piątek, 10 kwietnia 2020

Kazimierz Kutz - pisarz



Cykl – Zaległe lektury czasu pandemii (odcinek 2)


Kutz - pisarz, któremu się nie chciało


Kazimierz Kutz, Klapsy i ścinki. Mój alfabet filmowy i nie tylko, Wydawnictwo Znak, Kraków 1999, s. 358.


    Kazimierz Kutz, Hanys z Szopienic zmarły w 2018 roku, był świetnym reżyserem filmowym, telewizyjnym i teatralnym. Moim zdaniem jego Sól ziemi czarnej (1969) spokojnie mieści się w dziesiątce najlepszych polskich filmów XX wieku. Pewnie jednak niewiele osób wie, że Kutz był też bardzo ciekawym pisarzem, z poważnymi zadatkami na pisarza wybitnego – tyle tylko że nie za bardzo miał czas i ochotę na pisanie, nad czym nieodmiennie ubolewał redaktor Jerzy Illg we wstępach do książek autora Klapsów i ścinków. Ale po kolei…
    Skąd w ogóle przyszedł mi do głowy pomysł, by sięgnąć po książkę Kutza wydaną ponad dwadzieścia lat temu (oczywiście poza aberracjami czasu epidemii…)? Wcześniej nie czytałem Klapsów i ścinków, pewnie teraz również bym nie przeczytał, gdyby nie wydana pod koniec zeszłego roku książką Kutza Będzie skandal. Autoportret. Skandalu – oczywiście – nie było, co nie zdziwiło mnie nadmiernie, bo reżyser Pułkownika Kwiatkowskiego od dawna znajdował się – z różnych względów - poza radarami światka kulturalnego mainstreamu skupionego wokół stolicy, więc i ta  książka przeszła bez większego echa. Co za to było w książce? Opowiedziana z wyjątkową swadą i językowym biglem historia niemal pięćdziesięciu lat polskiego kina (osobista, szczera, bez zadęcia, ale również, co niestety mógł sugerować tytuł, pogoni za tanią sensacją) oraz prywatna historia samego Kutza, jego zmagań głównie z PRL-owską rzeczywistością, a także ze stałą reinterpretacją „centralnego pejzażu”, którym była dla reżysera śląskość.  
    Jak na tle książki Będzie skandal prezentują się Klapsy i ścinki? Już na pierwszy rzut oka ten tom pokazał, jak bardzo zestarzała się pisarska formuła alfabetów (abecadeł). Rozmaicie sprofilowane alfabety, tworzone przez mniej lub bardziej znane osoby, były bardzo popularne szczególnie w latach 90. XX wieku. Najczęściej miały wymiar publicystyczny, satyryczny albo wspominkowy i bardzo doraźny, ulotny charakter, czyli inaczej rzecz ujmując, dawały (o ile w ogóle…) chwilę lekturowej frajdy, a zaraz później się o nich zapominało. Nie inaczej jest w przypadku alfabetu Kutza, zawierającego portrety, wspomnienia, anegdoty czy krótkie notki na temat głównie ludzi filmu, ale również członków rodziny, sportowców czy znajomych, którzy z różnych powodów zapadli autorowi w pamięć lub byli istotni na pewnych etapach jego życia. Spora część zawartych w niej haseł wydaje się obecnie zupełnie nijaka, ot, notatki-wspominki ani literacko zajmujące, ani dotyczące ciekawych osób. Jednak zdarzają się w Klapsach i ścinkach prawdziwe perełki gatunku portretu literackiego. Kutz miał oko – co nie dziwi, w końcu był reżyserem – do ludzi. Nie tylko patrzył na nich, ale potrafił widzieć w niezwykłych perspektywach i skrótach. I nie bał się wyrażać opinii na ich temat – czasami mocnych i dosadnych. Co więcej, autor Klapsów i ścinków umiał w jednym, dwóch zdaniach ująć istotę prezentowanej osoby. Niech za przykład posłuży taka oto jednozdaniowa charakterystyka znanego reżysera: „Gdyby towarzystwo polskich filmowców wyobrazić sobie jako przycyrkowe zoo, to Krzysztof Zanussi byłby w nim niewątpliwie koniem paradnym”.
    Każdy prawdziwy pisarz – jestem o tym przekonany - ma kilka obrazów, scen czy historii, które określają ramy jego pisarstwa, do których mniej lub bardziej obsesyjnie powraca w kolejnych książkach. Wraca do nich, tworzy kolejne ich wersje przede wszystkim dlatego, że nie dają się łatwo uchwycić w tekście, przedstawić. W Klapsach i ścinkach jest ich naprawdę sporo. Historia „plemienia” ludzi uzależnionych od „SS-likieru”, czyli denaturatu, którzy mieszkali na hałdach pod Chropaczowem („Bryna”), romansowa opowieść o platonicznej miłości, która przetrwała dziesięciolecia (Hania-Ania Cz.) czy strzępy losów najbliższych Kutzowi osób (Matka) po prostu są świetnymi miniaturami prozatorskimi.
    Najważniejszym dziełem pisarskim Kutza jest oczywiście powieść Piąta strona świata wydana w roku 2010. Moim zdaniem jest to jedna z najlepszych polskich powieści powstałych w ostatnich dekadach – i jednocześnie jedna z najbardziej niedocenionych. Na słabą recepcję złożyło się kilka czynników. W swojej powieści Kutz połączył schematy prozy inicjacyjnej (z wyraźnie zaznaczonym wątkiem autobiograficznym) oraz „prozy małych ojczyzn”. Tyle tylko że w roku 2010 nurt „prozy małych ojczyzn” zdecydowanie wysychał i już nie cieszył się uznaniem krytyki literackiej (wtedy jeszcze krytyka literacka żyła, choć, prawdę powiedziawszy, ledwie dychała…), więc już na wejściu wieloaspektowa opowieść o Śląsku, licznych problemach śląskiej historii i tożsamości, do tego godnie doprawiona śląską godką nie mogła liczyć na entuzjastyczne przyjęcie. I nic takiego nie nastąpiło. Poza tym im dłużej się przyglądam naszej z każdym rokiem coraz bardziej centralizującej się kulturze, tym bardziej jestem skłonny przyznać rację Kutzowi, który często powtarzał, że Ślązak chcący zajmować się w swoich dziełach śląskością, raczej nie powinien liczyć w kraju na przesadne zrozumienie. Albo nawet żadne.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza