sobota, 28 marca 2020



Niewidoczny człowiek


Andrzej Duda, Człowiek, a nie człowiek, Wydawnictwo WasPos.


    Do powieści Człowiek, a nie człowiek Andrzeja Dudy mam stosunek szczególny, bo towarzyszyłem jej powstawaniu niemal od fazy pomysłu na książkę. Nic w tym niezwykłego – Duda był moim studentem na podyplomowych Studiach Literacko-Artystycznych UJ, a tekst tej powieści przedstawiony został jako praca dyplomowa. Od samego początku widziałem w tej historii spory potencjał, obserwowałem, jak się zmienia w trakcie pisania i – by tak rzec – rośnie.
    Akcja Człowieka… rozgrywa się współcześnie w Polsce, w konkretnym "tu i teraz", ale ma wymiar iście Kafkowski. Głównym bohaterem jest Markijan Sowa, w połowie Polak, w połowie Ukrainiec, który przyjeżdża do Polski, by szukać lepszego życia; po trosze jest to też rodzaj ucieczki od traum po nieudanym związku. Jednak znajduje tutaj głównie problemy. Następuje splot nieszczęśliwych przypadków: Markijan nie dostaje obiecanej pracy, zostaje okradziony a potem oszukany przez człowieka, od którego wynajmował mieszkanie. Bez dokumentów, pieniędzy i najniezbędniejszych rzeczy ląduje jako bezdomny na dworcu w Gliwicach.
    Tekst Dudy ma skomplikowaną, mozaikową konstrukcję. Główną osią fabuły jest historia Markijana, jednak autor ukazuje również losy ludzi, którzy stają na drodze głównego bohatera. Może raczej należałoby rzec, że Markijan się od nich odbija, bo relacje interpersonalne w prozie Dudy przypominają grę w bilard - Sowa jest niczym wystrzelona swobodnie bila, która po odbiciach od innych bil porusza się w niespodziewanych kierunkach. Są to ludzie bardzo odmienni: Krzysztof Wiśniowski, który oszukał Markijana, jest imbecylem i alkoholikiem, Małgorzata, która nie udzieliła bohaterowi pomocy, to egzaltowana kobieta nad działanie przedkładająca jałowe rozważania, Anita Ferens jest pustą kobietą, goniącą za seksualnym spełnieniem. Do tego dochodzą jeszcze policjanci czy bezdomni z dworca i jego okolic, z którymi spotyka się bohater. Chaotyczne relacje z innymi nie pomagają Markijanowi wydostać się z trudnej sytuacji, wręcz przeciwnie - zdają się jeszcze bardziej go pogrążać, prowadząc do ostatecznej tragedii.
    Markijan - nie z własnej winy - zostaje wmanewrowany w sytuację, której nie jest w stanie pojąć. Jak to się stało, że on, który zawsze dawał sobie radę w życiu, wylądował na dworcu bez grosza przy duszy? Dlaczego każda próba wyjścia z impasu sprawia, że wpada on w jeszcze większe kłopoty, na przykład z policją? Bohater przechodzi od nerwowej aktywności do zupełnej apatii, nie umiejąc poradzić sobie z sytuacją, która go przerasta. Inna sprawa, że jego wołania o pomoc pozostają bez odpowiedzi. Powieść Dudy odczytać można jako studium samotności i bezradności, historię człowieka, który w chwili ostatecznej próby zostaje pozostawiony samemu sobie. Wiąże się to z poruszanym przez autora powieści tematem bezdomności i biedy. Duda ukazuje mechanizm, który ludzi zepchniętych na margines społeczny - nie zawsze z własnej winy - czyni przezroczystymi, właściwie niewidocznymi dla ludzi, którzy prowadzą normalne życie. Nie zmieniają tego stanu rzeczy drobne gesty, jak jałmużna, którą w niedzielę daje Markijanowi młody, dobrze ubrany mężczyzna. W gruncie rzeczy jest to pusty gest, rodzaj odruchu, który jeszcze bardziej upokarza "niewidocznego człowieka".
    Praca ze studentami – ostatnimi laty głównie w ramach warsztatów prozatorskich – sprawia mi zwykle wiele satysfakcji, która zdecydowanie wzrasta, kiedy udaje się im wydać książkę, bo jest to potwierdzenie, że nasza wspólna praca ma sens i przynosi efekty. Jak w przypadku powieści Dudy zatytułowanej… No właśnie, mnie zawsze będzie się kojarzyła ze swoim pierwotnym tytułem. Jakim? Tego nie zdradzę.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza