, że po finale Drugiego snu spodziewałem się nieco więcej. Co jednak nie zmienia mojej ogólnej oceny, że nowa powieść Harrisa przynosi ciekawą, autorską wersję powieści postapokaliptycznej z wyrazistym głównym bohaterem i akcją, która może jest nieśpieszna, ale przykuwająca uwagę.
    Koniec końców – Harris po raz kolejny dał radę.

piątek, 10 kwietnia 2020

Kazimierz Kutz - pisarz



Cykl – Zaległe lektury czasu pandemii (odcinek 2)


Kutz - pisarz, któremu się nie chciało


Kazimierz Kutz, Klapsy i ścinki. Mój alfabet filmowy i nie tylko, Wydawnictwo Znak, Kraków 1999, s. 358.


    Kazimierz Kutz, Hanys z Szopienic zmarły w 2018 roku, był świetnym reżyserem filmowym, telewizyjnym i teatralnym. Moim zdaniem jego Sól ziemi czarnej (1969) spokojnie mieści się w dziesiątce najlepszych polskich filmów XX wieku. Pewnie jednak niewiele osób wie, że Kutz był też bardzo ciekawym pisarzem, z poważnymi zadatkami na pisarza wybitnego – tyle tylko że nie za bardzo miał czas i ochotę na pisanie, nad czym nieodmiennie ubolewał redaktor Jerzy Illg we wstępach do książek autora Klapsów i ścinków. Ale po kolei…
    Skąd w ogóle przyszedł mi do głowy pomysł, by sięgnąć po książkę Kutza wydaną ponad dwadzieścia lat temu (oczywiście poza aberracjami czasu epidemii…)? Wcześniej nie czytałem Klapsów i ścinków, pewnie teraz również bym nie przeczytał, gdyby nie wydana pod koniec zeszłego roku książką Kutza Będzie skandal. Autoportret. Skandalu – oczywiście – nie było, co nie zdziwiło mnie nadmiernie, bo reżyser Pułkownika Kwiatkowskiego od dawna znajdował się – z różnych względów - poza radarami światka kulturalnego mainstreamu skupionego wokół stolicy, więc i ta  książka przeszła bez większego echa. Co za to było w książce? Opowiedziana z wyjątkową swadą i językowym biglem historia niemal pięćdziesięciu lat polskiego kina (osobista, szczera, bez zadęcia, ale również, co niestety mógł sugerować tytuł, pogoni za tanią sensacją) oraz prywatna historia samego Kutza, jego zmagań głównie z PRL-owską rzeczywistością, a także ze stałą reinterpretacją „centralnego pejzażu”, którym była dla reżysera śląskość.  
    Jak na tle książki Będzie skandal prezentują się Klapsy i ścinki? Już na pierwszy rzut oka ten tom pokazał, jak bardzo zestarzała się pisarska formuła alfabetów (abecadeł). Rozmaicie sprofilowane alfabety, tworzone przez mniej lub bardziej znane osoby, były bardzo popularne szczególnie w latach 90. XX wieku. Najczęściej miały wymiar publicystyczny, satyryczny albo wspominkowy i bardzo doraźny, ulotny charakter, czyli inaczej rzecz ujmując, dawały (o ile w ogóle…) chwilę lekturowej frajdy, a zaraz później się o nich zapominało. Nie inaczej jest w przypadku alfabetu Kutza, zawierającego portrety, wspomnienia, anegdoty czy krótkie notki na temat głównie ludzi filmu, ale również członków rodziny, sportowców czy znajomych, którzy z różnych powodów zapadli autorowi w pamięć lub byli istotni na pewnych etapach jego życia. Spora część zawartych w niej haseł wydaje się obecnie zupełnie nijaka, ot, notatki-wspominki ani literacko zajmujące, ani dotyczące ciekawych osób. Jednak zdarzają się w Klapsach i ścinkach prawdziwe perełki gatunku portretu literackiego. Kutz miał oko – co nie dziwi, w końcu był reżyserem – do ludzi. Nie tylko patrzył na nich, ale potrafił widzieć w niezwykłych perspektywach i skrótach. I nie bał się wyrażać opinii na ich temat – czasami mocnych i dosadnych. Co więcej, autor Klapsów i ścinków umiał w jednym, dwóch zdaniach ująć istotę prezentowanej osoby. Niech za przykład posłuży taka oto jednozdaniowa charakterystyka znanego reżysera: „Gdyby towarzystwo polskich filmowców wyobrazić sobie jako przycyrkowe zoo, to Krzysztof Zanussi byłby w nim niewątpliwie koniem paradnym”.
    Każdy prawdziwy pisarz – jestem o tym przekonany - ma kilka obrazów, scen czy historii, które określają ramy jego pisarstwa, do których mniej lub bardziej obsesyjnie powraca w kolejnych książkach. Wraca do nich, tworzy kolejne ich wersje przede wszystkim dlatego, że nie dają się łatwo uchwycić w tekście, przedstawić. W Klapsach i ścinkach jest ich naprawdę sporo. Historia „plemienia” ludzi uzależnionych od „SS-likieru”, czyli denaturatu, którzy mieszkali na hałdach pod Chropaczowem („Bryna”), romansowa opowieść o platonicznej miłości, która przetrwała dziesięciolecia (Hania-Ania Cz.) czy strzępy losów najbliższych Kutzowi osób (Matka) po prostu są świetnymi miniaturami prozatorskimi.
    Najważniejszym dziełem pisarskim Kutza jest oczywiście powieść Piąta strona świata wydana w roku 2010. Moim zdaniem jest to jedna z najlepszych polskich powieści powstałych w ostatnich dekadach – i jednocześnie jedna z najbardziej niedocenionych. Na słabą recepcję złożyło się kilka czynników. W swojej powieści Kutz połączył schematy prozy inicjacyjnej (z wyraźnie zaznaczonym wątkiem autobiograficznym) oraz „prozy małych ojczyzn”. Tyle tylko że w roku 2010 nurt „prozy małych ojczyzn” zdecydowanie wysychał i już nie cieszył się uznaniem krytyki literackiej (wtedy jeszcze krytyka literacka żyła, choć, prawdę powiedziawszy, ledwie dychała…), więc już na wejściu wieloaspektowa opowieść o Śląsku, licznych problemach śląskiej historii i tożsamości, do tego godnie doprawiona śląską godką nie mogła liczyć na entuzjastyczne przyjęcie. I nic takiego nie nastąpiło. Poza tym im dłużej się przyglądam naszej z każdym rokiem coraz bardziej centralizującej się kulturze, tym bardziej jestem skłonny przyznać rację Kutzowi, który często powtarzał, że Ślązak chcący zajmować się w swoich dziełach śląskością, raczej nie powinien liczyć w kraju na przesadne zrozumienie. Albo nawet żadne.


wtorek, 31 marca 2020



Puzzle zła


Dominik Rutkowski, Złe dzieci, Świat Książki, Warszawa 2020, s. 303.


    Bywają książki, których lektura przypomina układanie skomplikowanych puzzli bez znajomości obrazka, który ma się wyłonić z drobnych elementów. Śledzenie ich fabuły wymaga skupienia, które jednak łatwo jest utrzymać, bo czytającego napędzają ciekawość i napięcie. Co się objawi po dopasowaniu kolejnego fragmentu? Czy przed oczyma zamajaczy choćby cień całości? Jedną z nich są Złe dzieci Dominika Rutkowskiego.
    Powieść Rutkowskiego ma na wielu poziomach skomplikowaną konstrukcję. Akcja rozgrywa się na trzech planach czasowych. W 1944 roku do Warszawy przybywa kobieta w ciąży, by wziąć udział w pogrzebie swojego narzeczonego, oficera SS wysoko postawionego w hierarchii, który został zabity w wyniku akcji zbrojnej polskiego podziemia. Jak się okazuje, do końca nie chodzi wyłącznie o pogrzeb, a kobieta, pałająca nienawiścią do Polaków, popełnia zbrodnię. W 1984 roku w Warszawie zjawia się para Norwegów. Po stolicy oprowadza ich młody przewodnik Mietek, ale obcokrajowców samo miasta zdaje się zupełnie nie obchodzić, za to bardzo interesują ich cmentarze. Do tego Norwegowie zdają się być nieco dziwni, nic więc wyjątkowego że intrygują przewodnika, ale również zostają wzięci na cel przez esbeków. I w końcu współcześnie ta sama para z Norwegii znowu przyjeżdża do Warszawy i po raz kolejny wizytuje głównie cmentarze. Mietek za wszelką cenę postanawia odkryć skrywaną przez nich tajemnicę.
    Fabułę Złych dzieci komplikuje także mieszanie w nich przez autora wspomnień i wyobrażeń, faktów i mniej lub bardziej prawdopodobnych zmyśleń. Nie przez przypadek poszczególne całostki fabularne zaczynają się od fraz: „Wspominam…”, „Wyobrażam sobie…” Dwójka Norwegów i polski przewodnik starają się – napędzani różnymi motywacjami – rozwikłać zagadkę z przeszłości (nie mogę zdradzić zbyt wiele, żeby nie spojlerować), mając bardzo mało twardych, sprawdzonych faktów. Dlatego w wątkach, w których brakuje im ich, odwołują się do domysłów czy zwykłych fantazji. W powieści Rutkowskiego bardzo istotne, by nie rzec – kluczowe, jest pytanie o to, czego bohaterowie (a pośrednio czytelnicy) szukają, badając przeszłość: prawdy czy raczej w miarę spójnego mitu, który dawałby choćby namiastkę porządku w chaosie faktów, spełniając swoistą funkcję terapeutyczną; nawet jeśli miałby to być mit naznaczony okrucieństwem.
    Do tego jeszcze Złe dzieci są nieoczywiste gatunkowo, ponieważ Rutkowski połączył w książce schematy powieści obyczajowej (szczególnie w wątku tyczącym Polski lat 80. XX wieku), czegoś w rodzaju historycznego reportażu śledczego (tajemnica przeszłości Norwegów) czy powieści sensacyjnej.
    Trudno jest pokusić się o jednoznaczną interpretację tak nieoczywistej powieści jak Złe dzieci. Wspominałem już o kwestii stosunku do historii, jej statusu czy pożytków płynących z jej odkrywania. Równie ważna jest w powieści Rutkowskiego problematyka zła – choć powinienem raczej napisać Zła, jako fatum niszczącego kolejnych ludzi, kolejne pokolenia. Zło wojny dotyka kobietę, która przybywa do Warszawy w 1944 roku, ale też ziarno zła zdaje się w niej tkwić wcześniej, będą częścią jej natury. To zło, dodatkowo wzmocnione traumami i obsesjami, sprawia, że po wojnie na dziesięciolecia razem z bliskimi prawie całkowicie izoluje się od świata, zamieszkując na niewielkiej wyspie u wybrzeży Norwegii. Zło niszczy jej życie i życie bliskich. Czy definitywnie? Czy dla bohaterów istniej szansa na wyjście z głębokiego cienia Zła w jako takim zdrowiu psychicznym? To czytelnik powieści musi sam udzielić sobie odpowiedzi na te pytania.
    Moim zdaniem są w książce Rutkowskiego motywy dyskusyjne. Naznaczenie i tak złej kobiety, która zamyka się na wyspie z bliskimi, jeszcze rysem mocno perwersyjnej seksualności wydało mi się nadmiarowe. Nie dość jasne są dla mnie motywacje Mietka do poszukiwań prawdy o parze Norwegów – choć pewnie tłumaczy go podobna jak u nich skłonność do ulegania obsesjom. Pomimo tych drobnych zastrzeżeń jedno stwierdzę wyraźnie – Złe dzieci Rutkowskiego są bez wątpienia jedną z najbardziej intrygujących i nieoczywistych powieści, które ostatnio czytałem.

sobota, 28 marca 2020



Niewidoczny człowiek


Andrzej Duda, Człowiek, a nie człowiek, Wydawnictwo WasPos.


    Do powieści Człowiek, a nie człowiek Andrzeja Dudy mam stosunek szczególny, bo towarzyszyłem jej powstawaniu niemal od fazy pomysłu na książkę. Nic w tym niezwykłego – Duda był moim studentem na podyplomowych Studiach Literacko-Artystycznych UJ, a tekst tej powieści przedstawiony został jako praca dyplomowa. Od samego początku widziałem w tej historii spory potencjał, obserwowałem, jak się zmienia w trakcie pisania i – by tak rzec – rośnie.
    Akcja Człowieka… rozgrywa się współcześnie w Polsce, w konkretnym "tu i teraz", ale ma wymiar iście Kafkowski. Głównym bohaterem jest Markijan Sowa, w połowie Polak, w połowie Ukrainiec, który przyjeżdża do Polski, by szukać lepszego życia; po trosze jest to też rodzaj ucieczki od traum po nieudanym związku. Jednak znajduje tutaj głównie problemy. Następuje splot nieszczęśliwych przypadków: Markijan nie dostaje obiecanej pracy, zostaje okradziony a potem oszukany przez człowieka, od którego wynajmował mieszkanie. Bez dokumentów, pieniędzy i najniezbędniejszych rzeczy ląduje jako bezdomny na dworcu w Gliwicach.
    Tekst Dudy ma skomplikowaną, mozaikową konstrukcję. Główną osią fabuły jest historia Markijana, jednak autor ukazuje również losy ludzi, którzy stają na drodze głównego bohatera. Może raczej należałoby rzec, że Markijan się od nich odbija, bo relacje interpersonalne w prozie Dudy przypominają grę w bilard - Sowa jest niczym wystrzelona swobodnie bila, która po odbiciach od innych bil porusza się w niespodziewanych kierunkach. Są to ludzie bardzo odmienni: Krzysztof Wiśniowski, który oszukał Markijana, jest imbecylem i alkoholikiem, Małgorzata, która nie udzieliła bohaterowi pomocy, to egzaltowana kobieta nad działanie przedkładająca jałowe rozważania, Anita Ferens jest pustą kobietą, goniącą za seksualnym spełnieniem. Do tego dochodzą jeszcze policjanci czy bezdomni z dworca i jego okolic, z którymi spotyka się bohater. Chaotyczne relacje z innymi nie pomagają Markijanowi wydostać się z trudnej sytuacji, wręcz przeciwnie - zdają się jeszcze bardziej go pogrążać, prowadząc do ostatecznej tragedii.
    Markijan - nie z własnej winy - zostaje wmanewrowany w sytuację, której nie jest w stanie pojąć. Jak to się stało, że on, który zawsze dawał sobie radę w życiu, wylądował na dworcu bez grosza przy duszy? Dlaczego każda próba wyjścia z impasu sprawia, że wpada on w jeszcze większe kłopoty, na przykład z policją? Bohater przechodzi od nerwowej aktywności do zupełnej apatii, nie umiejąc poradzić sobie z sytuacją, która go przerasta. Inna sprawa, że jego wołania o pomoc pozostają bez odpowiedzi. Powieść Dudy odczytać można jako studium samotności i bezradności, historię człowieka, który w chwili ostatecznej próby zostaje pozostawiony samemu sobie. Wiąże się to z poruszanym przez autora powieści tematem bezdomności i biedy. Duda ukazuje mechanizm, który ludzi zepchniętych na margines społeczny - nie zawsze z własnej winy - czyni przezroczystymi, właściwie niewidocznymi dla ludzi, którzy prowadzą normalne życie. Nie zmieniają tego stanu rzeczy drobne gesty, jak jałmużna, którą w niedzielę daje Markijanowi młody, dobrze ubrany mężczyzna. W gruncie rzeczy jest to pusty gest, rodzaj odruchu, który jeszcze bardziej upokarza "niewidocznego człowieka".
    Praca ze studentami – ostatnimi laty głównie w ramach warsztatów prozatorskich – sprawia mi zwykle wiele satysfakcji, która zdecydowanie wzrasta, kiedy udaje się im wydać książkę, bo jest to potwierdzenie, że nasza wspólna praca ma sens i przynosi efekty. Jak w przypadku powieści Dudy zatytułowanej… No właśnie, mnie zawsze będzie się kojarzyła ze swoim pierwotnym tytułem. Jakim? Tego nie zdradzę.

wtorek, 24 marca 2020

 

Cykl – Zaległe lektury czasu pandemii

 




O chleb i ideę


Dariusz Zalega, Śląsk zbuntowany, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019, s. 224.


    W okolicach premiery Śląsk zbuntowany Dariusza Zalegi przedstawiany był jako reportażowa opowieść o Ślązakach (przede wszystkim z Górnego Śląska), którzy wzięli udział w hiszpańskiej wojnie domowej (1936-39), walcząc po stronie Republiki głównie w oddziałach Brygad Międzynarodowych. I faktycznie, znajduje się w tej książce ciekawy, ukazywany ze specyficznej perspektywy i pełen mało znanych szczegółów obraz tej krwawej i brutalnej wojny, który – jak sądzę – zadowoli czytelników zainteresowanych historią konfliktów zbrojnych w XX wieku w ogóle, a wojny domowej w Hiszpanii w szczególności. Jednak mnie zaciekawiło w tym tekście coś innego, opis lokalnych uwarunkowań i przemian społecznych (zawartych w trzech pierwszych rozdziałach książki: Korzenie, Granice, Emigracja), które koniec końców doprowadziły do tego, że spora grupa Ślązaków krętymi ścieżkami dotarła do Hiszpanii.
    Przeciętny Polak o historii Górnego Śląska wciąż wie niewiele, a jeśli już – pewnie kojarzy powstania śląskie czy problemy z identyfikacją narodowościową mieszkańców tego regionu. Zalega ukazuje historię Śląska w początkowych dekadach XX wieku przez inny niźli narodowościowy pryzmat. W posłowiu do książki autor pisze, że interesuje go „plebejska historia regionu”, co może brzmi nieco abstrakcyjnie. Wykładając to prościej – Zalega skupia uwagę na losach zwykłych śląskich robotników, ich problemach z utrzymaniem pracy i zapewnieniem bytu, kromki chleba sobie oraz bliskim, co w niepewnych czasach konfliktów zbrojnych i granic państwowych przesuwanych po terenie regionu było nie lada wyzwaniem, jak również – co w książce jest istotne – przedstawia walkę klasową i polityczną, która miała spory wpływ na życiowe wybory sporej części Ślązaków.
    W Śląsku zbuntowanym Zalega wykorzystuje już dobrze sprawdzoną w narracjach historyczno-reportażowych metodę przybliżania makrohistorii przez mikrohistorie. Szkieletem książki są zachowane wspomnienia kilkunastu Ślązaków, dzięki czemu opowieść Zalegi jest – by tak rzec – plastyczna, pełna konkretów i ciekawych szczegółów. Naprawdę sporo dowiedziałem się z niej o życiu codziennych Ślązaków tamtych czasów, często rozpaczliwych zmaganiach o byt, strajkach, potyczkach (nierzadko krwawych) z funkcjonariuszami wszystkich władz, które rządziły Śląskiem; o ich losach i wciąż jeszcze mało znanych oraz słabo opisanych epizodach z ich historii. Przykładem jest choćby opis międzywojennej emigracji zarobkowej Ślązaków do Francji i Belgii – wątek w książce poboczny, ale bardzo ważny. I oczywiście bardzo wiele miejsca w tej książce autor poświęcił przybliżeniu działalności rozmaitych ruchów robotniczych czy partii politycznych, przede wszystkim lewicowych, od socjalistycznych przez komunistyczne aż po anarchistyczne. Każdy, kto zaliczył edukację w czasach PRL-u, pewnie pamięta, jaką mordęgą było wkuwanie historii polskiego i światowego ruchu robotniczego. Autorowi Śląska zbuntowanego udało się kwestie polityczne, historię zmagań klasowych, między- i wewnątrzpartyjnych tarć ukazać w przejrzysty a przy tym zwyczajnie intrygujący sposób. Zapisałbym to autorowi na duży plus.
    Z tego co widzę, Śląsk zbuntowany przeszedł trochę bez echa. Właściwie trudno się dziwić, bo ani historia tego regionu, ani jego współczesność wciąż niespecjalnie interesują resztę kraju. A szkoda, bo można się z niej sporo dowiedzieć nie tylko o samym Śląsku i Ślązakach. Więc tak na koniec – w tej książce pojawia się morał, wprawdzie wyrażony nie wprost, lecz wyraźnie wybrzmiewający: ci, którzy poświęcają się dla idei, prędzej czy później dostają po rzyci. I nie dotyczy to wyłącznie Ślązaków.

poniedziałek, 16 marca 2020



Pogromca chaosu


Lee Child, Zgodnie z planem, przeł. Jak Kraśko, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2020, s. 414.


    Nie było żadnego zaskoczenia w Zgodnie z planem, bo Jack Reacher kolejny raz wysiadł z autobusu, choć wcale nie musiał, i z miejsca zaczęła się krwawa jatka „w imię zasad”. Wysiadł w amerykańskim półmilionowym prowincjonalnym mieście, którego nazwa nie pada, w jakimś bliżej nieokreślonym stanie, by pomóc starszemu, doświadczonemu przez los i ludzi człowiekowi. I wplątał się przez przypadek w brutalną wojnę gangów. Jak łatwo przewidzieć, skończyło się to źle. Dla gangów.
     Seria Childa z Reacherem jest dla mnie prawdziwym fenomenem. Dobrze ponad dwadzieścia powieści w cyklu, schemat wciąż ten sam, jasny i przejrzysty. Czytając kolejną książkę o perypetiach byłego oficera żandarmerii wojskowej, doskonale wiedziałem, jak będzie przebiegała akcja, co się za chwilę stanie a nawet jaki będzie finał. To jeszcze nic – miałem świadomość, w którym momencie i jaki padnie żart, jak będą wyglądały opis (specyficzne) walk czy jak ułożą się relację Reachera z innymi bohaterami. A jednak Zgodnie z planem wciągnęło mnie równie mocno, jak poprzednie powieści z tej serii. Sposób, w jaki Child panuje nad czytelnikiem, prowadzi go naprawdę ma w sobie coś z magii. Oczywiście, magia – by tak rzec – ufundowana została na doprowadzonym do perfekcji rzemiośle pisarskim brytyjskiego autora, w którego tekstach nie ma zbędnych elementów. Ujmę to inaczej: Child dostarcza nam sterylnie czystą sensację najwyższej próby.
    Ale jednak – będę się przy tym upierał – jest w powieściach z Reacherem element magii. Od lat próbuję go uchwycić, z dosyć miernym skutkiem. Może magiczna moc przyciągania w tych powieściach zasadza się na tym, że ich główny bohater jest pogromcą chaosu? Żyjemy w czasach coraz większej niepewności, narastającego chaosu, tym groźniejszego że pełzającego, trudno uchwytnego, ale wpływającego na nasze życie. Choć właściwie teraz, w czasach pandemii koronawirusa, chaos wokoło jest aż nazbyt widoczny i dotkliwy. Child opowiada – swoją drogą, doskonale przecież znaną od wieków – bajkę o samotnym mścicielu i obrońcy słabych oraz pokrzywdzonych, który pojawia się znikąd, karze złych, opanowuje chaos i przywraca aksjologiczny porządek, czyli zgodnie z planem (własny) zaprowadza porządek. Oczywiście, jedynie na chwilę i bardzo lokalnie. I ja, jako czytelnik, przez chwilę po lekturze powieści Childa odczuwam coś w rodzaju katartycznego oczyszczenia. Może to właśnie o to chodzi. Choć nie musi. Może wystarczy powiedzieć, że Child jest autorem świetnych powieści sensacyjnych i nie dorabiać do tego prostego stwierdzenia jakiejkolwiek ideologii.